niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 3 "Make Me Smile, Baby"


Opublikowano: 24 maja, 2011

Whenever U Smile I Smile.

Platforma, która miała go zabrać na sam środek sceny, zaczęła się unosić. Justin poczuł, że jego serce znowu bije z podekscytowania. Pamiętał dobrze słowa Ushera. Ciesz się każdą chwilą. Uwielbiał to. Uwielbiał uszczęśliwiać tylu ludzi, robiąc to, co kochał. Występy sprawiały, że był szczęśliwy.
Brakowało mu ich przez ostatnie cztery miesiące spędzone w słonecznej Kalifornii. To miały być dla niego wakacje z rodziną, ale wszystko potoczyło się zupełnie inaczej niżby chciał. Pewnie, sława ma też swoje złe strony, ale czy to nie była lekka przesada? Koncerty miały na celu odwrócenie jego uwagi od tego całego bałaganu. Tak przynajmniej było według jego matki, Pattie.
Dla Justina koncerty znaczyły o wiele więcej. A szczególnie ten, który miał się odbyć dzisiaj, w tak szczególnym miejscu, jak Stratford. To był jego pomysł, by zacząć właśnie w tym miejscu. Chciał, żeby ten koncert był wyjątkowy, dlatego zmienili trochę set; za prośbą Justina dodano nowe piosenki, w których znalazły się także te niewydane. Choreografia została urozmaicona, zaproszono Jadena i Willow Smith oraz Ushera.
Wszystko było perfekcyjne. Jakże mogłoby nie być, pomyślał Justin.
Podczas tych kilku krótkich sekund czuł się niezwykle wdzięczny Bogu, że znajduje się właśnie w tym miejscu i w tym czasie.
Fanki krzyczały w niebogłosy. Światła skierowały się prosto na niego. Platforma zatrzymała się, a sztucznie wytworzona mgła zaczęła się rozrzedzać.
It’s JB.
My friends say, I’m a fool to think that you’re the one for me, I guess I’m just a sucker for love.
Ten numer otwierał jego każdy koncert. Wtedy dopiero poczuł, że wszystko się zaczyna. Miał w sobie sporo energii. Patrzył w nieco mniejszą niż zwykle publiczność i widział fanki, które nie przestawały krzyczeć. Niektóre nawet płakały! To sprawiło, że zapragnął dać z siebie wszystko. Dla fanów zrobiłby wszystko. Chciał rozkręcić je jeszcze bardziej. Zapragnął, by wszystkie wyśpiewywały głośno tekst jego piosenek i poruszały się w rytm muzyki.
Love me, Love me, Say that you love me.
Przejechał wzrokiem po twarzach tysięcy pięknych dziewczyn, które go uwielbiały. Uśmiechnął się szeroko widząc, że tłum zaczyna się rozkręcać. Podbiegł energicznie do brzegu i wystawił dłonie, żeby fanki mogły go dotknąć.
Wszystkie były zadowolone. Oprócz tej jednej.
Nie zauważył jej od razu. Dziewczyna stała dość blisko sceny, chyba w szóstym rzędzie. Nie zachowywała się, jak tysiące innych dziewcząt obecnym na tej sali. Stała prosto, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby było jej zimno w czarnym prostym T-shircie. Jej wzrok co chwila przeskakiwał z miejsca na miejsce, raz patrzyła na Dana Kantera, grającego na gitarze, kilka sekund potem jej patrzyły z zagubieniem na tłum fanek, którymi była otoczona, które zdawały się ją trochę przerażać.  Ciemne włosy w nieładzie spływały jej na ramiona, długa grzywka opadała na oczy. Nie krzyczała. Nie kołysała się. Nie uśmiechała się wcale.
Było magicznie. Grali muzykę, którą kochał, niebieskawe światła połyskiwały tworząc atmosferę, występ był pełny energii. Czego ona więcej chciała?
Rozruszać tę dziewczynę – to było jego wyzwanie.
Mógłby mieć przed sobą milion krzyczących Belieberek i jedną, która stałaby spokojnie, myślami będąc daleko stąd, nawet wtedy czułby, że coś nie jest jak powinno być. Doprowadzenie do szaleństwa wszystkich tych, które naprawdę tu były, nic nie znaczyłoby dla niego, jeżeli chociaż jedna z nich była niezadowolona.
Mógł dać z siebie wszystko tylko, by sprawić, że ta jedna nieszczęśliwa się uśmiechnęła.
Gdyby tylko zwróciła uwagę na scenę! Był na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewny, że sama muzyka załatwi za niego tę sprawę. W końcu.
Wykorzystał krótką chwilę, gdy dziewczyna skierowała wreszcie wzrok na niego i uśmiechnął się promiennie wyśpiewując kolejny wers piosenki najlepiej, jak potrafił. Postanowił się skupić właśnie na tym. Nie mógł być dobrym wokalistą w jej oczach, jeśli dźwięki były zaśpiewane niedbale, nieczysto, albo gdy brakowało mu oddechu. Nie mógł też pozwolić, by energia na scenie zmalała, dlatego starał się podwójnie przy choreografii. Nie mógł stale powtarzać tych samych ruchów.
 Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie w stronę tamtej dziewczyny. Widząc, że nie odrywa wzroku od sceny, jak to wcześniej robiła, uśmiechnął się do siebie.
A przy ostatnim refrenie zauważył, że kiwa głową w rytm muzyki i pod nosem podśpiewuje. Nie poprzestał na tym. Musiał zobaczyć, jak się uśmiecha.
Gdy tylko Love Me ucichło, szybko zeszedł ze sceny. Spróbował znaleźć technika, który zajmował się nagłośnieniem, mikrofonami.
- Szybka zmiana planów. Nie możesz puścić ścieżki do „Up”. – wydyszał.
- Co ty tu robisz? – zapytał nerwowo technik. Nikt nie chciał, by coś poszło niezgodnie z planem. Wszyscy byli idealnie zsynchronizowani ze sobą i jeżeli jedna osoba – na dodatek tak ważna osoba – odejdzie od planu, wszystko mogło się posypać.
- Nie mam czasu. Proszę cię tylko byś nie puszczał ścieżki z wokalem do „Up”. A, i włącz mój mikrofon.
Technik spojrzał na niego niepewnie.
- Zaufaj mi. – poprosił Justin.
Technik niechętnie skinął głową i wymamrotał coś o tym, że Scooter będzie zły. Bieber zignorował to. W końcu playbacki były ustawione tak, żeby nie przemęczać go samego, więc nikt nie ucierpi, jeśli sam zaśpiewa tę piosenkę. Może Mama Jan będzie na niego trochę zła, ale przecież w końcu jej przejdzie.
Miał kilka sekund, żeby wrócić na scenę, zanim zespół zacznie grać „Up”. Ledwo zdążył wsiąść do wielkiego kosza, który miał go unieść i już zaczęli.
Jedynym minusem tej nagłej decyzji było to, że nie był przygotowany, by zaśpiewać na żywo właśnie tę piosenkę. Wiedział, że jeżeli coś pójdzie źle to będzie mógł obwiniać tylko siebie. Nie przejmował się tym. Co mogło pójść źle? Jeśli się pomyli, jego kochane Belieberki, które znają jego piosenki pewnie lepiej od niego, pomogą mu.
A wszystko to, by ciemnowłosa się uśmiechnęła.
Zaśpiewał „Up”, „Runaway Love” i „U Smile” dając z siebie wszystko. Nie robił tego tylko, by zaimponować dziewczynie. Robił to także dla siebie. A poza tym wierzył, że właśnie autentyczność przy śpiewaniu tych piosnek poruszy ciemnowłosą.
Przy trzeciej piosence zauważył, że dziewczyna zaczęła śpiewać refreny. Nie mógł jej usłyszeć, ale domyślał się, że to nie jest już zwykłe nucenie pod nosem. Jego misja powoli odnosiła sukces. To go ucieszyło jeszcze bardziej.
- Cause whenever U smile, I smile. – wyśpiewał słowa refrenu najlepiej jak umiał. Kątem oka zauważył, że dziewczyna nadal śpiewa razem z nim.
Zbliżał się do końca piosenki. Spojrzał w ciemne, oddalone od niego o około dziesięć metrów oczy dziewczyny i wyśpiewał ostatni wers, starając zakończyć te piosenkę efektownie. Zamknął oczy i pozwolił sobie skoncentrować się tylko na tym ostatnim wersie.
A gdy otworzył oczy, ciemnowłosa dziewczyna szeroko się uśmiechała. Ogarnęło go cudowne uczucie.
Przyszedł czas na „One Less Lonely Girl”. W szaleńczym tempie Bieber zbiegł ze sceny i pobiegł do Ryana, który nie był na szczęście „schowany” tak głęboko pod sceną.
- One Less Lonely Girl. – wydyszał. – Szósty rząd po prawej stronie z brzegu. Ciemne włosy, czarny T-Shirt. – wyrzucił z siebie i rzucił się biegiem z powrotem na scenę, podekscytowany możliwością ujrzenia dziewczyny z bliska. Jeśli już zaczął, to nie skończy. Pragnął, by uśmiech dziewczyny pozostał na jej twarzy przez cały występ i jeszcze dłużej.
Ryan Good zamrugał dwa razy. Chłopak pojawił się i zniknął.
Szósty rząd, po prawej stronie, z brzegu, ciemne włosy, czarny T-shirt, Ryan powtórzył sobie w myślach, by zapamiętać.

*

Koncert okazał się o wiele lepszy niż spodziewałam się.
Na samym początku czułam się bardzo niezręcznie. Ciągle się zastanawiałam, co ja w ogóle tutaj robię. Nie byłam jego fanką. Nie cieszyłam się tak bardzo, jak wszystkie zgromadzone w tej hali. Nie krzyczałam z podekscytowania, jak one. 
Nie powinnam tu być, pomyślałam.
Czułam, że to jest prawda. I że wszystkie obecne Belieberki tak uważają. To było trochę jak oszustwo. Po co poszłam na jego koncert, skoro go nie lubię? Gdybym nie poszła, inna fanka mogłaby się cieszyć tym wspaniałym miejscem (6 rząd był idealnym miejscem – nie za blisko, nie za daleko. To był strzał w dziesiątkę). Miałam wrażenie, że wszystkie się na mnie gapią, jakby były niezadowolone z mojej obecności.
I Bieber także. On też w mojej głowie pytał mnie, co ja tu właściwie robię. Wydawało mi się, że spoglądał na mnie zbyt często, żeby to był zbieg okoliczności.
Ale po pierwszej piosence wszystko zaczęło się zmieniać. Powoli zaczęłam się rozluźniać. Powoli muzyka – bo przecież to było w tym najważniejsze – zaczęła do mnie docierać. Z każdą piosenką zapominałam o dziwnych uczuciach.
Złapałam się na śpiewaniu piosenki, która pewnie jest zatytułowana „You Smile”. Wszystko, co wcześniej czułam zniknęło, nawet nie wiedziałam, kiedy.
Pomimo tego, że nie słuchałam jego piosenek, nie nudziło mi się ani trochę, nie przyznałabym się sobie, ale podobało mi się. Muzyka była niesamowita. To dlatego do mnie dotarła. Nie potrafiłam tego opisać. Wszystko na żywo wydawało się piękniejsze, bo było bardziej prawdziwe. Muzyka skutecznie zagłuszała nieco denerwujące krzyki fanek, głos Justina nie zanikał wśród głośnych instrumentów. Jego umiejętności wokalne naprawdę mnie zadziwiły. Był niesamowicie utalentowany, pomimo tego, co ludzie o nim mówili. Jego miękka barwa była niższa niż słyszałam w wersji studyjnej „Baby” czy „Never Say Never”. Tyle wystarczyło, by lód, którym otoczyłam się, by tylko nie dopuścić do swoich uszu jego muzyki, stopniał.
Zaledwie po kilku piosenkach kołysałam się razem z tłumem, pomimo usztywnionego kręgosłupa. Niektóre piosenki nawet śpiewałam razem z nim! Nie mogłam nie znać tekstu. Nie z moimi dwoma rudymi siostrami w domu, które nałogowo słuchały jego muzyki. Byłam zmuszona tego słuchać razem z Dani i Marie.
Ale to nawet nie chodziło o to. Najbardziej urzekło mnie to, że występ był prawdziwy. Mogłam spojrzeć na twarz Justina (był niewiarygodnie blisko) i widziałam, że nie jest tu tylko, by odwalić robotę i jechać do następnego miasta. On naprawdę kochał to, co robił. Wyrażał to każdym dźwiękiem wydobytym z siebie, każdym gestem, a szeroki uśmiech chłopaka, tylko utwierdzał mnie w moim przekonaniu. Sama znałam to uczucie (oczywiście scena Grillu jest niczym w porównaniu do tej), więc mogłam zrozumieć, dlaczego tak wiele się uśmiecha.
Światła i efekty specjalne na pewno miały swoją rolę w tym wszystkim. Było naprawdę magicznie.
Isabelle była wciągnięta w to wszystko o wiele bardziej niż ja. Nieustannie podskakiwała w rytm muzyki i krzyczała głośno imię Justina. Bawiła się równie dobrze, jak ja, może nawet lepiej?
Justin zaczął śpiewać kolejną piosenkę. Po jej pierwszych słowach mogłam wywnioskować, że nazywała się „One Less Lonely Girl”. Nie była szybką piosenką, przy której można było tańczyć (pewnie, dało się). To była słodka piosenka w spokojnym tempie, która jak później się przekonałam łatwo wyciskała łzy.
- O mój Bożeee!! – wydarła się Isabelle, mocno szarpiąc mnie za ramię w  połowie pierwszego refrenu. – Patrz w tamtą stronę! – wskazała na wąskie przejście pomiędzy rzędami krzeseł. Z tłumu powoli wyłaniało się dwóch mężczyzn.
- Kto to? – spytałam zupełnie spokojnie, odrywając na minutę wzrok od wyszczerzonego Biebera. Z moich ust uśmiech także nie znikał.
- Oni idą po One Less Lonely Girl!! – pisnęła Isabelle.
Spojrzałam na nią, żądając wyjaśnień. Blondynka przewróciła oczami nerwowo i zabrała się za wyjaśnianie. Na każdym z koncertów ekipa Justina wybierała jedną fankę z publiczności i prowadziła ją na scenę.
- Oni idą w naszą stronę! – wykrztusiła z siebie moja przyjaciółka. Oddychała bardzo szybko i zasłaniała sobie usta, by nie krzyczeć. Przez chwilę nie wydawało mi się to dziwne. Wszystko działo się naprawdę szybko, piosenki bardzo szybko mijały, miałyśmy wrażenie, że zaraz będziemy musiały sobie stąd pójść.
Niespodziewanie poczułam się podekscytowana faktem, że mężczyźni idą w naszą stronę. Przez chwilę pozwoliłam sobie wyobrazić, jakby to było, gdybym to ja znalazła się na scenie. To byłoby wspaniałe przeżycie – zobaczyć jak to jest na wielkiej scenie. Ale z drugiej strony pewnie poczułabym się niezręcznie, bo nic bym na niej nie robiła. Wszystkie by się na mnie tylko gapiły, jak na kogoś kto miał trochę szczęścia, by posiedzieć na scenie i popatrzeć, jak Justin Bieber śpiewa.
Gdy mężczyźni minęli nasz rząd, westchnęłam ciężko, a Isabelle wyciągnęła ręce w ich stronę. Zatrzymali się przy dziewczynie stojącej dokładnie za mną. Pomimo tych wszystkich wrzasków mogłam usłyszeć głos mężczyzny. Wyszeptał jej do ucha „Czy chcesz być One Less Lonely Girl”, jakby jej szeroki uśmiech nie był wystarczającą odpowiedzią. Dziewczynie głos skoczył o oktawę do góry i pisnęła niewyraźne ”tak”.
Co za szkoda, że nie zatrzymali się o rząd wcześniej, pomyślałam.
Jeden z mężczyzn wziął dziewczynę za rękę i zaprowadzili ją za scenę, czego byłam na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna. Przez chwilę zastanawiałam się, w jaki sposób można było się tam dostać. Wejście musiało być ukryte, a korytarze pokręcone – w przeciwnym razie nie jednej szalonej fance udałoby się dostać tam. Byłam cholernie ciekawa, jak tam wejść, ale nie dlatego, że chciałam tam wejść. No dobra, chciałam, ale nie z tego samego powodu, co te wszystkie fanki. Nie szukałam nielegalnych sposobów zobaczenia się z Bieberem.
I can fix up your broken heart, I can give you a brand new start. Po tych słowach na scenie pojawiła się czarnowłosa dziewczyna w granatowej dziewczęcej sukience, która siedziała za mną. Była uśmiechnięta od ucha do ucha. Usiadła na wysokim stołku. Obok niej pojawili się tancerze, jeden z nich trzymał w ręku bukiet kwiatów.
I wtedy zrobiło się naprawdę słodko.
Bieber zszedł z górnego poziomu sceny. Spojrzał na One Less Lonely Girl zaskoczony (rozumiem, że nie miał nic wspólnego z wybraniem dziewczyny), a potem uśmiechnął się do niej, co sprawiło, że fanka zakryła dłonią usta. Tancerz przekazał bukiet kwiatów Justinowi, który wręczył go dziewczynie, która słodko spuściła wzrok i zarumieniła się. Bieber przysunął się do niej niewiarygodnie blisko, poczym objął ją ramionami. Publiczność stała się dwukrotnie głośniejsza. Ja też nie mogłam przestać się szerzyć, zupełnie jak One Less Lonely Girl, która prawie płakała. To było niesamowite, jak jedna osoba może tak bardzo uszczęśliwić tyle osób. Byłam pełna podziwu dla Justina.
Dokończył piosenkę, prawie nie odstępując One Less Lonely Girl na krok. Śpiewał na przemian do publiczności i do niej. Spróbowałam sobie wyobrazić, jak czuła się fanka. Pomijając sam fakt, że ma na imię Justin Bieber, która dziewczyna nie chciałaby, żeby taki słodziak, przytulał ją, uśmiechał się do niej i wykonywał inne słodkie gesty?
Ja sama chciałabym się znaleźć na jej miejscu. Pomimo tego, że nie byłam wielką fanką (nie da się jednak ukryć, że podczas tego występu Bieber zyskał w moich oczach).
Nie zauważałam nawet, jak czas mi szybko płynął. Ledwo Bieber zaczął kolejną piosenkę, a ja uświadamiałam sobie, że właśnie ją skończył. Nie znałam tych utworów, ale piosenki szybko wpadały w ucho. Szczególnie do mojego serca dotarła Never Let You Go. Chłopak wykonał ją akustycznie – unosząc się ponad pięć metrów nad publicznością w gigantycznym sercu. Pomimo, że słyszałam tę piosenkę pierwszy raz, od razu mi się spodobała. To gra na gitarze i tekst piosenki sprawiły, że właśnie przy tej piosence zakręciła mi się łezka w oku. Potem zaśpiewał jeszcze That Should Be Me, która była jedną z moich ulubionych piosenek – jedyną, która mi się spodobała przed tym koncertem. Zaśpiewałam ją nawet raz w Grillu, gdy Tay zaprosił Alex G na imprezę, która się tam właśnie odbywała. Doskonale pamiętam to uczucie, gdy zobaczyłam ich obrzydliwie słodko patrzących sobie w oczy, kołyszących się w rytm muzyki, którą grałam na gitarze. Ciekawa byłam, co Bieber czuł śpiewając tę piosenkę. Cicho wyśpiewywałam słowa piosenki razem z nim, czując się niewiarygodnie blisko jego samego.
Cały show zakończył efektownie swoim największym hitem Baby. Znałam ją na pamięć. Ale ta wersja znacznie się różniła od tej studyjnej. Bieber miał tu niższy głos. Ta wersja na żywo była o wiele lepsza. Wszystko na żywo było o niebo lepsze. I żadne wideo na YouTubie nie jest w stanie przekazać takiej samej atmosfery, takich samych odczuć.
Na taki koncert trzeba po prostu pójść.
Po efektywnym zakończeniu Bieber zniknął ze sceny. Poczułam się jak po obejrzeniu naprawdę świetnego filmu w kinie – takiego filmu, o którym nie potrafię przespać nocy, bo w głowie mam pełno myśli.
I wtedy światła się zapaliły.
Musiałam powrócić do rzeczywistości.
Wychodząc z sali czułam, że nogi same mnie niosą. Byłam tak oczarowana występem, że nie chciałam opuścić tego miejsca. Chciałam zostać właśnie tu i czuć muzykę, ale nie było przecież takiej opcji. Powlokłam się z Isabelle do wyjścia, co parę sekund rzucając spojrzenia na pustą scenę, zupełnie inaczej oświetloną niż była parę minut temu.
Belieberki nie uciszyły się ani trochę, nadal miały w sobie mieszankę nieujarzmionych emocji. Kierując się w stronę wyjścia zostałam przez nie staranowana. Straciłam równowagę i poleciałam na ziemię, jak długa. Gdyby nie plastik, może upadek nie wyglądałby tak strasznie.
Witamy w rzeczywistości.
Czym prędzej podniosłam się i dogoniłam Isabelle, która nawet nie zauważyła tej sytuacji. Czułam jak policzki oblewa mi gorąco. Byłam na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna, że zrobiłam się czerwona jak burak. Próbując przełknąć upokorzenie i modląc się, żeby nikt tej sytuacji nie widział, opuściłam budynek.

One Less Lonely Girl, I’m coming for you.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz