niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 2 „When There’s no road to get to your heart”

Opublikowano: 13 maja, 2011


If you have a dream, you should at least try to live it.

Światła były skierowane na mnie. Z mojej gitary wydobywały się piękne dźwięki, tworzące razem harmonię. Serce biło mi mocno i szybko – takie chwile, jak ta nie zdarzały się często.
Czułam się, jakbym była w innym, równoległym świecie, gdzie moje wewnętrzne demony nie istniały – będąc w tym świecie, byłam od nich wolna. Zapominałam.
Liczyła się tylko piękna muzyka, którą grałam dla wielu ludzi. Mogłam się znajdować w Grillu, albo na większej scenie lub nawet na ławce w parku. Nie obchodziło mnie to.
Wyśpiewałam pierwsze słowa piosenki…

Ze snu zbudziły mnie głośne wibracje pochodzące od mojej komórki, która leżała obok mojej poduszki. To nie był pierwszy raz, gdy przekonywałam się na własnej skórze, jakim wspaniałym budzikiem potrafią być.
Nie podnosząc powiek, sięgnęłam niezdarnie po nią, w efekcie sprawiając, że spadła uderzając głośno o podłogę. Nie przestała wibrować. Niechętnie otworzyłam oczy, żeby ją podnieść i wreszcie uciszyć. Było zupełnie ciemno, jedyne światło było emitowane przez ekranik telefonu, w mój bark wbijało się coś plastikowego. Nie mogłam poruszyć ręką…
Przestraszyłam się. Od barku w dół nie czułam swojej prawej ręki, zupełnie jakby nie należała do mnie.
Byłam zbyt zdezorientowana, by wiedzieć, dlaczego. I nic dziwnego, bo wnioskując z jeszcze ciemnego nieba, był środek nocy, mój budzik nie powinien dzwonić tak wcześnie. Bolała mnie głowa, powieki same mi opadały, w końcach palców czułam nieprzyjemne mrowienie, a komórka nadal hałasowała na podłodze. A ja nie wykazywałam żadnych chęci, by cokolwiek zmienić. Pragnęłam tylko zasnąć, a wszystko inne powinno się ot tak uspokoić.
Niezdarnie odwróciłam się na plecy, by móc odpiąć to plastikowe cholerstwo, które byłam zmuszona nosić dwadzieścia trzy godziny na dobę (i tak nosiłam tylko w nocy), które wielokrotnie sprawiało, że ręce, a w ekstremalnych przypadkach nogi, mi drętwiały. Gdy pozbyłam się sztywnej zbroi, mogłam sięgnąć wreszcie po komórkę.
Ku mojemu zdziwieniu to nie budzik dzwonił. Na ekraniku oprócz wypisanej dużymi literami godziny wyświetlił się numer zapisany pod nazwą Isabelle.
Zabiję kiedyś tę dziewczynę, przyrzekłam sobie w myślach.
- Jest czwarta czterdzieści dwie, dziewczyno. – warknęłam zaspana.
- Wiem. Myślisz, że w innym przypadku czekałabym tak długo aż odbierzesz? – zapytała. Sądząc po jej tonie głosu, była wyspana i uśmiechnięta. Nie to, co niektórzy.
- Mów lepiej, czego chcesz. Chciałabym się jeszcze wyspać. I lepiej, żeby to było coś ważnego.
- No więc, od dwóch godzin stoję w gigantycznej kolejce w teatrze po bilety na Justina Biebera.
Chyba sobie żartuje. To jest ta ważna sprawa?
- Otwarte tak wcześnie? – zadałam właśnie to pytanie, pomimo, że odpowiedź na nie wcale mnie nie obchodziła. To miało mnie tylko powstrzymać przed dzikim wrzaskiem do telefonu, ponieważ ktoś jeszcze w tym domu może właśnie spać.
A jeśli to ja zarabiałabym sprzedając bilety na koncert Biebera, żadna siła nie mogłaby mnie zmusić, bym wstała tak wcześnie.
- Nie, ale przyszłam wcześniej, by uniknąć kolejek. Opłacało się. Jestem czwarta. – powiedziała uradowana. – Jak już otworzą, kupię dwa bilety, a ty tylko spróbuj odmówić! Wydam na to kupę kasy. – spróbowała zagrać na moim poczuciu winy. Znała mnie dobrze i wiedziała, że w życiu nie pozwoliłabym jej wydać na mnie kupę kasy, a jeśli taka sytuacja miałaby miejsce, nie zmarnowałabym wydanych na mnie pieniędzy.
- W takim razie oddam go Marie.
Isabelle zaśmiała się krótko.
- Ona i twoja druga siostra też tu są. Na samym końcu kolejki. – powiedziała z wyższością.
Miałam ochotę uderzyć się w czoło z zażenowania, ale moja ręka przy każdym ruchu zaczynała mrowić jeszcze bardziej, co było nie do zniesienia.
Zabrakło mi argumentów, by się bronić. Najwyraźniej jestem zmuszona pójść z nią na ten koncert. Poddałam się. Pewnie i tak tego wieczoru siedziałabym sama w swoim pokoju i grała na gitarze.
- Dlatego właśnie zadzwoniłam. Nie masz z kim jechać do szkoły. Zadzwoń do Tay’a, może cię podrzuci. Zobaczymy, może ja się wyrobię i zajadę po ciebie? W końcu otwierają za piętnaście szósta.
- Mam nadzieję, że się wyrobisz. Wczoraj wracałam sama do domu.
- Umarłaś? – wtrąciła Isabelle, co po prostu zignorowałam.
- Miałam wrażenie, że ktoś mnie śledził…
- Kto wie, może rzeczywiście cię ktoś śledził?
- To nie jest śmieszne.
- Dla mnie jest. – roześmiała się głośno.
- Idę spać. Dobranoc. – powiedziałam i rozłączyłam się.
W pokoju znowu zrobiło się ciemno. Zamknęłam oczy, licząc, ze zaraz zasnę, ale myśląc tak tylko oszukiwałam siebie. Byłam zbyt rozbudzona. Gdyby Isabelle postarała się mniej wkurzać mnie swoją obsesją, może udałoby mi się zasnąć. Miałam ochotę w coś walnąć pięścią, ale nie chciało mi się podnieść zdrętwiałej ręki z łóżka.
Spojrzałam na moją plastikową „drugą skórę”, jak to lubiła nazywać mama, którą rzuciłam niedbale na podłogę przy łóżku. To wystarczyło, by odwrócić moją uwagę od Isabelle, od Biebera i od jego koncertu, ponieważ miałam ważniejsze problemy niż te. Przypomniała mi się wczorajsza kłótnia z moją siostrą. Może Marie miała rację nazywając mnie kaleką?
Plastik kształtem przypominał moją sylwetkę od bioder do barków. Nie miałam pojęcia, jak to działa, ale gdy miałam go na sobie, gorset miał za zadanie utrzymywać mój kręgosłup w naturalnym położeniu, w takim jaki powinien być. Dlatego nie mogłam liczyć, że będzie dokładnym odwzorowaniem mojej sylwetki. Prawy bok był nienaturalnie płaski, a po lewej stronie znajdowało się wgłębienie, które wbijało mi się powyżej biodra, uwypuklając je. Nad nim uformowane było wybrzuszenie, które miało stanowić przeciwieństwo lewej – zupełnie płaskiej – strony.
Nie było to wygodne. Nic, co jest tak twarde i tak ogranicza ci swobodę ruchu, nie mogło być wygodne. Czułam się w tym, jak w cienkim gipsie. Nosząc to, miałam prawie całkowicie unieruchomiony kręgosłup. Nie mogłam się ani lekko zgarbić, ani schylić, a już nie wspomnę o graniu na gitarze, bo to właśnie najbardziej mnie bolało. Pośród tych wszystkich czynności, których nie powinnam lub nie mogę robić, znalazło się to, co najbardziej kocham.
Przyzwyczajenie się do tego zajęło mi parę miesięcy. Kiedyś było dużo gorzej niż jest teraz. Byłam cała poobijana, skórę miałam poobcieraną, w niektórych miejscach aż do krwi…
Ale czy to robiło ze mnie kalekę? Czy to dawało prawo Marie, żeby mnie tak nazwać?
Teoretycznie, nie. Bez tego wyglądałam na zupełnie zdrową osobę. Nikt, kto nie wiedział, nie mógł się domyślić, że coś z moim kręgosłupem nie tak. Nikt nie przyglądałby się moim plecom i nie wywnioskowałby, że akurat ja jestem niepełnosprawna – no może z wyjątkiem ortopedy.
Ale biorąc pod uwagę to, co muszę robić i to, czego nie mogę robić… Może zasługuję na takie określenie?
Mogę zaprzeczać przed samą sobą. Mogę sobie wmawiać, że nic mi nie jest. Mogę mieć wszystko w dupie… Ale to nic nie zmieni.
Mimo, że dobrze to wiem, kontynuuję oszukiwanie siebie, bo to działa. To odwraca moją uwagę. I o to chodzi.

*

Podniosłam swoje powieki po raz kolejny dzisiaj. Spojrzałam w okno. Ponad koronami drzew niebo miało kolor błękitny. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęło się rozjaśniać, miałam wrażenie, że wcale nie zasnęłam, tylko mrugnęłam, a w tym krótkim czasie wszystko obudziło się do życia. Ale nie czułam się bardziej wypoczęta, powieki mi się kleiły tak samo, jak gdy dzwoniła do mnie Isabelle. Ale nie miałam zamiaru znowu zasypiać, ponieważ to nie zmieniłoby zbyt wiele.
Zyskałam za to sporo czasu, by porządnie przygotować się do szkoły, zwykle wstawałam piętnaście minut po tym, jak zadzwoni budzik, robiłam wszystko w ostatniej chwili i Marie musiała przekraczać dozwoloną prędkość, na krótkim odcinku drogi do Stratford. Dzisiaj mogłam zrobić wyjątek.
Poszłam do łazienki, by zaliczyć poranne czynności. Byłam przyzwyczajona do tego, że każdego ranka wyglądałam, jak potwór ukośnik dziwadło. Zdaje się, że każdy tak ma. Byłam blada, jak ściana, moja skóra jeszcze nie zdążyła nabrać koloru tego lata. Moje oczy wyglądały co najmniej dziwnie. Były wielkie, o bardzo ciemnym odcieniu niebieskiego, czasami się dziwiłam, że taki kolor w ogóle jest możliwy. Oprócz tego, były otoczone długimi ciemnymi rzęsami i jeszcze na dodatek podkrążone. Dorzućmy do tego odpychające spojrzenie i wyglądam dosłownie, jak potwór. Moje włosy mogłyby być znane z tego, że nigdy nie układały się tak, jak chciałam. Kręciły się kiedy chciały i jak chciały, a czasami były prawie proste. Nie miałam pojęcia od czego to zależało. Dzisiaj postanowiłam po prostu je wyprostować. Nie będę się z nimi pieprzyć, jak zwykle, pomyślałam.
Nie przywiązywałam wagi do tego, jak się ubieram – zwykle wolałam sobie dłużej pospać niż roztrząsać problemy nastolatek pt. Którą bluzkę ubrać. Ubierałam się w wąskie jeansy i T-shirty, najczęściej czarno-białe, czasem niebieskie, wyjątek stanowiła moja bluza, którą kupiła mi Isabelle w różnokolorowe paski, w której wyglądałam jak wielkanocne jajko. Nigdy nie nosiłam spódnic, bo nie miałam takiego szczęścia jak moje dwie siostry i miałam „zbyt kształtne” nogi, gdy Marie i Danielle obie były chude, jak tyczki. I gdzie tu sprawiedliwość?
Spakowałam się do szkoły, sprawdzając cztery razy, czy na pewno niczego nie zapomniałam, bo to zdarzało mi się dość często, spojrzałam ostatni raz na to coś plastikowego. Wiedziałam, że mama będzie wrzeszczała na mnie za to, że kolejny raz nie wzięłam go do szkoły. Jeśli się dowie. Kopnęłam go pod łóżko, mając nadzieję, że mama nie będzie wchodzić do mojego pokoju.

*

- Miałam sen. – powiedziałam na głos, idąc szkolnym korytarzem z Isabelle na kolejną lekcję, prawdę mówiąc nie wiedząc, gdzie idę i na jaką lekcję. Wpatrywałam się przez cały czas w swoje stopy, ignorując wszystko dookoła.
W myślach odtwarzałam sobie na nowo tamten sen. Próbowałam przywołać tamto uczucie, które miałam grając, ale bezskutecznie. W porównaniu z rzeczywistością wszystko, co czułam i widziałam, podczas snu, było zbyt mało wyraźne, bym mogła przez chwilę uwierzyć.
- Co ciekawego ci się śniło? – spytała Isabelle. Pomimo tego, że wstała wcześnie, była w świetnym humorze, czego nie można było powiedzieć o mnie. Ze sposobu, w jaki zadała pytanie, domyśliłam się, że jest wprost wniebowzięta, że wreszcie się odezwałam.
- Sama nie wiem, co to było. Pamiętam, że grałam na gitarze. I patrzyło na mnie wielu ludzi.
Isabelle wzruszyła ramionami.
- Co w tym takiego szczególnego?
Zmieszałam się. Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Dla mnie to po prostu było niezwykłe i tyle. Śpiewanie i granie to jedyna rzecz, przy której potrafiłam być w pełni sobą. Musiałam tylko przemóc nieśmiałość, zaśpiewać pierwszą nutę i dalej samo szło. Naturalnie. Śpiewając, czuję, że nie istnieje nic, czego mogłabym się obawiać. Nie mogłam wytłumaczyć tego Isabelle, skoro ona nie czuje tego samego. Nie rozumie tego.
Zamiast tego zapytałam:
- Masz jakieś marzenia?
Isabelle uśmiechnęła się promiennie, w jej srebrnych oczach pojawiły się iskierki.
- Pewnie. I za dwa dni się spełnią.
Pokręciłam głową. – Mam na myśli takie, które dotyczą tylko ciebie. Jakieś cele? Podróże?
Cokolwiek, o czym mogłabyś rozmyślać cały dzień, dodałam w myślach.
Isabelle zastanowiła się nad tym przez chwilę.
- Rozumiem, że nie liczy się bycie żoną Biebera, urodzenie mu dwójki dzieci i manie przy tym frajdy? Nic nie mów. Chcę wygrać kiedyś olimpiadę z matmy i pokonać Mandy Greenwood w biegach na sześćset metrów. Ta dziewczyna jest straszna. Nie bywasz na ostatnich wuefach, więc nie wiesz, co ona wyrabia. A i jeszcze chcę kiedyś namówić rodziców na wyjazd do Disney World.
- Tego w Orlando czy w Los Angeles? – zapytałam z uśmiechem.
- Raczej wątpię, żeby ten drugi wchodził w grę. – stwierdziła przyjaciółka ze skrzywioną miną.
- Skąd wiesz? Może wyjedziesz do właśnie tego w L.A.?
- Wiem, bo nie mam tak bujnej wyobraźni, jak ty. Wyobrażasz sobie lepsze „jutro”, gdy takie ma małe szanse, by się wydarzyć. Kogo tu oszukiwać, w życiu nie pojadę do Disney World! Ale to nic. Jak już będę żoną Biebera to poproszę go, by mnie zabrał w jakieś fajne miejsce. Ten to ma kasę.
- Nie mogę uwierzyć, że jesteś przekonana, że będziesz jego żoną, a w wycieczkę do Disney World nawet nie wierzysz. – prychnęłam.
- Kto by chciał jechać do jakiegoś Disney World? Po co? Żeby się przejechać i wrócić? Perspektywa długiego życia pełnego wygłupów z Justinem jest o wiele ciekawsza.
Przewróciłam oczami.
- A co byś zrobiła, gdyby spełniły ci się oba marzenia? – Szczerze wątpiłam, żeby została żoną Biebera, (nie żeby nie miała szansy). Ale Disney World był jak najbardziej możliwy do zrealizowania.
- Nie wiem. Jeszcze się nie spełniły.  Czyli sugerujesz, że śpiewanie to twoje marzenie?
Skinęłam głową. Dotarło, dokładnie jak chciałam.
- I co dalej zrobisz? Będziesz śpiewać w Grillu przez całe życie? Albo w swoim pokoju, kiedy Grill zbankrutuje?
- Nie wiem.
- No właśnie. Dlatego nie rozumiem twoich marzeń. Jeśli nie wiesz, co dalej, to po co sobie czegoś życzysz? W czym ci to pomoże?
- Po prostu coś mnie ciągnie w tę stronę. Gdy śpiewam, nie boję się.
- Wydaje mi się, że nadal nie rozumiem. Śpiewanie jest takie… hm. Nudne? Wydaje się niczym. Tylko wydajesz z siebie jakieś dźwięki.
Jednak miałam wcześniej rację. Nie rozumie. Tłumaczenie jej nic nie wskóra. Zasmuciłam się. Czyżby świat mojej przyjaciółki był ograniczony tylko do szkoły i Biebera?
- Wydaje się niczym, a ten twój chłopczyk zgarnia za to niezłe pieniądze. Jak myślisz dlaczego to robi? – powiedziałam, nie ukazując swojego zawiedzenia.
- Bo jest boski. – usłyszałam w odpowiedzi.
Nie skomentowałam tego. Albo przynajmniej spróbowałam nie komentować.
- Nie sądzisz, że głos i talent mogą mieć coś z tym wspólnego? – zapytałam niegrzecznym tonem. Czasami miałam dosyć tej obsesji Isabelle. To bywało naprawdę denerwujące. Kiedyś jeszcze ukrywała swoje uwielbienie, ale teraz twierdzi, że jest dumna z tego, że jest jego fanką.
- Pewnie, że tak. – przyznała mi rację, ale brzmiało to, jakbym dopiero ją oświeciła. – Ale wiele zawdzięcza swojej osobowości, anielskiemu wyglądu i ruchom. Bez tego miałby tylko talent. I nie miałby z nim, co zrobić.
Przez chwilę nie docierały do mnie słowa mojej przyjaciółki. W muzyce najważniejsza jest umiejętność tworzenia harmonii – wydobywania dźwięków, które brzmią, nie można, ani grać, ani śpiewać jeśli się nie ma słuchu. O tym byłam święcie przekonana. Ale Isabelle mówiła o czymś innym. Żeby zająć się muzyką trzeba potrafić przekazać siebie  - chociażby jak Bieber. Trzeba zainteresować ludzi tym. Tak, moja przyjaciółka miała sporo racji.
Uświadomiłam sobie, że prowadząc z nią tę rozmowę podświadomie chciałam poznać jej opinię o moim muzycznym marzeniu. Przekonałam się wcześniej, że Isabelle nie rozumie mnie, więc zaczęłam wyciągać z niej informację posługując się jej idolem. I podziałało.
Tyle, że mi niezbyt podobało się, co usłyszałam. Porównajmy to ze mną. Nie mam za grosz ciekawej osobowości – jestem zbyt nieśmiała i nudna, wszystko tłumię w sobie; nie mam także ruchów – w tej dziedzinie moje umiejętności są poniżej przeciętnej, albo nawet poniżej minimalnego poziomu. Po prostu nie potrafię tańczyć. Jedyne, co mam to talent muzyczny, co wcale nie oznacza, że mam dobry głos. Jak mam wykonywać muzykę przed ludźmi, chociażby w Grillu, nie mając tego wszystkiego?
Wyszłyśmy bocznymi drzwiami z budynku szkoły. Gorące słońce sprawiło, że czułam, jakby moja skóra zaczęła płonąć. Zbliżał się koniec maja. To była zapowiedź wakacji.
Isabelle zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu. Jej naturalnie bardzo jasne włosy nabrały złotawego odcieniu.
Ale zaraz. Dlaczego w ogóle wyszłyśmy na zewnątrz? O ile dobrze pamiętam zawsze w piątki o tej godzinie mieliśmy angielski.
- Gdzie idziemy? – zapytałam. Przerwa się niedługo kończyła. Nie było sensu wychodzić na dwór. Po tej stronie budynku nie było niczego. Tylko gigantyczne boisko do piłki nożnej, ogrodzone płotem i mniejsze – do siatkówki, na którym siedziały jakieś pierwszoklasistki i rozmawiały.
- No jak to gdzie? – zdziwiła się Isabelle. – Na wuef. – odpowiedziała nadal wpatrując się w idealnie błękitne niebo.
Zatrzymałam się w miejscu, jakby nagle stopy mi wrosły w ziemię. Przecież… dzisiaj nie ma tej lekcji w planie. Nie byłam w stanie wypowiedzieć słowa na głos. Nie miałam pojęcia, jak to możliwe, że jedna krótka lekcja polegająca dla odmiany na wysiłku fizycznym, a nie umysłowym, mogła mnie tak przerażać.
Nie mam jak uciec.
- I jak to się stało, że ja znowu nie wiem? – spytałam, próbując wymyśleć plan, dzięki któremu uniknęłabym spotkania z nienawidzącą mnie nauczycielką, która jest przekonana, że przez dwa lata okłamywałam ją na temat mojego stanu zdrowia, co było oczywiście nieprawdą. Niby dlaczego miałabym to robić? Nie jestem aż tak leniwa, żeby przez dwa lata liceum plus trzy lata gimnazjum udawać niepełnosprawną. Wręcz przeciwnie. Oddałabym wszystko, żeby móc być jak inne dziewczyny.
- Zapatrzyłaś się na swoją gitarę i Tay’a i przez przypadek zostawiłaś móżg w Grillu. Poza nim nie myślisz. Wcale. – zażartowała Isabelle.
To nie było śmieszne.
Sala gimnastyczna znajdowała się w osobnym budynku. Zimą to sprawiało sporo problemów. Musieliśmy schodzić do szatni (mamy numerki, więc z tym też jest sporo problemów) ubierać się i wyjść na zewnątrz. Sala była remontowana w zeszłe wakacje i trzeba przyznać, że są nawet dobre warunki.
Usiadłam sobie na ławeczce w damskiej szatni, opierając się na jasno żółtej ścianie z masą podpisów, niezręcznie spoglądając na plecy moich koleżanek z klasy, które się właśnie przebierały. Każda z nich miała jakieś drobne wady postawy (bo nie można było ich nazwać jeszcze chorobami kręgosłupa tak jak w moim przypadku). Okrągłe plecy, delikatnie pogłębiona lordoza czy kifoza, lekko wystające łopatki. To jest nic.
Wyszłam z szatni z przebranymi dziewczynami. Z nimi pokierowałam się na dwór, na małe boisko. Miałam zamiar poinformować moją nauczycielkę, że nie mam stroju i nie mogę ćwiczyć (dopiero teraz mnie oświeciło, że go nie mam). Mogłam przewidzieć jej reakcję. Wkurzy się. To mało powiedziane. Gdy tylko zacznę ćwiczyć, zamęczy mnie.
Ale na boisku nie było mojej wuefistki. Zamiast niskiej szatynki po czterdziestce, zobaczyłam młodą dziewczynę z pewnością od razu po studiach, z jasnym warkoczem. Uśmiechnęła się, przedstawiła się grzecznie i zadała dziewczynom trzy okrążenia wokół boiska w ramach rozgrzewki.
Podeszłam do niej niepewnym krokiem i z drżącym głosem wyjaśniłam jej, że zapomniałam stroju. Nauczycielka uśmiechnęła się do mnie ciepło i odpowiedziała, że każdemu się zdarza. Zdziwiona, że tak łatwo poszło wróciłam do szatni, uznawszy że jest zbyt gorąco, by zostać na zewnątrz.
A w szatni ktoś na mnie czekał.
Na niziutkiej ławeczce siedział mój bliski przyjaciel Tay Bradley. Znał mnie na tyle dobrze, że wiedział, że nie będę ćwiczyć. On z nieznanych mi powodów też postanowił dzisiaj nie ćwiczyć. Oparł się łokciami na kolanach wyluzowany, nic sobie nie robił z tego, że siedzi w damskiej szatni. Gdyby ktoś go tu zastał mógłby mieć kłopoty, ale nauczyciele rzadko wchodzą podczas lekcji do szatni.
Z Tay’em znaliśmy się praktycznie całe życie. Mieszkaliśmy dosyć blisko siebie, jeśli dwa kilometry to mogło być blisko. Poznaliśmy się w przedszkolu. Byliśmy nierozłączni i rozumieliśmy bez słów. Nawet przyrzekliśmy sobie, że nigdy jedno nie zostawi drugiego. Czasami się śmieję z tych chwil. Tak było do czasu, kiedy skończyliśmy po dwanaście lat. Wtedy zaczęło się pojawiać, co innego pomiędzy nami. Nadal byliśmy młodzi i ot tak zachciało się nam „chodzić ze sobą”. Oczywiście to było mało poważne i w końcu znudziła nam się zabawa. Tak naprawdę nigdy nie zerwaliśmy, po prostu przestaliśmy, nawet nie potrafię wskazać momentu, kiedy to się stało. Potem już nigdy nie było pomiędzy nami tak, jak było w przedszkolu. Może to dlatego, że pojawiły się pomiędzy nami różnice, Tay zaczął chodzić na poważne randki (nic dziwnego, skoro mógł mieć każdą dziewczynę w szkole) a ja zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Zaczęły się sekrety.
Ale to nie zmienia tego, że nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i znamy się bardzo dobrze.
Tay uśmiechnął się do mnie niezręcznie. Mogłam wyczytać z jego ciemnozielonych oczu, że coś było nie tak. Coś go gnębiło. Mój jasnowłosy przyjaciel wskazał na miejsce na ławce obok niego. Usiadłam dosyć blisko.
- Nie powinieneś być teraz na boisku? – spytałam. W jego towarzystwie nigdy nie bywałam cicha. Moja nieśmiałość i ostrożność przy nim się ulatniały.
Tay był wysportowanym, wysokim na prawie dwa metry blondynem z ciepłymi ciemnozielonymi oczami. Grał w koszykówkę w szkolnej drużynie. Nic dziwnego, że każda dziewczyna w szkole chciałaby się z nim umówić. Był przystojny, nie mogłam zaprzeczyć.
- Nie obrażą się, jeśli opuszczę jedną lekcję. Do mistrzostw jeszcze daleko. – powiedział wpatrzony w swoje splecione dłonie.
Spojrzałam na niego zagubiona.
- Co jest? – spytałam cicho.
- Ech. – zająknął się zakłopotany i sięgnął za siebie, po coś, czego nie mogłam zobaczyć, bo zasłaniał mi. – Dani tu była i kazała ci to dać. Podobno twoja matka jest na ciebie zła.
Wytrzeszczyłam oczy na widok plastiku. Szybko spuściłam głowę na dół zawstydzona i upokorzona. To był mój sekret, o którym wiedziała tylko Isabelle i rodzina (i pewnie wszystkie znajome mojej matki, ale nie znam ich, więc się nie liczą). Tay nie miał zielonego pojęcia o tym. Nie chciałam u powiedzieć. Nie zrozumiałby, jaki to jest kłopot dla młodej dziewczyny, nosić coś takiego. A poza tym nie chciałam, by traktował mnie, jak niepełnosprawną. To było okropne.
Nie obchodziła mnie w tej chwili awantura, jaka mnie czeka w domu. Tay siedział obok mnie, prawdopodobnie zmieszany i zawiedziony, a ja nie odważyłam się nawet spojrzeć mu w twarz.
- Powiedziała też, że masz to założyć. – usłyszałam głos mojego przyjaciela zabarwiony mieszanką takich uczuć jak frustracja, niepewność, strach, współczucie, ciekawość, nie zabrakło też gniewu. Zrozumiałam, że ma prawo być zły.
- Teraz? – wykrztusiłam słabym głosem. Zrobiło mi się gorąco. Poczułam coś w rodzaju mdłości.
- Teraz.
Stanęłam na uginających się przede mną kolanach i wzięłam w ręce zimny plastik. Spojrzałam na niego zbolałą miną po rozpięciu zapięć, włożyłam go na siebie. Poczuwszy, jak wrzyna mi się w lewy bok, przełknęłam głośno ślinę i powoli odwróciłam się do Tay’a, ze wzrokiem wbitym w sufit. Tym razem tylko, żeby nie widział łez w moich oczach.
Gdy już zmusiłam się, żeby na niego spojrzeć, zauważyłam, że oczy Tay’a są skierowane na moją talię. A raczej na biały plastik na niej. Czując się jak kaleka, usiadłam z powrotem na ławeczkę w niewielkiej odległości od mojego przyjaciela, który posunął przestraszonym wzrokiem po mojej talii. Dałam mu chwilę, by sobie wszystko poukładał. Ja w tym czasie zajęłam się szukaniem takiej pozycji, w której krawędzie plastiku nie wbijałyby się we mnie, co zaoszczędziło mi drętwiejących kończyn. W końcu po prostu wyprostowałam nogi przed sobą.
Spojrzałam niezręcznie na mojego przyjaciela. Ten odwrócił wzrok.
- Jak długo to trwa? Od jak dawna nosisz… to coś? – zapytał chłodnym tonem.
- Trzy lata miną w październiku. – odpowiedziałam.
- Nie wierzę, że przez ten cały czas niczego mi nie powiedziałaś. – spojrzał mi w oczy przy tym zdaniu. Wyglądał, jakby był bliski płaczu. Tay? Nie wierzę. – Przecież jesteśmy przyjaciółmi!
- A czy zrozumiałbyś mnie? Czy chociaż spróbowałbyś zrozumieć, jak bardzo tego nienawidzę, jak mi z tym trudno i dlaczego ze strachem patrzę na nauczycielkę od wuefu? – zawołałam płaczliwie. Musiałam uciszyć się, zanim ktokolwiek mnie usłyszy. Już wystarczająco dużo osób wie.
- Pewnie. – odpowiedź padła od razu po pytaniu.
- Nie. – równie szybko zaprzeczyłam. – Byłbyś kolejnym, który kazałby mi to nosić, nie zważając na moje zdanie. Tak wszyscy robią. Mówią, że nie przeszkadza im to, że muszę to nosić, że to nic, ale gdy nie mam tego na sobie…
- A wiesz, dlaczego wszyscy ci każą? – spojrzał mi prosto w oczy. – Bo wszystkim na tobie zależy, Anne. Zależy mi na twoim zdrowiu tak samo jak Isabelle i całej twojej rodzinie.
To zamknęło mi usta na chwilę. Dopiero po paru minutach patrzenia mu prosto w oczy wydobyłam z siebie głos.
- Nie rozumiesz, prawda? Nie tego oczekiwałam. Nie chcę byś był dla mnie rodzicem. Chcę, żeby ktoś mnie wreszcie zrozumiał. Cholera jasna! Nikt nie wie, jak to jest naprawdę! Siedzę w tym plastikowej zbroi pół dnia! Muszę w tym spać. Mam siniaki i podrażnioną skórę. Nie mogę się normalnie poruszać. Nie chcę, żebyś był dla mnie kolejnym rodzicem. Chcę, żebyś mnie pocieszył, kiedy tego potrzebuję.
Tay wziął głęboki wdech, by się uspokoić.
- A potrzebujesz tego? – zapytał miękkim głosem.
Nie wytrzymałam. Zalałam się łzami.
- A jakbyś się ty czuł, gdybyś wiedział, że nigdy nie będziesz dorównywał swoim rówieśnikom? Jakbyś się czuł, gdybyś był tak słaby, że nie dawałbyś rady zrobić jednej cholernej pompki? Jednego brzuszka? - Potrafiłam zrobić pół brzuszka. Potrafiłam zrobić wiele półbrzuszków, ale to nie dawało mi ani jednego całego.
Tay przytulił mnie mocno do siebie, a ja zaczęłam cicho szlochać z policzkiem opartym o jego bark. To był mój moment słabości. Wszystkie tamy puściły. Wszystko, co we mnie siedziało, właśnie wypływało ze łzami.
A Tay nie przestawał mnie trzymać w ramionach. Byłam mu za to wdzięczna. Tego potrzebowałam.
Po paru minutach łez nareszcie nadawałam się do normalnej rozmowy.  Zostawiliśmy w spokoju drażliwe tematy i zaczęliśmy po prostu rozmawiać.
- Słyszałem, że idziesz na koncert Justina Biebera? – zapytał uśmiechnięty Tay.
Wyszczerzyłam zęby, nie denerwował mnie ten fakt już. Robiłam to dla Isabelle.
- Idę, idę. Sama nie mogę uwierzyć, że idę.
- Tylko mi nie wracaj z Bieber Fever. – zażartował Tay.
- Nigdy w życiu. – uspokoiłam go.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz