Opublikowano: 24 maja, 2011
Whenever U Smile I Smile.
Platforma,
która miała go zabrać na sam środek sceny, zaczęła się unosić. Justin poczuł,
że jego serce znowu bije z podekscytowania. Pamiętał dobrze słowa Ushera. Ciesz
się każdą chwilą. Uwielbiał to. Uwielbiał uszczęśliwiać tylu ludzi, robiąc to,
co kochał. Występy sprawiały, że był szczęśliwy.
Brakowało mu
ich przez ostatnie cztery miesiące spędzone w słonecznej Kalifornii. To miały
być dla niego wakacje z rodziną, ale wszystko potoczyło się zupełnie inaczej
niżby chciał. Pewnie, sława ma też swoje złe strony, ale czy to nie była lekka
przesada? Koncerty miały na celu odwrócenie jego uwagi od tego całego bałaganu.
Tak przynajmniej było według jego matki, Pattie.
Dla Justina
koncerty znaczyły o wiele więcej. A szczególnie ten, który miał się odbyć
dzisiaj, w tak szczególnym miejscu, jak Stratford. To był jego pomysł, by
zacząć właśnie w tym miejscu. Chciał, żeby ten koncert był wyjątkowy, dlatego
zmienili trochę set; za prośbą Justina dodano nowe piosenki, w których znalazły
się także te niewydane. Choreografia została urozmaicona, zaproszono Jadena i
Willow Smith oraz Ushera.
Wszystko było
perfekcyjne. Jakże mogłoby nie być, pomyślał Justin.
Podczas tych
kilku krótkich sekund czuł się niezwykle wdzięczny Bogu, że znajduje się
właśnie w tym miejscu i w tym czasie.
Fanki krzyczały
w niebogłosy. Światła skierowały się prosto na niego. Platforma zatrzymała się,
a sztucznie wytworzona mgła zaczęła się rozrzedzać.
It’s JB.
My friends say, I’m a fool to think that you’re the one for me, I guess I’m
just a sucker for love.
Ten numer
otwierał jego każdy koncert. Wtedy dopiero poczuł, że wszystko się zaczyna.
Miał w sobie sporo energii. Patrzył w nieco mniejszą niż zwykle publiczność i
widział fanki, które nie przestawały krzyczeć. Niektóre nawet płakały! To
sprawiło, że zapragnął dać z siebie wszystko. Dla fanów zrobiłby wszystko.
Chciał rozkręcić je jeszcze bardziej. Zapragnął, by wszystkie wyśpiewywały
głośno tekst jego piosenek i poruszały się w rytm muzyki.
Love me, Love me, Say that you love me.
Przejechał
wzrokiem po twarzach tysięcy pięknych dziewczyn, które go uwielbiały.
Uśmiechnął się szeroko widząc, że tłum zaczyna się rozkręcać. Podbiegł
energicznie do brzegu i wystawił dłonie, żeby fanki mogły go dotknąć.
Wszystkie były
zadowolone. Oprócz tej jednej.
Nie zauważył
jej od razu. Dziewczyna stała dość blisko sceny, chyba w szóstym rzędzie. Nie
zachowywała się, jak tysiące innych dziewcząt obecnym na tej sali. Stała
prosto, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby było jej zimno w czarnym
prostym T-shircie. Jej wzrok co chwila przeskakiwał z miejsca na miejsce, raz
patrzyła na Dana Kantera, grającego na gitarze, kilka sekund potem jej patrzyły
z zagubieniem na tłum fanek, którymi była otoczona, które zdawały się ją trochę
przerażać. Ciemne włosy w nieładzie spływały jej na ramiona, długa
grzywka opadała na oczy. Nie krzyczała. Nie kołysała się. Nie uśmiechała się
wcale.
Było magicznie.
Grali muzykę, którą kochał, niebieskawe światła połyskiwały tworząc atmosferę,
występ był pełny energii. Czego ona więcej chciała?
Rozruszać tę
dziewczynę – to było jego wyzwanie.
Mógłby mieć
przed sobą milion krzyczących Belieberek i jedną, która stałaby spokojnie,
myślami będąc daleko stąd, nawet wtedy czułby, że coś nie jest jak powinno być.
Doprowadzenie do szaleństwa wszystkich tych, które naprawdę tu były, nic nie
znaczyłoby dla niego, jeżeli chociaż jedna z nich była niezadowolona.
Mógł dać z
siebie wszystko tylko, by sprawić, że ta jedna nieszczęśliwa się uśmiechnęła.
Gdyby tylko
zwróciła uwagę na scenę! Był na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewny, że
sama muzyka załatwi za niego tę sprawę. W końcu.
Wykorzystał
krótką chwilę, gdy dziewczyna skierowała wreszcie wzrok na niego i uśmiechnął
się promiennie wyśpiewując kolejny wers piosenki najlepiej, jak potrafił.
Postanowił się skupić właśnie na tym. Nie mógł być dobrym wokalistą w jej
oczach, jeśli dźwięki były zaśpiewane niedbale, nieczysto, albo gdy brakowało
mu oddechu. Nie mógł też pozwolić, by energia na scenie zmalała, dlatego starał
się podwójnie przy choreografii. Nie mógł stale powtarzać tych samych ruchów.
Pozwolił
sobie na krótkie spojrzenie w stronę tamtej dziewczyny. Widząc, że nie odrywa
wzroku od sceny, jak to wcześniej robiła, uśmiechnął się do siebie.
A przy ostatnim
refrenie zauważył, że kiwa głową w rytm muzyki i pod nosem podśpiewuje. Nie
poprzestał na tym. Musiał zobaczyć, jak się uśmiecha.
Gdy tylko Love
Me ucichło, szybko zeszedł ze sceny. Spróbował znaleźć technika, który zajmował
się nagłośnieniem, mikrofonami.
- Szybka zmiana
planów. Nie możesz puścić ścieżki do „Up”. – wydyszał.
- Co ty tu
robisz? – zapytał nerwowo technik. Nikt nie chciał, by coś poszło niezgodnie z
planem. Wszyscy byli idealnie zsynchronizowani ze sobą i jeżeli jedna osoba –
na dodatek tak ważna osoba – odejdzie od planu, wszystko mogło się posypać.
- Nie mam
czasu. Proszę cię tylko byś nie puszczał ścieżki z wokalem do „Up”. A, i włącz
mój mikrofon.
Technik
spojrzał na niego niepewnie.
- Zaufaj mi. –
poprosił Justin.
Technik
niechętnie skinął głową i wymamrotał coś o tym, że Scooter będzie zły. Bieber
zignorował to. W końcu playbacki były ustawione tak, żeby nie przemęczać go
samego, więc nikt nie ucierpi, jeśli sam zaśpiewa tę piosenkę. Może Mama Jan
będzie na niego trochę zła, ale przecież w końcu jej przejdzie.
Miał kilka sekund,
żeby wrócić na scenę, zanim zespół zacznie grać „Up”. Ledwo zdążył wsiąść do
wielkiego kosza, który miał go unieść i już zaczęli.
Jedynym minusem
tej nagłej decyzji było to, że nie był przygotowany, by zaśpiewać na żywo
właśnie tę piosenkę. Wiedział, że jeżeli coś pójdzie źle to będzie mógł
obwiniać tylko siebie. Nie przejmował się tym. Co mogło pójść źle? Jeśli się
pomyli, jego kochane Belieberki, które znają jego piosenki pewnie lepiej od
niego, pomogą mu.
A wszystko to,
by ciemnowłosa się uśmiechnęła.
Zaśpiewał „Up”,
„Runaway Love” i „U Smile” dając z siebie wszystko. Nie robił tego tylko, by
zaimponować dziewczynie. Robił to także dla siebie. A poza tym wierzył, że
właśnie autentyczność przy śpiewaniu tych piosnek poruszy ciemnowłosą.
Przy trzeciej
piosence zauważył, że dziewczyna zaczęła śpiewać refreny. Nie mógł jej
usłyszeć, ale domyślał się, że to nie jest już zwykłe nucenie pod nosem. Jego
misja powoli odnosiła sukces. To go ucieszyło jeszcze bardziej.
- Cause
whenever U smile, I smile. – wyśpiewał słowa refrenu najlepiej jak umiał. Kątem
oka zauważył, że dziewczyna nadal śpiewa razem z nim.
Zbliżał się do
końca piosenki. Spojrzał w ciemne, oddalone od niego o około dziesięć metrów
oczy dziewczyny i wyśpiewał ostatni wers, starając zakończyć te piosenkę
efektownie. Zamknął oczy i pozwolił sobie skoncentrować się tylko na tym
ostatnim wersie.
A gdy otworzył
oczy, ciemnowłosa dziewczyna szeroko się uśmiechała. Ogarnęło go cudowne
uczucie.
Przyszedł czas
na „One Less Lonely Girl”. W szaleńczym tempie Bieber zbiegł ze sceny i pobiegł
do Ryana, który nie był na szczęście „schowany” tak głęboko pod sceną.
- One Less
Lonely Girl. – wydyszał. – Szósty rząd po prawej stronie z brzegu. Ciemne
włosy, czarny T-Shirt. – wyrzucił z siebie i rzucił się biegiem z powrotem na
scenę, podekscytowany możliwością ujrzenia dziewczyny z bliska. Jeśli już
zaczął, to nie skończy. Pragnął, by uśmiech dziewczyny pozostał na jej twarzy
przez cały występ i jeszcze dłużej.
Ryan Good
zamrugał dwa razy. Chłopak pojawił się i zniknął.
Szósty rząd, po
prawej stronie, z brzegu, ciemne włosy, czarny T-shirt, Ryan powtórzył sobie w
myślach, by zapamiętać.
*
Koncert okazał
się o wiele lepszy niż spodziewałam się.
Na samym
początku czułam się bardzo niezręcznie. Ciągle się zastanawiałam, co ja w ogóle
tutaj robię. Nie byłam jego fanką. Nie cieszyłam się tak bardzo, jak wszystkie
zgromadzone w tej hali. Nie krzyczałam z podekscytowania, jak one.
Nie powinnam tu
być, pomyślałam.
Czułam, że to
jest prawda. I że wszystkie obecne Belieberki tak uważają. To było trochę jak
oszustwo. Po co poszłam na jego koncert, skoro go nie lubię? Gdybym nie poszła,
inna fanka mogłaby się cieszyć tym wspaniałym miejscem (6 rząd był idealnym
miejscem – nie za blisko, nie za daleko. To był strzał w dziesiątkę). Miałam
wrażenie, że wszystkie się na mnie gapią, jakby były niezadowolone z mojej
obecności.
I Bieber także.
On też w mojej głowie pytał mnie, co ja tu właściwie robię. Wydawało mi się, że
spoglądał na mnie zbyt często, żeby to był zbieg okoliczności.
Ale po
pierwszej piosence wszystko zaczęło się zmieniać. Powoli zaczęłam się
rozluźniać. Powoli muzyka – bo przecież to było w tym najważniejsze – zaczęła
do mnie docierać. Z każdą piosenką zapominałam o dziwnych uczuciach.
Złapałam się na
śpiewaniu piosenki, która pewnie jest zatytułowana „You Smile”. Wszystko, co
wcześniej czułam zniknęło, nawet nie wiedziałam, kiedy.
Pomimo tego, że
nie słuchałam jego piosenek, nie nudziło mi się ani trochę, nie przyznałabym
się sobie, ale podobało mi się. Muzyka była niesamowita. To dlatego do mnie
dotarła. Nie potrafiłam tego opisać. Wszystko na żywo wydawało się piękniejsze,
bo było bardziej prawdziwe. Muzyka skutecznie zagłuszała nieco denerwujące
krzyki fanek, głos Justina nie zanikał wśród głośnych instrumentów. Jego
umiejętności wokalne naprawdę mnie zadziwiły. Był niesamowicie utalentowany,
pomimo tego, co ludzie o nim mówili. Jego miękka barwa była niższa niż
słyszałam w wersji studyjnej „Baby” czy „Never Say Never”. Tyle wystarczyło, by
lód, którym otoczyłam się, by tylko nie dopuścić do swoich uszu jego muzyki,
stopniał.
Zaledwie po
kilku piosenkach kołysałam się razem z tłumem, pomimo usztywnionego kręgosłupa.
Niektóre piosenki nawet śpiewałam razem z nim! Nie mogłam nie znać tekstu. Nie
z moimi dwoma rudymi siostrami w domu, które nałogowo słuchały jego muzyki.
Byłam zmuszona tego słuchać razem z Dani i Marie.
Ale to nawet
nie chodziło o to. Najbardziej urzekło mnie to, że występ był prawdziwy. Mogłam
spojrzeć na twarz Justina (był niewiarygodnie blisko) i widziałam, że nie jest
tu tylko, by odwalić robotę i jechać do następnego miasta. On naprawdę kochał
to, co robił. Wyrażał to każdym dźwiękiem wydobytym z siebie, każdym gestem, a
szeroki uśmiech chłopaka, tylko utwierdzał mnie w moim przekonaniu. Sama znałam
to uczucie (oczywiście scena Grillu jest niczym w porównaniu do tej), więc
mogłam zrozumieć, dlaczego tak wiele się uśmiecha.
Światła i
efekty specjalne na pewno miały swoją rolę w tym wszystkim. Było
naprawdę magicznie.
Isabelle była
wciągnięta w to wszystko o wiele bardziej niż ja. Nieustannie podskakiwała w
rytm muzyki i krzyczała głośno imię Justina. Bawiła się równie dobrze, jak ja,
może nawet lepiej?
Justin zaczął
śpiewać kolejną piosenkę. Po jej pierwszych słowach mogłam wywnioskować, że
nazywała się „One Less Lonely Girl”. Nie była szybką piosenką, przy której
można było tańczyć (pewnie, dało się). To była słodka piosenka w spokojnym
tempie, która jak później się przekonałam łatwo wyciskała łzy.
- O mój
Bożeee!! – wydarła się Isabelle, mocno szarpiąc mnie za ramię w połowie
pierwszego refrenu. – Patrz w tamtą stronę! – wskazała na wąskie przejście
pomiędzy rzędami krzeseł. Z tłumu powoli wyłaniało się dwóch mężczyzn.
- Kto to? –
spytałam zupełnie spokojnie, odrywając na minutę wzrok od wyszczerzonego
Biebera. Z moich ust uśmiech także nie znikał.
- Oni idą po One
Less Lonely Girl!! – pisnęła Isabelle.
Spojrzałam na
nią, żądając wyjaśnień. Blondynka przewróciła oczami nerwowo i zabrała się za wyjaśnianie.
Na każdym z koncertów ekipa Justina wybierała jedną fankę z publiczności i
prowadziła ją na scenę.
- Oni idą w
naszą stronę! – wykrztusiła z siebie moja przyjaciółka. Oddychała bardzo szybko
i zasłaniała sobie usta, by nie krzyczeć. Przez chwilę nie wydawało mi się to
dziwne. Wszystko działo się naprawdę szybko, piosenki bardzo szybko mijały,
miałyśmy wrażenie, że zaraz będziemy musiały sobie stąd pójść.
Niespodziewanie
poczułam się podekscytowana faktem, że mężczyźni idą w naszą stronę. Przez chwilę
pozwoliłam sobie wyobrazić, jakby to było, gdybym to ja znalazła się na scenie.
To byłoby wspaniałe przeżycie – zobaczyć jak to jest na wielkiej scenie. Ale z
drugiej strony pewnie poczułabym się niezręcznie, bo nic bym na niej nie
robiła. Wszystkie by się na mnie tylko gapiły, jak na kogoś kto miał trochę
szczęścia, by posiedzieć na scenie i popatrzeć, jak Justin Bieber śpiewa.
Gdy mężczyźni
minęli nasz rząd, westchnęłam ciężko, a Isabelle wyciągnęła ręce w ich stronę.
Zatrzymali się przy dziewczynie stojącej dokładnie za mną. Pomimo tych
wszystkich wrzasków mogłam usłyszeć głos mężczyzny. Wyszeptał jej do ucha „Czy
chcesz być One Less Lonely Girl”, jakby jej szeroki uśmiech nie był
wystarczającą odpowiedzią. Dziewczynie głos skoczył o oktawę do góry i pisnęła
niewyraźne ”tak”.
Co za szkoda,
że nie zatrzymali się o rząd wcześniej, pomyślałam.
Jeden z
mężczyzn wziął dziewczynę za rękę i zaprowadzili ją za scenę, czego byłam na
dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna. Przez chwilę zastanawiałam się, w jaki
sposób można było się tam dostać. Wejście musiało być ukryte, a korytarze
pokręcone – w przeciwnym razie nie jednej szalonej fance udałoby się dostać
tam. Byłam cholernie ciekawa, jak tam wejść, ale nie dlatego, że chciałam
tam wejść. No dobra, chciałam, ale nie z tego samego powodu, co te wszystkie
fanki. Nie szukałam nielegalnych sposobów zobaczenia się z Bieberem.
I can fix up
your broken heart, I can give you a brand new start. Po tych słowach
na scenie pojawiła się czarnowłosa dziewczyna w granatowej dziewczęcej
sukience, która siedziała za mną. Była uśmiechnięta od ucha do ucha. Usiadła na
wysokim stołku. Obok niej pojawili się tancerze, jeden z nich trzymał w ręku
bukiet kwiatów.
I wtedy zrobiło
się naprawdę słodko.
Bieber zszedł z
górnego poziomu sceny. Spojrzał na One Less Lonely Girl zaskoczony
(rozumiem, że nie miał nic wspólnego z wybraniem dziewczyny), a potem
uśmiechnął się do niej, co sprawiło, że fanka zakryła dłonią usta. Tancerz
przekazał bukiet kwiatów Justinowi, który wręczył go dziewczynie, która słodko
spuściła wzrok i zarumieniła się. Bieber przysunął się do niej niewiarygodnie
blisko, poczym objął ją ramionami. Publiczność stała się dwukrotnie
głośniejsza. Ja też nie mogłam przestać się szerzyć, zupełnie jak One Less
Lonely Girl, która prawie płakała. To było niesamowite, jak jedna osoba
może tak bardzo uszczęśliwić tyle osób. Byłam pełna podziwu dla Justina.
Dokończył
piosenkę, prawie nie odstępując One Less Lonely Girl na krok. Śpiewał
na przemian do publiczności i do niej. Spróbowałam sobie wyobrazić, jak czuła
się fanka. Pomijając sam fakt, że ma na imię Justin Bieber, która dziewczyna
nie chciałaby, żeby taki słodziak, przytulał ją, uśmiechał się do niej i
wykonywał inne słodkie gesty?
Ja sama
chciałabym się znaleźć na jej miejscu. Pomimo tego, że nie byłam wielką fanką
(nie da się jednak ukryć, że podczas tego występu Bieber zyskał w moich
oczach).
Nie zauważałam
nawet, jak czas mi szybko płynął. Ledwo Bieber zaczął kolejną piosenkę, a ja
uświadamiałam sobie, że właśnie ją skończył. Nie znałam tych utworów, ale
piosenki szybko wpadały w ucho. Szczególnie do mojego serca dotarła Never
Let You Go. Chłopak wykonał ją akustycznie – unosząc się ponad pięć metrów
nad publicznością w gigantycznym sercu. Pomimo, że słyszałam tę piosenkę
pierwszy raz, od razu mi się spodobała. To gra na gitarze i tekst piosenki
sprawiły, że właśnie przy tej piosence zakręciła mi się łezka w oku. Potem
zaśpiewał jeszcze That Should Be Me, która była jedną z moich ulubionych
piosenek – jedyną, która mi się spodobała przed tym koncertem. Zaśpiewałam ją
nawet raz w Grillu, gdy Tay zaprosił Alex G na imprezę, która się tam właśnie
odbywała. Doskonale pamiętam to uczucie, gdy zobaczyłam ich obrzydliwie słodko
patrzących sobie w oczy, kołyszących się w rytm muzyki, którą grałam na
gitarze. Ciekawa byłam, co Bieber czuł śpiewając tę piosenkę. Cicho
wyśpiewywałam słowa piosenki razem z nim, czując się niewiarygodnie blisko jego
samego.
Cały show
zakończył efektownie swoim największym hitem Baby. Znałam ją na pamięć.
Ale ta wersja znacznie się różniła od tej studyjnej. Bieber miał tu niższy
głos. Ta wersja na żywo była o wiele lepsza. Wszystko na żywo było o niebo
lepsze. I żadne wideo na YouTubie nie jest w stanie przekazać takiej samej
atmosfery, takich samych odczuć.
Na taki koncert
trzeba po prostu pójść.
Po efektywnym
zakończeniu Bieber zniknął ze sceny. Poczułam się jak po obejrzeniu naprawdę
świetnego filmu w kinie – takiego filmu, o którym nie potrafię przespać nocy,
bo w głowie mam pełno myśli.
I wtedy światła
się zapaliły.
Musiałam
powrócić do rzeczywistości.
Wychodząc z
sali czułam, że nogi same mnie niosą. Byłam tak oczarowana występem, że nie
chciałam opuścić tego miejsca. Chciałam zostać właśnie tu i czuć muzykę, ale
nie było przecież takiej opcji. Powlokłam się z Isabelle do wyjścia, co parę
sekund rzucając spojrzenia na pustą scenę, zupełnie inaczej oświetloną niż była
parę minut temu.
Belieberki nie
uciszyły się ani trochę, nadal miały w sobie mieszankę nieujarzmionych emocji.
Kierując się w stronę wyjścia zostałam przez nie staranowana. Straciłam
równowagę i poleciałam na ziemię, jak długa. Gdyby nie plastik, może
upadek nie wyglądałby tak strasznie.
Witamy w
rzeczywistości.
Czym prędzej
podniosłam się i dogoniłam Isabelle, która nawet nie zauważyła tej sytuacji.
Czułam jak policzki oblewa mi gorąco. Byłam na dziewięćdziesiąt dziewięć
procent pewna, że zrobiłam się czerwona jak burak. Próbując przełknąć
upokorzenie i modląc się, żeby nikt tej sytuacji nie widział, opuściłam
budynek.
One Less Lonely Girl, I’m coming for you.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz