niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 1 „Tied together with a smile”

Oryginalna data publikacji: 14 kwietnia, 2011


My Word tour: Koncert Justina Biebera.  23 maja.

 - Anne! – usłyszałam swoje imię pomimo  hałasu panującego na szkolnym korytarzu.
Nie odrywałam wzroku od plakatu z wydrukowanym na nim szczerzącym się siedemnastolatkiem z mikrofonem w ręce, którego według połowy tej szkoły nie powinien trzymać. Nie rozpoznałam głosu, który wołał moje imię. Nie odwróciłam się nawet, żeby zobaczyć, kto to.
- Anne! – usłyszałam piskliwy głosik, który mógł należeć tylko do pewnej blondynki.
Dopiero, gdy poczułam ostry ból na skórze głowy, zorientowałam się, że ktoś stoi przy mnie.
- Co?! – wydarłam się, wyprowadzona z równowagi.
Przede mną stała Isabelle, moja najlepsza przyjaciółka, śmiertelnie chora na Bieberową Gorączkę, tak samo, jak moje dwie siostry. Była wysoką bardzo szczupłą blondynką o prostych włosach, sięgających jej do łopatek. Isabelle, jaką znałam od dzieciństwa, była zawsze uśmiechnięta i rozsądna, ale zdarzały się jej momenty, gdy dostawała głupawki. A jednym z czynników, które taki dziwny stan u niej wywoływały, był właśnie Bieber. Czasami, gdy pada jego nazwisko, mam wrażenie, że zapomina o wszystkim, co się dzieje wokół niej.
Isabelle wyplątała dłoń z moich kręconych włosów.
- Wybacz, ale inaczej nie reagujesz. – powiedziała, patrząc na mnie przepraszającym wzrokiem. – Co cię tak wciągnęło? – zadała ostatnie pytanie, które chciałabym usłyszeć w tym momencie.
Niechętnie odsunęłam się od plakatu, żeby moja przyjaciółka mogła go zobaczyć.
W jednym momencie w oczach Isabelle pojawiły się niebezpieczne iskierki, a jej usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Taka była jej „normalna” reakcja na widok znajomej twarzy piosenkarza. Gdy jej oczy napotkały słowo „koncert” i „23 maja”, usta jej się otworzyły i szybko zasłoniła je sobie dłonią, aby powstrzymać się od krzyku.
Parę miesięcy temu zaniepokoiłaby mnie taka reakcja. Ale teraz wiedziałam, że stać ją na wiele więcej. Już raz byłyśmy „bliskie spotkania” z jej ukochanym Justinkiem. To wydarzyło się trzy miesiące temu, przed jego wielką trasą. Podobno przyjechał tutaj na kilka dni, a dla Isabelle to, że przebywałyśmy w jednym mieście z „Justinkiem” było bardzo ekscytujące.
- Trzy dni! Boże, już za trzy dni… - zawołała głośno Isabelle. Nieco zażenowana zakryłam jej usta. Nie, wcale nie uważałam mojej przyjaciółki za wariatkę.
- Gapią się na nas. – ostrzegłam ją przez zaciśnięte zęby.
Wywnioskowałam, że nie uspokoi się, dopóki morda Biebera nie zniknie jej z oczu, więc odciągnęłam ją w stronę gabinetu biologicznego. Nie stawiała oporu, jedynie bezustannie mamrotała pod nosem „ tylko trzy dni”.
Dopiero pod klasą byłyśmy w stanie normalnie porozmawiać.
- Ale… dlaczego tu? – zaczęła zszokowana. – Przecież Stratford to taka dziura.
- Taka dziura, w której się urodził. Może ma sentyment do tego miejsca. – powiedziałam. Nie lubiłam rozmawiać z Isabelle o Bieberze, ale czasami nie mogłam tego uniknąć. – Prawie każdy mieszkaniec Stratford wie, kto to jest Bieber i pewnie jest dumny, że pochodzi z miasta, gdzie wychowała się taka znana osoba. Nie sądzisz, że to dobry powód?
- Szczerze mówiąc nie obchodzą mnie powody. Grunt, że nie musimy jechać do Toronto, żeby go zobaczyć. Możemy zostać na miejscy i Justin do nas przyjedzie! Nie mogę się doczekać.
Dotarło do mnie, co chciała przez to powiedzieć.
- Hej, ale mówiąc musimy nie miałaś chyba na myśli, że ja też… - zawołałam z wyrzutem, ale nie dane mi było dokończyć.
- Proszę! rodzice w życiu mnie nie puszczą samej!
- Pewnie Marie i Dani będą szły. – oznajmiłam jej. Nie mogłam być pewna, czy moje siostry będą szły na ten koncert, ale w tej chwili powiedziałabym cokolwiek, by tylko sama się wymigać.
Nie lubiłam Biebera. Nie podobał mi się ten cały szum wokół niego. Nie podobało mi się to, jak zmienił nasze małe miasteczko w atrakcję turystyczną pod tytułem „tu się urodził Justin Bieber”. Nie podobało mi się to, z jakim zafascynowaniem Isabelle o nim mówi. Do samej jego muzyki nic nie miałam. Nie była zła, ale jedyną piosenką, którą znałam było Baby, którą chyba każdy człowiek potrafi zanucić.
Dlaczego więc miałam iść na jego koncert i jeszcze za to mu płacić? Gdyby przyjechała Taylor Swift, to może bym poszła. Ale Bieber?
- No, ale ja chciałabym pójść z tobą. Powinnaś się do niego przekonać. – powiedziała Isabelle, unikając mojego wzroku.
Jej słowa sprawiły, że opadła mi szczęka.
Miałam ochotę wykrzyknąć jej w twarz wszystkie powody, które udowodniłyby, że to się nigdy nie stanie, ale opanowałam się w porę. To tylko zachęciłoby Isabelle do „przekonywania mnie do Biebera”.
- Wcale nie chcę się do niego przekonać. – syknęłam.
Weszłyśmy właśnie do klasy, gdzie czekał już na nas nauczyciel. Oprócz nas dotarła już tutaj połowa grupy. Zajęłyśmy miejsca z tyłu klasy.
Isabelle zrobiła smutną minę i oparła twarz na dłoniach.
- Nie mogę pojąć, dlaczego jesteś taka nietolerancyjna. – powiedziała. Jej ton głosu sugerował, że już się poddała.
- Nie jestem wcale nietolerancyjna. – warknęłam złośliwie. – Po prostu nie kręci mnie Bieber i nie jestem jedną z tych jego piszczących fanek. A jestem bardzo tolerancyjna wobec twoich niektórych zachowań. Znoszę twoje gadanie na co dzień. – uśmiechnęłam się pod koniec tego zdania.
Zadzwonił dzwonek i nauczyciel zaczął sprawdzać obecność.
- I tak zamierzam załatwić dwa bilety na ten koncert. Jeszcze zmienisz zdanie.
- Wątpię. Możemy już o nim nie rozmawiać? – poprosiłam.
Isabelle niechętnie pokiwała głową.
- Grey, do odpowiedzi. – usłyszałam znudzony głos naszego nauczyciela biologii Andrew’a Stewarta.
Z ciężkim westchnięciem wstałam i podeszłam do tablicy.

 W tej części Ontario dominowały obszary rolnicze. Wyjątek stanowił niewielki pas drzew, który tworzył krajobraz leśny. Zaczynał się, gdy znikały ostatnie miejskie zabudowania Stratford. Dwa kilometry w głąb lasu znajdowała się wieś, która była uznawana za osiedle należące bezpośrednio do miasta. Tę wieś tworzyło kilkanaście domów ustawionych wzdłuż leśnej drogi. Właśnie w jednym z nich mieszkałam razem z moimi rodzicami i dwoma siostrami. Mieszkaliśmy w dużym pomalowanym na jaskrawo pomarańczowo domu – pierwszym, jeśli jechało się od strony miasta. Naprzeciwko niego rozciągała się wielka łąka ograniczona ścianą utworzoną z pierwszych drzew lasu, a od razu za płotem, który wyznaczał koniec naszej działki, znowu rozpoczynał się las.
Zwykle wracałam ze szkoły w samochodzie mojej starszej o dwa lata siostry – Marie. Zgarniałyśmy z pod szkoły młodszą – jedenastoletnią Danielle, którą nazywałyśmy pieszczotliwie Dani albo Dania, wiedząc, że ona tego nie lubi. Dojazd leśnymi drogami na takie odludzie zajmował nam około dziesięć minut, pomimo tego, że odległość od szkoły wynosiła niewiele ponad dwa kilometry.
Ale dzisiaj nie mogłam liczyć na to, że Marie mnie podwiezie. Nie mogłam liczyć na to, że ktokolwiek mnie podwiezie, ponieważ wszyscy jeszcze mieli lekcje. Nie mogłam też po prostu zaczekać w szkole – ta możliwość budziła we mnie strach.
Więc jedynym wyjściem pozostał mi powrót na piechotę. Ponad dwa kilometry lasem, z umiarkowanym światłem słonecznym, w ciszy, która wywołuje ciarki, ze wszystkimi komarami, kleszczami i tym podobnymi, albo jeszcze gorszymi. Zupełnie sama.
Super.
Ale nie miałam zbyt dużego wyboru. Więc poszłam.
Dojście do domu zajęło mi pół godziny, ale czułam się, jakbym spędziła w tym cholernym lesie trzy razy więcej. Szłam bardzo powoli, co chwila rozglądając się dookoła, najpierw tylko żeby upewnić się, czy nic się na mnie nie czai, co było nieco żałosne, bo za każdym razem okazywało się, że to tylko strach. Słyszałam za sobą kroki, coraz wyraźniej, odwracałam się, ale zawsze słyszałam głośny szelest i miałam za sobą tylko pustą leśną drogę.
Gdy odwróciłam się po raz enty zobaczyłam tylko rozmazane jaskrawo fioletowe wdzianko. A raczej kurtkę.
To przestało być śmieszne w tym momencie. Kroki wcale nie cichły. I nie wiedziałam, co było bardziej straszne – to, że ktoś mnie śledzi, czy to, że daję się ponieść własnej wyobraźni.
- Taa, ktoś cię śledzi. – prychnęłam. – Pewnie Justin Bieber cię śledzi. – dodałam, poczym zaśmiałam się gorzko.
Nagle kroki zwiększyły swoje tempo i zamieniły się w bieg. Zmieniły kierunek i całkowicie ucichły. Odwróciłam się za siebie po raz kolejny i zauważywszy, że nikogo za mną nie ma, wystraszona puściłam się biegiem. W ten sposób przebyłam ostatnie sto metrów, które dzieliło mnie z domem.
Dobiegłam do furtki cała zdyszana. Ledwie trafiłam kluczem do zamka i wbiegłam na nasze ogromne podwórko, zatrzaskując za sobą bramkę. Rzuciłam torbę na ławkę-huśtawkę i wyjęłam komórkę. Tutaj mogłam się czuć bezpieczna. Zaczęłam nerwowo spacerować wokół domu z przyłożonym telefonem do ucha, czekając aż moja siostra raczy odebrać.
Po kilku sygnałach wreszcie ktoś się odezwał.
- Czego znowu chcesz ode mnie? – zaczęła niegrzecznie. Miałam świadomość tego, że dzwoniąc w połowie lekcji, zdenerwuję ją. Nie obchodziło mnie to zbytnio. Marie potrafiła być świnią w stosunku do mnie, więc niech się nie spodziewa, że ja będę dla niej milutka.
- Dwie sprawy. – powiedziałam wpatrując się w swoje odbicie na tafli wody w naszym stawie, który był genialnym pomysłem mojego ojca. W dzieciństwie chyba z pięć razy do niego wpadłam. – Nie czekaj na mnie dzisiaj po szkole. A ta druga…
- Znowu nawiałaś z wuefu?! – przerwała mi gwałtownie siostra. Ona była jedyną osobą, która wiedziała o tym, że regularnie w czwartki wychodziłam jedną godzinę wcześniej. Isabelle była święcie przekonana, że mam zwolnienie lekarskie… Które miałam aż do tego semestru.
- Jak matka się o tym dowie… - zaczęła się drzeć Marie.
- Nie dowie się.
Marie warknęła złowrogo.
- Sama sobie tylko szkodzisz. – odezwała się, tym razem spokojniej. - Co ty chcesz przez to osiągnąć? Myślisz, że jeśli nie pójdziesz na lekcje to ominie cię zaliczanie biegów, czy banalnie prostej siatkówki? Nieobecność nie poprawia oceny.
- Ja wcale… - zdążyłam wydukać, zanim mi znowu przerwano.
- Wiem, jesteś nieśmiała i trudno jest ci przebywać z pełnosprawnymi, bla, bla. Rozumiem. Nie dorównujesz im, ale to nie nowość, Angela. Powinnaś się przyzwyczaić do tego i zaakceptować fakt, że nie jesteś panną idealną. Nie we wszystkim musisz być najlepsza.
To było żałosne, jak ostry głos mojej siostry sprawił, że w oczach pojawiły mi się zły upokorzenia.
- Nie. Rób. Ze. Mnie. Kaleki. – zagrzmiałam, zaciskając mocno powieki, żeby żadna z łez nie mogła mi spłynąć po policzku. Marie nie mogła usłyszeć, jak bardzo jej słowa zraniły moją dumę – a zraniły, bo miała rację. Dlatego ucichłam i wysłuchiwałam, co ma mi do powiedzenia, wyczekując końca.
- O nie, kochana. Sama robisz ją z siebie. – odpowiedziała jednym zdaniem, które uderzyło we mnie z siłą dwa razy większą niż wszystko, co już powiedziała razem wzięte.
Otworzyłam szeroko usta i zauważyłam, że dwie maleńkie kropelki uderzają o lustro wody w stawie, nad którym stałam. Łzy wyschły równie szybko, jak się pojawiły. Pozostała tylko zraniona duma i ból, który wywołała straszna prawda, której nie byłam w stanie zaakceptować.
Zapragnęłam pokazać Marie, jak to przyjemnie. Odwdzięczyć się jej w ten sam sposób.
- Kto tu szkodzi sobie… Jesteś hipokrytką. Po co prawisz mi takie kazania, skoro sama robisz zupełnie inaczej? – wytknęłam jej.
Marie była podobna do mnie pod wieloma względami. W większości sytuacji wydawało się, że jest ode mnie silniejsza. Ale bywały sytuacje, które ją przerastały. I ona znosiła to ciężej niż ja. Dwa lata temu, żeby odciągnąć swoją uwagę, zaczęła palić papierosy i brać, Bóg wie co. Wiedziałam o tym od niedawna i nie mogłam tego zrozumieć. Zdarzało jej się to coraz częściej… Nic nie mówiłam mamie. Umówiłyśmy się, że jeśli ona nie powie o moich oszustwach na wuefie, ja też będę milczeć.
- Odwal się od mojego życia. – usłyszałam w odpowiedzi.
- Dlaczego w takim razie ty się wpieprzasz w moje?! Nie próbuj mnie pouczać, bo sama lepszego przykładu nie dajesz.
Marie potrzebowała paru sekund, żeby wymyślić sensowną odpowiedź. Głęboko gdzieś tam czułam satysfakcję, że zamknęłam jej usta.
- Jest pomiędzy nami pewna różnica. Ty jesteś moją młodszą siostrą, więc będę cię pouczać. Ale to nie działa w drugą stronę. Ja mam już osiemnaście lat, więc pozwól mi z łaski swojej żyć własnym życiem. Moje wybory są moimi wyborami.
Uniosłam brwi sceptycznie.
- To nie zmienia faktu, że jesteś hipokrytką.
- Skończmy tę dziecinną rozmowę. Muszę wrócić na lekcję. Nie mam czasu na… - powiedziała, ale została przeze mnie odcięta.
- Bieber będzie miał koncert w Stratford. – poinformowałam ją z podstępnym uśmieszkiem na twarzy, wiedząc, że on odciągnie ją od mojego wuefu.
Usłyszałam, jak gwałtownie wciąga powietrze z podekscytowaniem i nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Sprawa załatwiona.
Ale to nie zmienia faktu, że to, co mi wcześniej powiedziała, zepsuło mi humor do końca dnia.
Byłam przygnębiona i cicha. Gdy moja rodzina powróciła do domu, nie odezwałam się prawie wcale tylko rozmyślałam, o słowach Marie. Nawet nie protestowałam, gdy nazywali mnie pełnym imieniem Angelina lub zdrobnieniem Angela, którego nienawidziłam z całego serca. Dopiero wieczorem uśmiechnęłam się lekko, gdy przyszli po mnie Tay, Ryan i Isabelle. Mimo to pozostałam cicha przez resztę wieczoru spędzonego w Grillu – knajpce z karaoke, do której przychodziły dzieciaki z miasta, plusem tego miejsca było to, że akurat nie te dzieciaki z mojej szkoły. Wzięłam ze sobą swoją gitarę i zaśpiewałam dla nich jedną z tych powolnych smętnych piosenek Taylor Swift w stylu country. Wiedziałam, że po tym mi się polepszy humor. I tym razem się nie myliłam.  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz