My Word tour: Koncert Justina Biebera. 23 maja.
- Anne! –
usłyszałam swoje imię pomimo hałasu panującego na szkolnym korytarzu.
Nie odrywałam
wzroku od plakatu z wydrukowanym na nim szczerzącym się siedemnastolatkiem z
mikrofonem w ręce, którego według połowy tej szkoły nie powinien trzymać. Nie
rozpoznałam głosu, który wołał moje imię. Nie odwróciłam się nawet, żeby
zobaczyć, kto to.
- Anne! –
usłyszałam piskliwy głosik, który mógł należeć tylko do pewnej blondynki.
Dopiero, gdy
poczułam ostry ból na skórze głowy, zorientowałam się, że ktoś stoi przy mnie.
- Co?! –
wydarłam się, wyprowadzona z równowagi.
Przede mną
stała Isabelle, moja najlepsza przyjaciółka, śmiertelnie chora na Bieberową
Gorączkę, tak samo, jak moje dwie siostry. Była wysoką bardzo szczupłą
blondynką o prostych włosach, sięgających jej do łopatek. Isabelle, jaką znałam
od dzieciństwa, była zawsze uśmiechnięta i rozsądna, ale zdarzały się jej
momenty, gdy dostawała głupawki. A jednym z czynników, które taki dziwny stan u
niej wywoływały, był właśnie Bieber. Czasami, gdy pada jego nazwisko, mam
wrażenie, że zapomina o wszystkim, co się dzieje wokół niej.
Isabelle wyplątała
dłoń z moich kręconych włosów.
- Wybacz, ale
inaczej nie reagujesz. – powiedziała, patrząc na mnie przepraszającym wzrokiem.
– Co cię tak wciągnęło? – zadała ostatnie pytanie, które chciałabym usłyszeć w
tym momencie.
Niechętnie
odsunęłam się od plakatu, żeby moja przyjaciółka mogła go zobaczyć.
W jednym
momencie w oczach Isabelle pojawiły się niebezpieczne iskierki, a jej usta
wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Taka była jej „normalna” reakcja na widok
znajomej twarzy piosenkarza. Gdy jej oczy napotkały słowo „koncert” i „23
maja”, usta jej się otworzyły i szybko zasłoniła je sobie dłonią, aby
powstrzymać się od krzyku.
Parę miesięcy
temu zaniepokoiłaby mnie taka reakcja. Ale teraz wiedziałam, że stać ją na
wiele więcej. Już raz byłyśmy „bliskie spotkania” z jej ukochanym Justinkiem.
To wydarzyło się trzy miesiące temu, przed jego wielką trasą. Podobno
przyjechał tutaj na kilka dni, a dla Isabelle to, że przebywałyśmy w jednym
mieście z „Justinkiem” było bardzo ekscytujące.
- Trzy dni!
Boże, już za trzy dni… - zawołała głośno Isabelle. Nieco zażenowana zakryłam
jej usta. Nie, wcale nie uważałam mojej przyjaciółki za wariatkę.
- Gapią się na
nas. – ostrzegłam ją przez zaciśnięte zęby.
Wywnioskowałam,
że nie uspokoi się, dopóki morda Biebera nie zniknie jej z oczu, więc
odciągnęłam ją w stronę gabinetu biologicznego. Nie stawiała oporu, jedynie
bezustannie mamrotała pod nosem „ tylko trzy dni”.
Dopiero pod
klasą byłyśmy w stanie normalnie porozmawiać.
- Ale… dlaczego
tu? – zaczęła zszokowana. – Przecież Stratford to taka dziura.
- Taka dziura,
w której się urodził. Może ma sentyment do tego miejsca. – powiedziałam. Nie
lubiłam rozmawiać z Isabelle o Bieberze, ale czasami nie mogłam tego uniknąć. –
Prawie każdy mieszkaniec Stratford wie, kto to jest Bieber i pewnie jest dumny,
że pochodzi z miasta, gdzie wychowała się taka znana osoba. Nie sądzisz, że to
dobry powód?
- Szczerze
mówiąc nie obchodzą mnie powody. Grunt, że nie musimy jechać do Toronto, żeby
go zobaczyć. Możemy zostać na miejscy i Justin do nas przyjedzie! Nie mogę się
doczekać.
Dotarło do
mnie, co chciała przez to powiedzieć.
- Hej, ale
mówiąc musimy nie miałaś chyba na myśli, że ja też… - zawołałam z
wyrzutem, ale nie dane mi było dokończyć.
- Proszę!
rodzice w życiu mnie nie puszczą samej!
- Pewnie Marie
i Dani będą szły. – oznajmiłam jej. Nie mogłam być pewna, czy moje siostry będą
szły na ten koncert, ale w tej chwili powiedziałabym cokolwiek, by tylko sama
się wymigać.
Nie lubiłam
Biebera. Nie podobał mi się ten cały szum wokół niego. Nie podobało mi się to,
jak zmienił nasze małe miasteczko w atrakcję turystyczną pod tytułem „tu się
urodził Justin Bieber”. Nie podobało mi się to, z jakim zafascynowaniem
Isabelle o nim mówi. Do samej jego muzyki nic nie miałam. Nie była zła, ale
jedyną piosenką, którą znałam było Baby, którą chyba każdy człowiek
potrafi zanucić.
Dlaczego więc
miałam iść na jego koncert i jeszcze za to mu płacić? Gdyby przyjechała Taylor
Swift, to może bym poszła. Ale Bieber?
- No, ale ja
chciałabym pójść z tobą. Powinnaś się do niego przekonać. – powiedziała
Isabelle, unikając mojego wzroku.
Jej słowa
sprawiły, że opadła mi szczęka.
Miałam ochotę
wykrzyknąć jej w twarz wszystkie powody, które udowodniłyby, że to się nigdy
nie stanie, ale opanowałam się w porę. To tylko zachęciłoby Isabelle do
„przekonywania mnie do Biebera”.
- Wcale nie
chcę się do niego przekonać. – syknęłam.
Weszłyśmy
właśnie do klasy, gdzie czekał już na nas nauczyciel. Oprócz nas dotarła już
tutaj połowa grupy. Zajęłyśmy miejsca z tyłu klasy.
Isabelle
zrobiła smutną minę i oparła twarz na dłoniach.
- Nie mogę
pojąć, dlaczego jesteś taka nietolerancyjna. – powiedziała. Jej ton głosu
sugerował, że już się poddała.
- Nie jestem
wcale nietolerancyjna. – warknęłam złośliwie. – Po prostu nie kręci mnie Bieber
i nie jestem jedną z tych jego piszczących fanek. A jestem bardzo tolerancyjna
wobec twoich niektórych zachowań. Znoszę twoje gadanie na co dzień. –
uśmiechnęłam się pod koniec tego zdania.
Zadzwonił
dzwonek i nauczyciel zaczął sprawdzać obecność.
- I tak
zamierzam załatwić dwa bilety na ten koncert. Jeszcze zmienisz zdanie.
- Wątpię.
Możemy już o nim nie rozmawiać? – poprosiłam.
Isabelle
niechętnie pokiwała głową.
- Grey, do
odpowiedzi. – usłyszałam znudzony głos naszego nauczyciela biologii Andrew’a
Stewarta.
Z ciężkim
westchnięciem wstałam i podeszłam do tablicy.
W tej
części Ontario dominowały obszary rolnicze. Wyjątek stanowił niewielki pas
drzew, który tworzył krajobraz leśny. Zaczynał się, gdy znikały ostatnie
miejskie zabudowania Stratford. Dwa kilometry w głąb lasu znajdowała się wieś,
która była uznawana za osiedle należące bezpośrednio do miasta. Tę wieś
tworzyło kilkanaście domów ustawionych wzdłuż leśnej drogi. Właśnie w jednym z
nich mieszkałam razem z moimi rodzicami i dwoma siostrami. Mieszkaliśmy w dużym
pomalowanym na jaskrawo pomarańczowo domu – pierwszym, jeśli jechało się od
strony miasta. Naprzeciwko niego rozciągała się wielka łąka ograniczona ścianą
utworzoną z pierwszych drzew lasu, a od razu za płotem, który wyznaczał koniec
naszej działki, znowu rozpoczynał się las.
Zwykle wracałam
ze szkoły w samochodzie mojej starszej o dwa lata siostry – Marie. Zgarniałyśmy
z pod szkoły młodszą – jedenastoletnią Danielle, którą nazywałyśmy
pieszczotliwie Dani albo Dania, wiedząc, że ona tego nie lubi. Dojazd leśnymi
drogami na takie odludzie zajmował nam około dziesięć minut, pomimo tego, że
odległość od szkoły wynosiła niewiele ponad dwa kilometry.
Ale dzisiaj nie
mogłam liczyć na to, że Marie mnie podwiezie. Nie mogłam liczyć na to, że ktokolwiek
mnie podwiezie, ponieważ wszyscy jeszcze mieli lekcje. Nie mogłam też po
prostu zaczekać w szkole – ta możliwość budziła we mnie strach.
Więc jedynym
wyjściem pozostał mi powrót na piechotę. Ponad dwa kilometry lasem, z
umiarkowanym światłem słonecznym, w ciszy, która wywołuje ciarki, ze wszystkimi
komarami, kleszczami i tym podobnymi, albo jeszcze gorszymi. Zupełnie sama.
Super.
Ale nie miałam
zbyt dużego wyboru. Więc poszłam.
Dojście do domu
zajęło mi pół godziny, ale czułam się, jakbym spędziła w tym cholernym lesie
trzy razy więcej. Szłam bardzo powoli, co chwila rozglądając się dookoła,
najpierw tylko żeby upewnić się, czy nic się na mnie nie czai, co było nieco
żałosne, bo za każdym razem okazywało się, że to tylko strach. Słyszałam za
sobą kroki, coraz wyraźniej, odwracałam się, ale zawsze słyszałam głośny
szelest i miałam za sobą tylko pustą leśną drogę.
Gdy odwróciłam
się po raz enty zobaczyłam tylko rozmazane jaskrawo fioletowe wdzianko. A
raczej kurtkę.
To przestało
być śmieszne w tym momencie. Kroki wcale nie cichły. I nie wiedziałam, co było
bardziej straszne – to, że ktoś mnie śledzi, czy to, że daję się ponieść
własnej wyobraźni.
- Taa, ktoś cię
śledzi. – prychnęłam. – Pewnie Justin Bieber cię śledzi. – dodałam, poczym
zaśmiałam się gorzko.
Nagle kroki
zwiększyły swoje tempo i zamieniły się w bieg. Zmieniły kierunek i całkowicie
ucichły. Odwróciłam się za siebie po raz kolejny i zauważywszy, że nikogo za
mną nie ma, wystraszona puściłam się biegiem. W ten sposób przebyłam ostatnie
sto metrów, które dzieliło mnie z domem.
Dobiegłam do
furtki cała zdyszana. Ledwie trafiłam kluczem do zamka i wbiegłam na nasze
ogromne podwórko, zatrzaskując za sobą bramkę. Rzuciłam torbę na ławkę-huśtawkę
i wyjęłam komórkę. Tutaj mogłam się czuć bezpieczna. Zaczęłam nerwowo
spacerować wokół domu z przyłożonym telefonem do ucha, czekając aż moja siostra
raczy odebrać.
Po kilku
sygnałach wreszcie ktoś się odezwał.
- Czego znowu
chcesz ode mnie? – zaczęła niegrzecznie. Miałam świadomość tego, że dzwoniąc w
połowie lekcji, zdenerwuję ją. Nie obchodziło mnie to zbytnio. Marie potrafiła
być świnią w stosunku do mnie, więc niech się nie spodziewa, że ja będę dla
niej milutka.
- Dwie sprawy.
– powiedziałam wpatrując się w swoje odbicie na tafli wody w naszym stawie,
który był genialnym pomysłem mojego ojca. W dzieciństwie chyba z pięć razy do
niego wpadłam. – Nie czekaj na mnie dzisiaj po szkole. A ta druga…
- Znowu
nawiałaś z wuefu?! – przerwała mi gwałtownie siostra. Ona była jedyną osobą,
która wiedziała o tym, że regularnie w czwartki wychodziłam jedną godzinę
wcześniej. Isabelle była święcie przekonana, że mam zwolnienie lekarskie… Które
miałam aż do tego semestru.
- Jak matka się
o tym dowie… - zaczęła się drzeć Marie.
- Nie dowie
się.
Marie warknęła
złowrogo.
- Sama sobie
tylko szkodzisz. – odezwała się, tym razem spokojniej. - Co ty chcesz przez to
osiągnąć? Myślisz, że jeśli nie pójdziesz na lekcje to ominie cię zaliczanie
biegów, czy banalnie prostej siatkówki? Nieobecność nie poprawia oceny.
- Ja wcale… -
zdążyłam wydukać, zanim mi znowu przerwano.
- Wiem, jesteś
nieśmiała i trudno jest ci przebywać z pełnosprawnymi, bla, bla. Rozumiem. Nie
dorównujesz im, ale to nie nowość, Angela. Powinnaś się przyzwyczaić do tego i
zaakceptować fakt, że nie jesteś panną idealną. Nie we wszystkim musisz być
najlepsza.
To było
żałosne, jak ostry głos mojej siostry sprawił, że w oczach pojawiły mi się zły
upokorzenia.
- Nie. Rób. Ze.
Mnie. Kaleki. – zagrzmiałam, zaciskając mocno powieki, żeby żadna z łez nie
mogła mi spłynąć po policzku. Marie nie mogła usłyszeć, jak bardzo jej słowa
zraniły moją dumę – a zraniły, bo miała rację. Dlatego ucichłam i
wysłuchiwałam, co ma mi do powiedzenia, wyczekując końca.
- O nie,
kochana. Sama robisz ją z siebie. – odpowiedziała jednym zdaniem, które
uderzyło we mnie z siłą dwa razy większą niż wszystko, co już powiedziała razem
wzięte.
Otworzyłam
szeroko usta i zauważyłam, że dwie maleńkie kropelki uderzają o lustro wody w
stawie, nad którym stałam. Łzy wyschły równie szybko, jak się pojawiły.
Pozostała tylko zraniona duma i ból, który wywołała straszna prawda, której nie
byłam w stanie zaakceptować.
Zapragnęłam
pokazać Marie, jak to przyjemnie. Odwdzięczyć się jej w ten sam sposób.
- Kto tu
szkodzi sobie… Jesteś hipokrytką. Po co prawisz mi takie kazania, skoro sama
robisz zupełnie inaczej? – wytknęłam jej.
Marie była
podobna do mnie pod wieloma względami. W większości sytuacji wydawało się, że
jest ode mnie silniejsza. Ale bywały sytuacje, które ją przerastały. I ona
znosiła to ciężej niż ja. Dwa lata temu, żeby odciągnąć swoją uwagę, zaczęła
palić papierosy i brać, Bóg wie co. Wiedziałam o tym od niedawna i nie mogłam
tego zrozumieć. Zdarzało jej się to coraz częściej… Nic nie mówiłam mamie.
Umówiłyśmy się, że jeśli ona nie powie o moich oszustwach na wuefie, ja też
będę milczeć.
- Odwal się od
mojego życia. – usłyszałam w odpowiedzi.
- Dlaczego w
takim razie ty się wpieprzasz w moje?! Nie próbuj mnie pouczać, bo sama
lepszego przykładu nie dajesz.
Marie
potrzebowała paru sekund, żeby wymyślić sensowną odpowiedź. Głęboko gdzieś tam
czułam satysfakcję, że zamknęłam jej usta.
- Jest pomiędzy
nami pewna różnica. Ty jesteś moją młodszą siostrą, więc będę cię pouczać. Ale
to nie działa w drugą stronę. Ja mam już osiemnaście lat, więc pozwól mi z
łaski swojej żyć własnym życiem. Moje wybory są moimi wyborami.
Uniosłam brwi
sceptycznie.
- To nie
zmienia faktu, że jesteś hipokrytką.
- Skończmy tę
dziecinną rozmowę. Muszę wrócić na lekcję. Nie mam czasu na… - powiedziała, ale
została przeze mnie odcięta.
- Bieber będzie
miał koncert w Stratford. – poinformowałam ją z podstępnym uśmieszkiem na twarzy,
wiedząc, że on odciągnie ją od mojego wuefu.
Usłyszałam, jak
gwałtownie wciąga powietrze z podekscytowaniem i nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Sprawa
załatwiona.
Ale to nie
zmienia faktu, że to, co mi wcześniej powiedziała, zepsuło mi humor do końca
dnia.
Byłam
przygnębiona i cicha. Gdy moja rodzina powróciła do domu, nie odezwałam się
prawie wcale tylko rozmyślałam, o słowach Marie. Nawet nie protestowałam, gdy
nazywali mnie pełnym imieniem Angelina lub zdrobnieniem Angela,
którego nienawidziłam z całego serca. Dopiero wieczorem uśmiechnęłam się lekko,
gdy przyszli po mnie Tay, Ryan i Isabelle. Mimo to pozostałam cicha przez
resztę wieczoru spędzonego w Grillu – knajpce z karaoke, do której przychodziły
dzieciaki z miasta, plusem tego miejsca było to, że akurat nie te dzieciaki z
mojej szkoły. Wzięłam ze sobą swoją gitarę i zaśpiewałam dla nich jedną z tych
powolnych smętnych piosenek Taylor Swift w stylu country. Wiedziałam, że po tym
mi się polepszy humor. I tym razem się nie myliłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz