If you have a dream, you should at least try to
live it.
Światła były
skierowane na mnie. Z mojej gitary wydobywały się piękne dźwięki, tworzące
razem harmonię. Serce biło mi mocno i szybko – takie chwile, jak ta nie
zdarzały się często.
Czułam się,
jakbym była w innym, równoległym świecie, gdzie moje wewnętrzne demony nie
istniały – będąc w tym świecie, byłam od nich wolna. Zapominałam.
Liczyła się
tylko piękna muzyka, którą grałam dla wielu ludzi. Mogłam się znajdować w
Grillu, albo na większej scenie lub nawet na ławce w parku. Nie obchodziło mnie
to.
Wyśpiewałam
pierwsze słowa piosenki…
Ze snu zbudziły
mnie głośne wibracje pochodzące od mojej komórki, która leżała obok mojej
poduszki. To nie był pierwszy raz, gdy przekonywałam się na własnej skórze,
jakim wspaniałym budzikiem potrafią być.
Nie podnosząc
powiek, sięgnęłam niezdarnie po nią, w efekcie sprawiając, że spadła uderzając
głośno o podłogę. Nie przestała wibrować. Niechętnie otworzyłam oczy, żeby ją
podnieść i wreszcie uciszyć. Było zupełnie ciemno, jedyne światło było
emitowane przez ekranik telefonu, w mój bark wbijało się coś plastikowego. Nie
mogłam poruszyć ręką…
Przestraszyłam
się. Od barku w dół nie czułam swojej prawej ręki, zupełnie jakby nie należała
do mnie.
Byłam zbyt
zdezorientowana, by wiedzieć, dlaczego. I nic dziwnego, bo wnioskując z jeszcze
ciemnego nieba, był środek nocy, mój budzik nie powinien dzwonić tak wcześnie.
Bolała mnie głowa, powieki same mi opadały, w końcach palców czułam
nieprzyjemne mrowienie, a komórka nadal hałasowała na podłodze. A ja nie
wykazywałam żadnych chęci, by cokolwiek zmienić. Pragnęłam tylko zasnąć, a
wszystko inne powinno się ot tak uspokoić.
Niezdarnie
odwróciłam się na plecy, by móc odpiąć to plastikowe cholerstwo, które byłam
zmuszona nosić dwadzieścia trzy godziny na dobę (i tak nosiłam tylko w nocy),
które wielokrotnie sprawiało, że ręce, a w ekstremalnych przypadkach nogi, mi
drętwiały. Gdy pozbyłam się sztywnej zbroi, mogłam sięgnąć wreszcie po komórkę.
Ku mojemu
zdziwieniu to nie budzik dzwonił. Na ekraniku oprócz wypisanej dużymi literami
godziny wyświetlił się numer zapisany pod nazwą Isabelle.
Zabiję kiedyś
tę dziewczynę, przyrzekłam sobie w myślach.
- Jest czwarta
czterdzieści dwie, dziewczyno. – warknęłam zaspana.
- Wiem.
Myślisz, że w innym przypadku czekałabym tak długo aż odbierzesz? – zapytała.
Sądząc po jej tonie głosu, była wyspana i uśmiechnięta. Nie to, co niektórzy.
- Mów lepiej,
czego chcesz. Chciałabym się jeszcze wyspać. I lepiej, żeby to było coś
ważnego.
- No więc, od
dwóch godzin stoję w gigantycznej kolejce w teatrze po bilety na Justina
Biebera.
Chyba sobie
żartuje. To jest ta ważna sprawa?
- Otwarte tak
wcześnie? – zadałam właśnie to pytanie, pomimo, że odpowiedź na nie wcale mnie
nie obchodziła. To miało mnie tylko powstrzymać przed dzikim wrzaskiem do
telefonu, ponieważ ktoś jeszcze w tym domu może właśnie spać.
A jeśli to ja
zarabiałabym sprzedając bilety na koncert Biebera, żadna siła nie mogłaby mnie
zmusić, bym wstała tak wcześnie.
- Nie, ale
przyszłam wcześniej, by uniknąć kolejek. Opłacało się. Jestem czwarta. –
powiedziała uradowana. – Jak już otworzą, kupię dwa bilety, a ty tylko spróbuj
odmówić! Wydam na to kupę kasy. – spróbowała zagrać na moim poczuciu winy.
Znała mnie dobrze i wiedziała, że w życiu nie pozwoliłabym jej wydać na mnie
kupę kasy, a jeśli taka sytuacja miałaby miejsce, nie zmarnowałabym wydanych na
mnie pieniędzy.
- W takim razie
oddam go Marie.
Isabelle
zaśmiała się krótko.
- Ona i twoja
druga siostra też tu są. Na samym końcu kolejki. – powiedziała z wyższością.
Miałam ochotę
uderzyć się w czoło z zażenowania, ale moja ręka przy każdym ruchu zaczynała
mrowić jeszcze bardziej, co było nie do zniesienia.
Zabrakło mi
argumentów, by się bronić. Najwyraźniej jestem zmuszona pójść z nią na ten
koncert. Poddałam się. Pewnie i tak tego wieczoru siedziałabym sama w swoim
pokoju i grała na gitarze.
- Dlatego
właśnie zadzwoniłam. Nie masz z kim jechać do szkoły. Zadzwoń do Tay’a, może
cię podrzuci. Zobaczymy, może ja się wyrobię i zajadę po ciebie? W końcu
otwierają za piętnaście szósta.
- Mam nadzieję,
że się wyrobisz. Wczoraj wracałam sama do domu.
- Umarłaś? –
wtrąciła Isabelle, co po prostu zignorowałam.
- Miałam
wrażenie, że ktoś mnie śledził…
- Kto wie, może
rzeczywiście cię ktoś śledził?
- To nie jest
śmieszne.
- Dla mnie
jest. – roześmiała się głośno.
- Idę spać.
Dobranoc. – powiedziałam i rozłączyłam się.
W pokoju znowu
zrobiło się ciemno. Zamknęłam oczy, licząc, ze zaraz zasnę, ale myśląc tak
tylko oszukiwałam siebie. Byłam zbyt rozbudzona. Gdyby Isabelle postarała się
mniej wkurzać mnie swoją obsesją, może udałoby mi się zasnąć. Miałam ochotę w
coś walnąć pięścią, ale nie chciało mi się podnieść zdrętwiałej ręki z łóżka.
Spojrzałam na
moją plastikową „drugą skórę”, jak to lubiła nazywać mama, którą rzuciłam
niedbale na podłogę przy łóżku. To wystarczyło, by odwrócić moją uwagę od
Isabelle, od Biebera i od jego koncertu, ponieważ miałam ważniejsze problemy
niż te. Przypomniała mi się wczorajsza kłótnia z moją siostrą. Może Marie miała
rację nazywając mnie kaleką?
Plastik
kształtem przypominał moją sylwetkę od bioder do barków. Nie miałam pojęcia,
jak to działa, ale gdy miałam go na sobie, gorset miał za zadanie
utrzymywać mój kręgosłup w naturalnym położeniu, w takim jaki powinien być.
Dlatego nie mogłam liczyć, że będzie dokładnym odwzorowaniem mojej sylwetki.
Prawy bok był nienaturalnie płaski, a po lewej stronie znajdowało się
wgłębienie, które wbijało mi się powyżej biodra, uwypuklając je. Nad nim
uformowane było wybrzuszenie, które miało stanowić przeciwieństwo lewej –
zupełnie płaskiej – strony.
Nie było to
wygodne. Nic, co jest tak twarde i tak ogranicza ci swobodę ruchu, nie mogło
być wygodne. Czułam się w tym, jak w cienkim gipsie. Nosząc to, miałam prawie
całkowicie unieruchomiony kręgosłup. Nie mogłam się ani lekko zgarbić, ani
schylić, a już nie wspomnę o graniu na gitarze, bo to właśnie najbardziej mnie
bolało. Pośród tych wszystkich czynności, których nie powinnam lub nie mogę
robić, znalazło się to, co najbardziej kocham.
Przyzwyczajenie
się do tego zajęło mi parę miesięcy. Kiedyś było dużo gorzej niż jest teraz.
Byłam cała poobijana, skórę miałam poobcieraną, w niektórych miejscach aż do
krwi…
Ale czy to robiło
ze mnie kalekę? Czy to dawało prawo Marie, żeby mnie tak nazwać?
Teoretycznie,
nie. Bez tego wyglądałam na zupełnie zdrową osobę. Nikt, kto nie
wiedział, nie mógł się domyślić, że coś z moim kręgosłupem nie tak. Nikt nie
przyglądałby się moim plecom i nie wywnioskowałby, że akurat ja jestem
niepełnosprawna – no może z wyjątkiem ortopedy.
Ale biorąc pod
uwagę to, co muszę robić i to, czego nie mogę robić… Może zasługuję na takie
określenie?
Mogę zaprzeczać
przed samą sobą. Mogę sobie wmawiać, że nic mi nie jest. Mogę mieć wszystko w
dupie… Ale to nic nie zmieni.
Mimo, że dobrze
to wiem, kontynuuję oszukiwanie siebie, bo to działa. To odwraca moją uwagę. I
o to chodzi.
*
Podniosłam
swoje powieki po raz kolejny dzisiaj. Spojrzałam w okno. Ponad koronami drzew
niebo miało kolor błękitny. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęło się rozjaśniać,
miałam wrażenie, że wcale nie zasnęłam, tylko mrugnęłam, a w tym krótkim czasie
wszystko obudziło się do życia. Ale nie czułam się bardziej wypoczęta, powieki
mi się kleiły tak samo, jak gdy dzwoniła do mnie Isabelle. Ale nie miałam
zamiaru znowu zasypiać, ponieważ to nie zmieniłoby zbyt wiele.
Zyskałam za to
sporo czasu, by porządnie przygotować się do szkoły, zwykle wstawałam
piętnaście minut po tym, jak zadzwoni budzik, robiłam wszystko w ostatniej
chwili i Marie musiała przekraczać dozwoloną prędkość, na krótkim odcinku drogi
do Stratford. Dzisiaj mogłam zrobić wyjątek.
Poszłam do
łazienki, by zaliczyć poranne czynności. Byłam przyzwyczajona do tego, że
każdego ranka wyglądałam, jak potwór ukośnik dziwadło. Zdaje się, że każdy tak
ma. Byłam blada, jak ściana, moja skóra jeszcze nie zdążyła nabrać koloru tego
lata. Moje oczy wyglądały co najmniej dziwnie. Były wielkie, o bardzo ciemnym
odcieniu niebieskiego, czasami się dziwiłam, że taki kolor w ogóle jest
możliwy. Oprócz tego, były otoczone długimi ciemnymi rzęsami i jeszcze na
dodatek podkrążone. Dorzućmy do tego odpychające spojrzenie i wyglądam
dosłownie, jak potwór. Moje włosy mogłyby być znane z tego, że nigdy nie
układały się tak, jak chciałam. Kręciły się kiedy chciały i jak chciały, a
czasami były prawie proste. Nie miałam pojęcia od czego to zależało. Dzisiaj
postanowiłam po prostu je wyprostować. Nie będę się z nimi pieprzyć, jak
zwykle, pomyślałam.
Nie
przywiązywałam wagi do tego, jak się ubieram – zwykle wolałam sobie dłużej
pospać niż roztrząsać problemy nastolatek pt. Którą bluzkę ubrać. Ubierałam
się w wąskie jeansy i T-shirty, najczęściej czarno-białe, czasem niebieskie,
wyjątek stanowiła moja bluza, którą kupiła mi Isabelle w różnokolorowe paski, w
której wyglądałam jak wielkanocne jajko. Nigdy nie nosiłam spódnic, bo nie
miałam takiego szczęścia jak moje dwie siostry i miałam „zbyt kształtne” nogi,
gdy Marie i Danielle obie były chude, jak tyczki. I gdzie tu sprawiedliwość?
Spakowałam się
do szkoły, sprawdzając cztery razy, czy na pewno niczego nie zapomniałam, bo to
zdarzało mi się dość często, spojrzałam ostatni raz na to coś plastikowego.
Wiedziałam, że mama będzie wrzeszczała na mnie za to, że kolejny raz nie
wzięłam go do szkoły. Jeśli się dowie. Kopnęłam go pod łóżko, mając
nadzieję, że mama nie będzie wchodzić do mojego pokoju.
*
- Miałam sen. –
powiedziałam na głos, idąc szkolnym korytarzem z Isabelle na kolejną lekcję,
prawdę mówiąc nie wiedząc, gdzie idę i na jaką lekcję.
Wpatrywałam się przez cały czas w swoje stopy, ignorując wszystko dookoła.
W myślach
odtwarzałam sobie na nowo tamten sen. Próbowałam przywołać tamto uczucie, które
miałam grając, ale bezskutecznie. W porównaniu z rzeczywistością wszystko, co
czułam i widziałam, podczas snu, było zbyt mało wyraźne, bym mogła przez chwilę
uwierzyć.
- Co ciekawego
ci się śniło? – spytała Isabelle. Pomimo tego, że wstała wcześnie, była w
świetnym humorze, czego nie można było powiedzieć o mnie. Ze sposobu, w jaki
zadała pytanie, domyśliłam się, że jest wprost wniebowzięta, że wreszcie się
odezwałam.
- Sama nie
wiem, co to było. Pamiętam, że grałam na gitarze. I patrzyło na mnie wielu
ludzi.
Isabelle
wzruszyła ramionami.
- Co w tym
takiego szczególnego?
Zmieszałam się.
Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Dla mnie to po prostu było niezwykłe
i tyle. Śpiewanie i granie to jedyna rzecz, przy której potrafiłam być w pełni
sobą. Musiałam tylko przemóc nieśmiałość, zaśpiewać pierwszą nutę i dalej samo
szło. Naturalnie. Śpiewając, czuję, że nie istnieje nic, czego mogłabym się
obawiać. Nie mogłam wytłumaczyć tego Isabelle, skoro ona nie czuje tego samego.
Nie rozumie tego.
Zamiast tego
zapytałam:
- Masz jakieś
marzenia?
Isabelle
uśmiechnęła się promiennie, w jej srebrnych oczach pojawiły się iskierki.
- Pewnie. I za
dwa dni się spełnią.
Pokręciłam
głową. – Mam na myśli takie, które dotyczą tylko ciebie. Jakieś cele? Podróże?
Cokolwiek, o
czym mogłabyś rozmyślać cały dzień, dodałam w myślach.
Isabelle
zastanowiła się nad tym przez chwilę.
- Rozumiem, że
nie liczy się bycie żoną Biebera, urodzenie mu dwójki dzieci i manie przy tym
frajdy? Nic nie mów. Chcę wygrać kiedyś olimpiadę z matmy i pokonać Mandy
Greenwood w biegach na sześćset metrów. Ta dziewczyna jest straszna. Nie bywasz
na ostatnich wuefach, więc nie wiesz, co ona wyrabia. A i jeszcze chcę kiedyś
namówić rodziców na wyjazd do Disney World.
- Tego w
Orlando czy w Los Angeles? – zapytałam z uśmiechem.
- Raczej
wątpię, żeby ten drugi wchodził w grę. – stwierdziła przyjaciółka ze skrzywioną
miną.
- Skąd wiesz?
Może wyjedziesz do właśnie tego w L.A.?
- Wiem, bo nie
mam tak bujnej wyobraźni, jak ty. Wyobrażasz sobie lepsze „jutro”, gdy takie ma
małe szanse, by się wydarzyć. Kogo tu oszukiwać, w życiu nie pojadę do
Disney World! Ale to nic. Jak już będę żoną Biebera to poproszę go, by mnie
zabrał w jakieś fajne miejsce. Ten to ma kasę.
- Nie mogę
uwierzyć, że jesteś przekonana, że będziesz jego żoną, a w wycieczkę do Disney
World nawet nie wierzysz. – prychnęłam.
- Kto by chciał
jechać do jakiegoś Disney World? Po co? Żeby się przejechać i wrócić?
Perspektywa długiego życia pełnego wygłupów z Justinem jest o wiele ciekawsza.
Przewróciłam
oczami.
- A co byś
zrobiła, gdyby spełniły ci się oba marzenia? – Szczerze wątpiłam, żeby została
żoną Biebera, (nie żeby nie miała szansy). Ale Disney World był jak najbardziej
możliwy do zrealizowania.
- Nie wiem.
Jeszcze się nie spełniły. Czyli sugerujesz, że śpiewanie to twoje
marzenie?
Skinęłam głową.
Dotarło, dokładnie jak chciałam.
- I co dalej
zrobisz? Będziesz śpiewać w Grillu przez całe życie? Albo w swoim pokoju, kiedy
Grill zbankrutuje?
- Nie wiem.
- No właśnie.
Dlatego nie rozumiem twoich marzeń. Jeśli nie wiesz, co dalej, to po co sobie
czegoś życzysz? W czym ci to pomoże?
- Po prostu coś
mnie ciągnie w tę stronę. Gdy śpiewam, nie boję się.
- Wydaje mi
się, że nadal nie rozumiem. Śpiewanie jest takie… hm. Nudne? Wydaje się niczym.
Tylko wydajesz z siebie jakieś dźwięki.
Jednak miałam
wcześniej rację. Nie rozumie. Tłumaczenie jej nic nie wskóra. Zasmuciłam się.
Czyżby świat mojej przyjaciółki był ograniczony tylko do szkoły i Biebera?
- Wydaje się
niczym, a ten twój chłopczyk zgarnia za to niezłe pieniądze. Jak myślisz
dlaczego to robi? – powiedziałam, nie ukazując swojego zawiedzenia.
- Bo jest
boski. – usłyszałam w odpowiedzi.
Nie
skomentowałam tego. Albo przynajmniej spróbowałam nie komentować.
- Nie sądzisz,
że głos i talent mogą mieć coś z tym wspólnego? – zapytałam niegrzecznym
tonem. Czasami miałam dosyć tej obsesji Isabelle. To bywało naprawdę
denerwujące. Kiedyś jeszcze ukrywała swoje uwielbienie, ale teraz twierdzi, że
jest dumna z tego, że jest jego fanką.
- Pewnie, że
tak. – przyznała mi rację, ale brzmiało to, jakbym dopiero ją oświeciła. – Ale
wiele zawdzięcza swojej osobowości, anielskiemu wyglądu i ruchom. Bez tego
miałby tylko talent. I nie miałby z nim, co zrobić.
Przez chwilę
nie docierały do mnie słowa mojej przyjaciółki. W muzyce najważniejsza jest
umiejętność tworzenia harmonii – wydobywania dźwięków, które brzmią, nie
można, ani grać, ani śpiewać jeśli się nie ma słuchu. O tym byłam święcie
przekonana. Ale Isabelle mówiła o czymś innym. Żeby zająć się muzyką trzeba
potrafić przekazać siebie - chociażby jak Bieber. Trzeba zainteresować
ludzi tym. Tak, moja przyjaciółka miała sporo racji.
Uświadomiłam
sobie, że prowadząc z nią tę rozmowę podświadomie chciałam poznać jej opinię o
moim muzycznym marzeniu. Przekonałam się wcześniej, że Isabelle nie rozumie
mnie, więc zaczęłam wyciągać z niej informację posługując się jej idolem. I
podziałało.
Tyle, że mi
niezbyt podobało się, co usłyszałam. Porównajmy to ze mną. Nie mam za grosz
ciekawej osobowości – jestem zbyt nieśmiała i nudna, wszystko tłumię w sobie;
nie mam także ruchów – w tej dziedzinie moje umiejętności są poniżej
przeciętnej, albo nawet poniżej minimalnego poziomu. Po prostu nie potrafię
tańczyć. Jedyne, co mam to talent muzyczny, co wcale nie oznacza, że mam dobry
głos. Jak mam wykonywać muzykę przed ludźmi, chociażby w Grillu, nie mając tego
wszystkiego?
Wyszłyśmy
bocznymi drzwiami z budynku szkoły. Gorące słońce sprawiło, że czułam, jakby
moja skóra zaczęła płonąć. Zbliżał się koniec maja. To była zapowiedź wakacji.
Isabelle
zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu. Jej naturalnie bardzo jasne włosy
nabrały złotawego odcieniu.
Ale zaraz.
Dlaczego w ogóle wyszłyśmy na zewnątrz? O ile dobrze pamiętam zawsze w piątki o
tej godzinie mieliśmy angielski.
- Gdzie
idziemy? – zapytałam. Przerwa się niedługo kończyła. Nie było sensu wychodzić
na dwór. Po tej stronie budynku nie było niczego. Tylko gigantyczne boisko do
piłki nożnej, ogrodzone płotem i mniejsze – do siatkówki, na którym siedziały
jakieś pierwszoklasistki i rozmawiały.
- No jak to
gdzie? – zdziwiła się Isabelle. – Na wuef. – odpowiedziała nadal wpatrując się
w idealnie błękitne niebo.
Zatrzymałam się
w miejscu, jakby nagle stopy mi wrosły w ziemię. Przecież… dzisiaj nie ma tej
lekcji w planie. Nie byłam w stanie wypowiedzieć słowa na głos. Nie miałam
pojęcia, jak to możliwe, że jedna krótka lekcja polegająca dla odmiany na
wysiłku fizycznym, a nie umysłowym, mogła mnie tak przerażać.
Nie mam jak
uciec.
- I jak to się
stało, że ja znowu nie wiem? – spytałam, próbując wymyśleć plan, dzięki któremu
uniknęłabym spotkania z nienawidzącą mnie nauczycielką, która jest przekonana,
że przez dwa lata okłamywałam ją na temat mojego stanu zdrowia, co było
oczywiście nieprawdą. Niby dlaczego miałabym to robić? Nie jestem aż tak
leniwa, żeby przez dwa lata liceum plus trzy lata gimnazjum udawać
niepełnosprawną. Wręcz przeciwnie. Oddałabym wszystko, żeby móc być jak inne
dziewczyny.
- Zapatrzyłaś
się na swoją gitarę i Tay’a i przez przypadek zostawiłaś móżg w Grillu. Poza
nim nie myślisz. Wcale. – zażartowała Isabelle.
To nie było
śmieszne.
Sala
gimnastyczna znajdowała się w osobnym budynku. Zimą to sprawiało sporo
problemów. Musieliśmy schodzić do szatni (mamy numerki, więc z tym też jest
sporo problemów) ubierać się i wyjść na zewnątrz. Sala była remontowana w
zeszłe wakacje i trzeba przyznać, że są nawet dobre warunki.
Usiadłam sobie
na ławeczce w damskiej szatni, opierając się na jasno żółtej ścianie z masą
podpisów, niezręcznie spoglądając na plecy moich koleżanek z klasy, które się
właśnie przebierały. Każda z nich miała jakieś drobne wady postawy (bo nie
można było ich nazwać jeszcze chorobami kręgosłupa tak jak w moim przypadku).
Okrągłe plecy, delikatnie pogłębiona lordoza czy kifoza, lekko wystające
łopatki. To jest nic.
Wyszłam z
szatni z przebranymi dziewczynami. Z nimi pokierowałam się na dwór, na małe
boisko. Miałam zamiar poinformować moją nauczycielkę, że nie mam stroju i nie
mogę ćwiczyć (dopiero teraz mnie oświeciło, że go nie mam). Mogłam przewidzieć
jej reakcję. Wkurzy się. To mało powiedziane. Gdy tylko zacznę ćwiczyć, zamęczy
mnie.
Ale na boisku
nie było mojej wuefistki. Zamiast niskiej szatynki po czterdziestce, zobaczyłam
młodą dziewczynę z pewnością od razu po studiach, z jasnym warkoczem.
Uśmiechnęła się, przedstawiła się grzecznie i zadała dziewczynom trzy okrążenia
wokół boiska w ramach rozgrzewki.
Podeszłam do
niej niepewnym krokiem i z drżącym głosem wyjaśniłam jej, że zapomniałam
stroju. Nauczycielka uśmiechnęła się do mnie ciepło i odpowiedziała, że każdemu
się zdarza. Zdziwiona, że tak łatwo poszło wróciłam do szatni, uznawszy że jest
zbyt gorąco, by zostać na zewnątrz.
A w szatni ktoś
na mnie czekał.
Na niziutkiej
ławeczce siedział mój bliski przyjaciel Tay Bradley. Znał mnie na tyle dobrze,
że wiedział, że nie będę ćwiczyć. On z nieznanych mi powodów też postanowił
dzisiaj nie ćwiczyć. Oparł się łokciami na kolanach wyluzowany, nic sobie nie
robił z tego, że siedzi w damskiej szatni. Gdyby ktoś go tu zastał mógłby mieć
kłopoty, ale nauczyciele rzadko wchodzą podczas lekcji do szatni.
Z Tay’em
znaliśmy się praktycznie całe życie. Mieszkaliśmy dosyć blisko siebie, jeśli
dwa kilometry to mogło być blisko. Poznaliśmy się w przedszkolu. Byliśmy
nierozłączni i rozumieliśmy bez słów. Nawet przyrzekliśmy sobie, że nigdy jedno
nie zostawi drugiego. Czasami się śmieję z tych chwil. Tak było do czasu, kiedy
skończyliśmy po dwanaście lat. Wtedy zaczęło się pojawiać, co innego pomiędzy
nami. Nadal byliśmy młodzi i ot tak zachciało się nam „chodzić ze sobą”.
Oczywiście to było mało poważne i w końcu znudziła nam się zabawa. Tak naprawdę
nigdy nie zerwaliśmy, po prostu przestaliśmy, nawet nie potrafię wskazać
momentu, kiedy to się stało. Potem już nigdy nie było pomiędzy nami tak, jak
było w przedszkolu. Może to dlatego, że pojawiły się pomiędzy nami różnice, Tay
zaczął chodzić na poważne randki (nic dziwnego, skoro mógł mieć każdą
dziewczynę w szkole) a ja zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Zaczęły się
sekrety.
Ale to nie
zmienia tego, że nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i znamy się bardzo
dobrze.
Tay uśmiechnął
się do mnie niezręcznie. Mogłam wyczytać z jego ciemnozielonych oczu, że coś
było nie tak. Coś go gnębiło. Mój jasnowłosy przyjaciel wskazał na miejsce na
ławce obok niego. Usiadłam dosyć blisko.
- Nie
powinieneś być teraz na boisku? – spytałam. W jego towarzystwie nigdy nie
bywałam cicha. Moja nieśmiałość i ostrożność przy nim się ulatniały.
Tay był
wysportowanym, wysokim na prawie dwa metry blondynem z ciepłymi ciemnozielonymi
oczami. Grał w koszykówkę w szkolnej drużynie. Nic dziwnego, że każda
dziewczyna w szkole chciałaby się z nim umówić. Był przystojny, nie mogłam
zaprzeczyć.
- Nie obrażą
się, jeśli opuszczę jedną lekcję. Do mistrzostw jeszcze daleko. – powiedział
wpatrzony w swoje splecione dłonie.
Spojrzałam na
niego zagubiona.
- Co jest? –
spytałam cicho.
- Ech. –
zająknął się zakłopotany i sięgnął za siebie, po coś, czego nie mogłam
zobaczyć, bo zasłaniał mi. – Dani tu była i kazała ci to dać. Podobno twoja
matka jest na ciebie zła.
Wytrzeszczyłam
oczy na widok plastiku. Szybko spuściłam głowę na dół zawstydzona i
upokorzona. To był mój sekret, o którym wiedziała tylko Isabelle i rodzina (i
pewnie wszystkie znajome mojej matki, ale nie znam ich, więc się nie liczą).
Tay nie miał zielonego pojęcia o tym. Nie chciałam u powiedzieć. Nie
zrozumiałby, jaki to jest kłopot dla młodej dziewczyny, nosić coś takiego. A
poza tym nie chciałam, by traktował mnie, jak niepełnosprawną. To było okropne.
Nie obchodziła
mnie w tej chwili awantura, jaka mnie czeka w domu. Tay siedział obok mnie,
prawdopodobnie zmieszany i zawiedziony, a ja nie odważyłam się nawet spojrzeć
mu w twarz.
- Powiedziała
też, że masz to założyć. – usłyszałam głos mojego przyjaciela zabarwiony
mieszanką takich uczuć jak frustracja, niepewność, strach, współczucie,
ciekawość, nie zabrakło też gniewu. Zrozumiałam, że ma prawo być zły.
- Teraz? –
wykrztusiłam słabym głosem. Zrobiło mi się gorąco. Poczułam coś w rodzaju
mdłości.
- Teraz.
Stanęłam na
uginających się przede mną kolanach i wzięłam w ręce zimny plastik. Spojrzałam
na niego zbolałą miną po rozpięciu zapięć, włożyłam go na siebie.
Poczuwszy, jak wrzyna mi się w lewy bok, przełknęłam głośno ślinę i powoli
odwróciłam się do Tay’a, ze wzrokiem wbitym w sufit. Tym razem tylko, żeby nie
widział łez w moich oczach.
Gdy już
zmusiłam się, żeby na niego spojrzeć, zauważyłam, że oczy Tay’a są skierowane
na moją talię. A raczej na biały plastik na niej. Czując się jak kaleka,
usiadłam z powrotem na ławeczkę w niewielkiej odległości od mojego przyjaciela,
który posunął przestraszonym wzrokiem po mojej talii. Dałam mu chwilę, by sobie
wszystko poukładał. Ja w tym czasie zajęłam się szukaniem takiej pozycji, w
której krawędzie plastiku nie wbijałyby się we mnie, co zaoszczędziło mi
drętwiejących kończyn. W końcu po prostu wyprostowałam nogi przed sobą.
Spojrzałam
niezręcznie na mojego przyjaciela. Ten odwrócił wzrok.
- Jak długo to
trwa? Od jak dawna nosisz… to coś? – zapytał chłodnym tonem.
- Trzy lata
miną w październiku. – odpowiedziałam.
- Nie wierzę,
że przez ten cały czas niczego mi nie powiedziałaś. – spojrzał mi w oczy przy
tym zdaniu. Wyglądał, jakby był bliski płaczu. Tay? Nie wierzę. –
Przecież jesteśmy przyjaciółmi!
- A czy
zrozumiałbyś mnie? Czy chociaż spróbowałbyś zrozumieć, jak bardzo tego
nienawidzę, jak mi z tym trudno i dlaczego ze strachem patrzę na nauczycielkę
od wuefu? – zawołałam płaczliwie. Musiałam uciszyć się, zanim ktokolwiek mnie
usłyszy. Już wystarczająco dużo osób wie.
- Pewnie. –
odpowiedź padła od razu po pytaniu.
- Nie. – równie
szybko zaprzeczyłam. – Byłbyś kolejnym, który kazałby mi to nosić, nie zważając
na moje zdanie. Tak wszyscy robią. Mówią, że nie przeszkadza im to, że muszę to
nosić, że to nic, ale gdy nie mam tego na sobie…
- A wiesz,
dlaczego wszyscy ci każą? – spojrzał mi prosto w oczy. – Bo wszystkim na tobie
zależy, Anne. Zależy mi na twoim zdrowiu tak samo jak Isabelle i całej twojej
rodzinie.
To zamknęło mi
usta na chwilę. Dopiero po paru minutach patrzenia mu prosto w oczy wydobyłam z
siebie głos.
- Nie
rozumiesz, prawda? Nie tego oczekiwałam. Nie chcę byś był dla mnie rodzicem.
Chcę, żeby ktoś mnie wreszcie zrozumiał. Cholera jasna! Nikt nie wie, jak to
jest naprawdę! Siedzę w tym plastikowej zbroi pół dnia! Muszę w tym spać. Mam
siniaki i podrażnioną skórę. Nie mogę się normalnie poruszać. Nie chcę,
żebyś był dla mnie kolejnym rodzicem. Chcę, żebyś mnie pocieszył, kiedy tego
potrzebuję.
Tay wziął
głęboki wdech, by się uspokoić.
- A
potrzebujesz tego? – zapytał miękkim głosem.
Nie
wytrzymałam. Zalałam się łzami.
- A jakbyś się
ty czuł, gdybyś wiedział, że nigdy nie będziesz dorównywał swoim rówieśnikom?
Jakbyś się czuł, gdybyś był tak słaby, że nie dawałbyś rady zrobić jednej
cholernej pompki? Jednego brzuszka? - Potrafiłam zrobić pół brzuszka.
Potrafiłam zrobić wiele półbrzuszków, ale to nie dawało mi ani jednego całego.
Tay przytulił
mnie mocno do siebie, a ja zaczęłam cicho szlochać z policzkiem opartym o jego
bark. To był mój moment słabości. Wszystkie tamy puściły. Wszystko, co we mnie
siedziało, właśnie wypływało ze łzami.
A Tay nie
przestawał mnie trzymać w ramionach. Byłam mu za to wdzięczna. Tego
potrzebowałam.
Po paru
minutach łez nareszcie nadawałam się do normalnej rozmowy. Zostawiliśmy w
spokoju drażliwe tematy i zaczęliśmy po prostu rozmawiać.
- Słyszałem, że
idziesz na koncert Justina Biebera? – zapytał uśmiechnięty Tay.
Wyszczerzyłam
zęby, nie denerwował mnie ten fakt już. Robiłam to dla Isabelle.
- Idę, idę.
Sama nie mogę uwierzyć, że idę.
- Tylko mi nie
wracaj z Bieber Fever. – zażartował Tay.
- Nigdy w
życiu. – uspokoiłam go.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz