Otwierając drzwi na salę koncertową nie
przypuszczał, że ktoś będzie miał takiego pecha, by się za nimi znaleźć. Poczuwszy,
że powierzchnia drzwi zderzyła się z przeszkodą, szybko wślizgnął się do
środka.
Ciało dziewczyny bezwładnie osunęło się
na podłogę. I to nie byle której dziewczyny. To była ona – szatynka z szóstego
rzędu; ta, która na te półtorej godziny tak bardzo namieszała mu w głowie.
Brązowe delikatnie falujące włosy spływały jej na ramiona, długa grzywka
niedbale odrzucona na bok przysłaniała jej kącik oka. Szczupła sylwetka, duży
biust, jasna skóra, ciemne ubranie. W zwyczajnym oświetleniu i z bliższej odległości
wyglądała nieco inaczej niż wtedy.
Jedna rzecz się nie zmieniła. Nie
uśmiechała się.
Dlaczego miałaby się uśmiechać? Dopiero
co przywaliłeś jej drzwiami, idioto, pomyślał. Był przyzwyczajony do tego, że
dziewczyny mdleją na jego widok, ale to była nieco inna sytuacja. Zanim
zemdlała nie miała pojęcia, kto znajdował się po drugiej stronie drzwi.
Co za ironia losu! Czemu to właśnie ona
musiała tu stać? Justin szczerze się bał, że mógł jej zrobić krzywdę.
Gdy szatynka otworzyła oczy, poczuł
ulgę. Dostrzegł, że jej oczy są niebieskie – ciemnoniebieskie, ściślej mówiąc.
Posłała mu zagubione spojrzenie, zupełnie inne niż to, którego się spodziewał.
Na podłodze obok niej leżał notes
otworzony na ostatniej stronie, gdzie było wypisane dużymi literami „Tay jest
debilem”. Czyżby była zraniona? Przez chwilę pojawiła się w nim nadzieja, że
może jej kłopoty są podobne do jego kłopotów. Jeśli na to liczył, to był
głupcem. Dlaczego zwykła dziewczyna miałaby trudności z odróżnieniem aktorstwa
od prawdziwego uczucia tak jak on? Albo inaczej, dlaczego ktoś miałby grać
zakochanego w niej? Przed kim musiałby udawać?
Wydała się zdziwiona tym, kim jest
osoba, która ją „zaatakowała”. I znowu stało się inaczej niż myślał. Nie był
pewny, czy po ostatnim koncercie mógł uznać ją za fankę, ale w głębi duszy
liczył, że nią się stała. Dziewczyna nie zaczęła krzyczeć, nie wydawała się
podekscytowana faktem, że stoi przed nią Justin Bieber. A jeśli była, to dobrze
to ukrywała. Nie był pewny, czy chciał, żeby tak było, czy nie.
*
Nade
mną pochylał się zaskoczony i jednocześnie pełen skruchy chłopak, który, jak
domyślałam się, dopiero co wszedł do sali, nokautując mnie drzwiami. Na
początku nie rozpoznałam tej pięknej twarzy, dopiero po paru sekundach wszystko
się rozjaśniło w mojej głowie. Zespół nie należał do liceum w Seeforth ani
żadnej innej szkoły. To był zespół Justina Biebera, który wraz z nim miał mieć
tu próbę w przeciągu kilku minut.
Przez
dobre pół minuty czułam się bardziej zagubiona niż kiedykolwiek w moim życiu. Siedziałam
pod ścianą, ledwie świadoma tego, co się działo wokół mnie. Nie mogłam uwierzyć
własnym oczom. Ból z tyłu głowy dziwnie pulsował, odwracając moją uwagę od
tego, co widziały moje oczy. Czy na pewno nade mną pochylał się ten sam
chłopak, który oczarował mnie swoim głosem niespełna tydzień temu? Czy to jego
głos rozbrzmiewał w mojej głowie aż do dzisiaj w tej jednej piosence, która tak
doskonale opisywała targające mną uczucia? Czy to on był tym sławnym
chłopakiem, który dopiero, co zaczął wielką trasę, tym, którego kochały moje
dwie siostry i najlepsza przyjaciółka?
To
wydawało się bardzo surrealistyczne. Fakt, że dopiero, co uderzyłam głową o
ścianę nie pomagał mi.
-
Nic ci nie jest? – zapytał, patrząc na mnie ze zmartwieniem. Nie ważne kim był,
to on spowodował ten „wypadek”.
Boże,
to ten głos!
Skrzywiłam
się z bólu i pospiesznie wstałam, by pokazać mu, że nic mi nie jest. Okazał się
być mniej więcej mojego wzrostu. Patrzył na mnie orzechowymi oczami, jakby bał
się, że zaraz znowu upadnę na ziemię. Ja byłam w dziewięćdziesięciu procent
pewna, że to się nie wydarzy. Naprawdę nic mi nie było, w moim życiu doznałam
już gorszych urazów. Te dziesięć procent niepewności pochodziło od prawej dłoni
Justina, na której znajdowała się plamka krwi.
Pokręciłam
głową w odpowiedzi na jego pytanie, starając się nie patrzeć na ranę.
- Nic
mi nie jest. Ale twoja ręka… - powiedziałam słabym głosem, nie otwierając oczu.
– Coś czuję, że zaraz znowu będziecie musieli zbierać mnie z ziemi.
Zachichotał
cicho, jakby to było śmieszne, złapał mnie za nadgarstek zdrową dłonią i
delikatnie pociągnął mnie w stronę pustej widowni. Nie miałam wyjścia. Musiałam
otworzyć oczy, aby uniknąć potknięcia się o własne nogi.
-
Więc jest ci słabo, nie dlatego, że uderzyłaś o ścianę, tylko dlatego, że zobaczyłaś,
że krwawię? – spytał rozbawiony ciągnąc mnie wyżej i wyżej.
- Co
w tym śmiesznego? – spytałam. Nie byłam w nastroju do żartów, ledwo
utrzymywałam się na nogach przez tą cholerną ranę.
-
To jest śmieszne. Ja się zraniłem,
więc dlaczego to ty mdlejesz?
„Justin”
(wciąż dziwnie było wierzyć, że to on)
jakby przeczuwając, że daleko nie pójdę, skręcił w szósty rząd. Usiadłam na
pierwszym krześle z brzegu i oparłam głowę na oparciu, wbijając wzrok w sufit.
Justin zajął miejsce obok mnie. Najwyraźniej nadal się martwił, czy to nie
jednak jego wina. Poniekąd w obu przypadkach to była jego wina.
-
Co sobie zrobiłeś? – spytałam niechętnie. Nie miałam ochoty o tym rozmawiać,
ale wolałam nie zostawać sama ze swoimi myślami. Przynajmniej odciągnąłby moją
uwagę od tego wstrętnego uczucia.
-
Zaciąłem się struną. Do tego trzeba mieć talent, wiem. – przyznał się zmieszany.
-
Skąd ja to znam… - mruknęłam i uśmiechnęłam się delikatnie. Trochę mnie
zadziwiło to, że nawet on potrafi być czasami taką sierotą, jak ja. Z drugiej
strony było mi miło.
Powoli
mdłości ustępowały. Wrażenie, że wszystko wokół mnie wiruje zaczęło nareszcie
odchodzić. Wzięłam głęboki oddech i poczułam ulgę.
-
Na pewno nic ci nie jest? Głowa nie boli? – spytał zatroskany. Sekundę później
usłyszałam cichy chichot. – Już krwi nie ma, sama zobacz.
Nieufnie
spojrzałam na niego. Siedział zwrócony w moją stronę, uśmiechał się, jak anioł,
wpatrywał się we mnie roześmianymi brązowymi oczami. Jego jasne włosy koloru
ciemnego blondu były w nieładzie. Miał na sobie czarny T-shirt z dekoltem w
kształcie litery „V” i wąskie spodnie. Patrząc na ten jego uśmiech, z tak
bliska i to na żywo, do głowy przyszła mi myśl, że wyglądał naprawdę dobrze.
Gdy zorientowałam się w którą stronę moje myśli pobiegły, zmieszałam się i
odwróciłam wzrok.
-
Już lepiej? – spytał miękkim głosem.
-
Lepiej. – potwierdziłam. Nie powiem, miło było mi, wiedząc, że kogoś obchodzi
to, czy wszystko ze mną w porządku.
-
Tylko mi się takie rzeczy zdarzają. – jęknęłam i wstałam z krzesła, nieco
zawstydzona. – Tylko ja potrafię dać się uderzyć drzwiami, przeżyć bliskie
spotkanie ze ścianą i prawie zemdleć na widok kropelki krwi. To dopiero jest talent. – wyliczyłam i
uśmiechnęłam się sarkastycznie. – Mam zły dzień. – usprawiedliwiłam się szybko.
Gdyby Justin Bieber wziął mnie za idiotkę, zapamiętałabym to na całe życie.
-
A mój był świetny. – wypalił podekscytowany. – Zaczynał się beznadziejnie, ale
teraz jest świetnie.
-
Jakże mogło by nie być? – prychnęłam. Życie sławnego na całym świecie
piosenkarza nie mogło być złe. Wręcz
przeciwnie. To było wszystko, czego chciałam i wszystko, czego nie wolno było
mi mieć.
-
Co masz na myśli? – spytał. Zdziwiło mnie to, że nie uważał tak samo.
-
Mam na myśli, że dla ciebie każdy dzień jest wspaniały. Sam fakt, że twój
zespół właśnie ustawia się na tej scenie jest tego dowodem. – powiedziałam
pewnie.
Justin
odwrócił się ode mnie twarzą w kierunku sceny, jego uśmiech znikł z jego
twarzy, wpatrywałam się w nią nieco zmartwiona, że to ja palnęłam coś bardzo
nietaktownego. Byłam także ciekawa tego co się teraz dzieje w jego głowie. O
czym myślał? Wpatrywał się w sam środek sceny w idealnym spokoju. Westchnął
ciężko i odezwał się, dzięki czemu przestałam nareszcie myśleć.
-
Nie zawsze jest idealnie, ale ty nie masz o tym pojęcia. – stwierdził gorzko, a
potem dodał – To nie twoja wina.
-
W takim razie opowiedz mi o tym. Będę wiedziała. – powiedziałam wpatrując się w
jego twarz, w jego oczy, które obserwowały poczynania jego ekipy. Nie zdawałam
sobie sprawę, jak bardzo chciałam, żeby mi się zwierzył. Nie chciałam także być
wścibska, więc gdy tylko przeniósł swój skupiony wzrok na mnie, speszona
spuściłam głowę w dół. Te dwie potrzeby nie szły ze sobą w parze. Chociaż gdyby
osobą, którą chciałam nakłonić do zwierzeń nie byłby ktoś tak szczególny i
wyjątkowy, nie przejmowałabym się takimi pierdołami.
Justin
po kilku sekundach patrzenia na mnie pokręcił głową i szybko przeniósł wzrok na
swoje dłonie. – Wątpię, żebyś chciała wysłuchiwać narzekań rozpieszczonego
gwiazdora. – powiedział i zaśmiał się.
Uśmiechnęłam
się blado, ale nie zamierzałam się poddać. A idź ty, szlachetna część Angeliny,
pomyślałam.
-
Z tego, co widziałam akurat ty nie
jesteś rozpieszczonym gwiazdorem. Uważam, że… Uważam, że jesteś dobry w tym, co
robisz. To znaczy… twoja muzyka i to jak zachowujesz się, gdy spotykasz fanów.
Jesteś niesamowity. – ledwo wydusiłam to z siebie, modląc się, żeby nie
wybuchnął śmiechem. – I jesteś miły dla mnie. – dodałam nieco luźniejszym
tonem. Wnioskując po minie Justina, nie miał pojęcia o co chodziło mi z tym
ostatnim zdaniem, ale to chyba był dobry znak. Przynajmniej nie było po mnie
widać, że nie mam licznej grupy przyjaciół.
Potem
uśmiechnął się szeroko i spojrzał prosto na mnie.
-
Byłaś na moim koncercie, prawda One Less
Lonely Girl?
Albo
źle to zinterpretowałam, albo wyczuł, że jestem jego fanką.
-
Twoja pamięć nawala, Bieber. Nie byłam twoją One Less Lonely Girl. – palnęłam.
-
Owszem, byłaś. – powiedział, wgapiając się we mnie perfidnie tymi swoimi
hipnotyzującymi brązowymi oczami, uśmiechając się przy tym chyba najpiękniej
jak potrafił. Mogłabym się założyć, że wie, co robi. – Oni po prostu wzięli złą
dziewczynę na scenę.
Wpatrywałam
się w jego piękną twarz, nie mogąc się uwolnić od jego uroku. Co on powiedział?
Nie zrozumiałam, o co mu chodziło. Przypomniało mi się, jak zazdrościłam
dziewczynie wybranej na One Less Lonely
Girl.
Poczułam,
że zapominam, o czym rozmawialiśmy.
-
Koncert był niesamowity. Ty byłeś niesamowity. – rzuciłam, wpatrując się
niezręcznie we własne dłonie.
A
on się roześmiał głośno. Czyżbym była taka zabawna? Co go tak bawiło?
-
Jak mówiłam wcześniej, radzisz sobie bardzo dobrze. – powiedziałam i poczułam,
że robię się cała czerwona.
I was enchanted to meet you.
*
Rozmowa ciągnęła się długo – a
przynajmniej wystarczająco długo, by Justin zapomniał tego, gdzie się znajdował
i w jakim celu tam był. Nie zdawał sobie sprawy wcześniej, że to było dokładnie
to, czego potrzebował. Potrzebował przerwy, potrzebował czegoś, co mogło
odwrócić jego uwagę od całego zamieszania wokół niego. Potrzebował takiej
rozmowy na luzie z kimś, kto nie jest ani trochę zamieszany w jego karierę. Nie
przestawał się uśmiechać ani na chwilę.
Nadal trudno było mu uwierzyć, z kim
rozmawia. Nie odrywał wzroku od jej pięknych ciemnych oczu ani na sekundę. Był
ciekawy tego, jaka jest. Chciał wiedzieć o niej absolutnie wszystko. Tak samo,
jak ona chciała wiedzieć wszystko o nim.
Wydawała się taka… przestraszona.
Ostrożna. Nieśmiała. I, co już wcześniej zauważył, prawie nigdy się nie
uśmiechała. Dlaczego? Czyżby nie mylił się wcześniej? Była zraniona? To
pytanie, na które musiał poznać odpowiedź. Co było nie tak? Czy mógł jej jakoś
pomóc?
Nie chciał, żeby czuła się w jego
obecności skrępowana. Chciał, by poznała go z jak najlepszej strony. Nie
odpowiedział na pytanie, które dotyczyło ciemnej strony jego życia. Nie byłaby
zadowolona, jaką cenę musiał płacić za bycie sławnym. Całe to udawanie,
uśmiechanie się do aparatów, wmawianie ludziom, jaki to niezwykły i cudowny
jest chłopak o imieniu Justin Bieber, wszystkie plotki, nieporozumienia.
Wszystko to wymykało mu się spod kontroli. To było obrzydliwe, jak niektóre
piękne marzenia mogą się przemienić w coś takiego.
Czy mógł się dla niej zostawić za sobą
tę niewygodną część jego życia? Zapomnieć i skupić się na dobrych aspektach
jego życia. Miał bardzo wiele. Rodzinę, przyjaciół i możliwość robienia tego,
co kocha. Mógł jej pokazać swój świat. W tym momencie chciał tego bardziej niż
czegokolwiek innego na świecie. Chciał ją poznać i chciał, żeby poznała go.
Dziewczyna nagle rozejrzała się nerwowo
po sali, spojrzała na scenę, na której stali gotowi muzycy, którzy już czekali
na Justina. Zmieszana podniosła się delikatnie się chwiejąc, co zaniepokoiło go
trochę pomimo tego, że kilka razy zapewniała go, że dobrze się czuje.
- Powinnam już pójść. Moje koleżanki
już dawno wyszły. – powiedziała. Justin wychwycił smutną nutę w jej głosie.
Zastanawiał się, co mogło być jej przyczyną.
On sam nie chciał się z nią teraz
żegnać, nie wiedząc o niej tylu rzeczy. Pod wpływem impulsu wyciągnął rękę, gdy
odchodziła i złapał ją za nadgarstek. Zaskoczona szatynka odwróciła się do
niego.
- Nadal pada. – wyrzucił z siebie
pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy. – To nie byłoby dobre dla twojej
gitary, gdyby zmokła, One Less Lonely Girl. – dodał i uśmiechnął się. To
sprawiło, że jego wymówka, żeby dłużej z nią zostać, zabrzmiała bardziej
wiarygodnie.
- Nie chcę wam przeszkadzać w próbie. –
wyjaśniła.
- Nie będziesz przeszkadzała. –
powiedział luźnym tonem, nadal się do niej uśmiechając. – Możesz zostać i
popatrzeć. Jeśli chcesz, oczywiście. – dodał.
Szatynka spojrzała w dół i uśmiechnęła
się podejrzliwie, a potem przeniosła wzrok na niego. – Dobra. Zostanę. Ale nie
szpanuj już i nie nazywaj mnie One Less Lonely Girl. – powiedziała wesoło.
Justin zaśmiał się, poinformował dziewczynę,
że idzie powiedzieć swojemu ochroniarzowi Kenny’emu, że zamierza zostać. Gdy to
zrobił, wbiegł na scenę, stanął na mikrofonem i pomachał do niej, wygłupiając
się. Znowu się uśmiechnęła.
- A tak przy okazji, obserwowałem waszą
próbę. Jesteście nawet niezłe. – powiedział do mikrofonu.
Dziewczyna zaśmiała się sarkastycznie.
- Chyba żartujesz sobie ze mnie. To był
pierwszy raz, kiedy razem śpiewałyśmy. Jesteśmy nieprzygotowane,
niedoświadczone i nie potrafimy się zgrać. Żadna z nas nie robiłaby tego, gdyby
to nie było dla fundacji. Nie jesteśmy profesjonalistami, jak niektórzy. –
zawołała przemieszczając się w stronę sceny.
Zareagował na to prychnięciem. Wyjął
mikrofon ze statywu, złapał za kabel i zaczął kręcić urządzeniem w powietrzu. Podniósł
nogę i mikrofon owinął mu się wokół kostki, poczym Justin zaczął kręcić nim w
drugą stronę i kabel „odwiązał się” od jego nogi. Podrzucił na koniec
urządzeniem i widząc zszokowaną minę szatynki, specjalnie złapał go dopiero
przy ziemi.
- Nawet nie próbuj porównywać się do
mnie. – zażartował, widząc rozdziawione usta dziewczyny.
- Znowu szpanujesz.
- Przepraszam. – powiedział, poczym
posłał jej uśmiech aniołka. – Nie zapominaj o tym, żeby się dobrze bawić.
Występ jest dziesięć razy lepszy, gdy jesteś wyluzowana i dobrze się bawisz.
- I uśmiechasz się. – uzupełniła.
- Właśnie! – ożywił się.
Miał nadzieję, że zaraz na jej twarzy
pojawi się właśnie uśmiech, ale tak nie było.
- A poza tym mówiłem tylko o tobie. –
powiedział. – Ty byłaś nawet niezła. Pomimo tego, że się wcale nie uśmiechałaś,
oczywiście.
- W takim razie twoja teoria jest
prawdziwa. Dobrze się bawiłam dzisiaj. Zawsze się dobrze bawię, gdy robię coś
związanego z muzyką. Ale zdaje się, że ty coś o tym wiesz. – powiedziała i
mrugnęła do niego.
Miała rację. Z nim było tak samo.
Dlatego to całe bycie sławnym miało sens. No uśmiechnij się wreszcie, miał
ochotę zawołać do niej.
- Wow. Jestem pod wrażeniem. –
powiedział. Nie kłamał. Wszystko, co mówiła robiło na nim wrażenie.
Policzki dziewczyny zrobiły się
ciemniejsze. Zarumieniła się. No, dlaczego się nie uśmiechasz?
- Zaśpiewaj ze mną. – poprosił ją
nagle.
Nie spodziewała się tego. Spojrzała na
niego zbita z tropu. – Nie znam słów. – powiedziała.
To była marna wymówka. Justin już miał
gotową odpowiedź.
- To leci tak. „U smile, I smile” –
zaśpiewał kończąc wers długą, imponującą wokalizą, trochę się popisując przed
nią. Mógł to wyczytać z jej oczu, że podziałało. Znowu otworzyła usta szeroko.
Uśmiechnął się sam do siebie.
- To dopiero było imponujące.
- No daj spokój, zaśpiewaj ze mną. –
prawie błagał dziecinnym tonem, który skojarzył mu się z tą sceną ze Shreka z
kotem. – To jest piosenka dla ciebie. Nigdy się nie uśmiechasz. Dlaczego? –
spytał.
Ale nie doczekał się odpowiedzi.
- No prooooszę. – kucnął, tak żeby jego
głowa znajdowała się na takim samym poziomie, co jego. – Uśmiechnęłaś się do
mnie już dwa razy, a skoro muzyka sprawia, że się uśmiechasz, to musisz to
zrobić. Dla mnie? – próbował ją przekonać. Dlaczego miałaby obić coś dla
ciebie, pomyślał gorzko.
Zespół zaczął grać. Justin wziął
mikrofon do ręki i zaśpiewał pierwsze wersy nie zrywając kontaktu wzrokowego z
dziewczyną. Poniekąd śpiewał to dla niej. Nie po to, by przećwiczyć. Robił to
przecież miliony razy i będzie to robił jeszcze milion razy. I za każdym razem
będzie się dobrze przy tym bawił.
Dziewczyna kołysała się w rytm muzyki,
a gdy zaczął śpiewać refren piosenki, otworzyła usta i zaśpiewała z nim, poczym
uśmiechnęła się do niego szeroko, a on zrobił to samo. Zamąciła mu tym w głowie
na tyle, by zapomniał wejść w pierwszy wers drugiej zwrotki i zaczął od
drugiego, chichocząc nieustannie. Skończyli tę piosenkę razem. On na scenie, a
ona pod nią, mimo to zaśpiewali razem.
Próba się jeszcze nie skończyła. Musiał
zaśpiewać jeszcze parę piosenek, inaczej Scooter nie da mu spokoju. Kolejne
piosenki też śpiewali razem. Wyraźnie wyczuł, że dziewczyna się rozluźniła.
Zaczęła zgrabnie poruszać się w rytm muzyki, do której śpiewał, a refreny
śpiewała z nim. Uśmiechnęła się tego wieczoru dziesiątki razy, za każdym razem
odbierała mu mowę – co każdy mógł usłyszeć, bo nie śpiewał w tych momentach.
Tak bardzo miło było patrzeć na tę dziewczynę, gdy jest szczęśliwa.
*
Gdy
Justin skończył śpiewać Baby, już się
ściemniało za oknami. Nie zorientowałam się, że czas tak szybko mija. To jednak
prawda, że im lepiej się bawisz, tym szybciej płynął. Zupełnie zignorowałam to,
że miałyśmy się spotkać jeszcze w szkole. Ale gdyby naprawdę mnie potrzebowały
(i chciały) to zadzwoniłyby do mnie.
Mogłabym
tańczyć z Justinem tak do upadłego. Muzyka była czymś, co kochaliśmy oboje. A
poza tym był naprawdę miły. Przez ten krótki wieczór zupełnie zapomniałam, że
był sławny. Wydawał się dla mnie taki… zwyczajny. Ten sławny Justin Bieber był
nadal nieosiągalny, ale ten… cudowny, wesoły chłopak o hipnotyzujących oczach,
który nieustannie próbował ze mną flirtować (co działało)… ? Mogłam powiedzieć,
że poznałam go.
Czy
to działo się naprawdę?
-
Czekaj… - powiedział, gdy byłam gotowa do wyjścia. Z głośno bijącym sercem
odwróciłam się do niego. Zbiegł szybko ze sceny ze zniewalającą z nóg
zwinnością i stanął przede mną, wpatrując się we mnie swoimi wesołymi brązowymi
oczami, które znowu sprawiły, że miękły mi kolana. – Nadal leje. Mogę cię
podwieźć… jeśli tylko chcesz. – spytał mnie ze świecącymi się oczami. – Możemy
wtedy pogadać o naszych nie-idealnych życiach i znaleźć więcej sposobów na to,
żeby wywołać uśmiech na twojej twarzy.
Nie
mogłam temu zapobiec – znowu się
zarumieniłam.
Nie
uśmiechał mi się trzykilometrowy spacer w deszczu i to jeszcze po ciemnym
lesie. A poza tym nie chciałam się z nim rozstawać, (ale nie przyznałabym się
do tego nigdy). Mogłam go już nigdy więcej nie spotkać.
-
Więc zgadzasz się? – zapytał, uśmiechając się uroczo.
Przytaknęłam.
Wykończona
czekałam aż Justin podziękuje wszystkim członkom zespołu i całej reszcie ekipy,
potem wyszłam za nim z budynku w stronę parkingu. Jego samochód nie był jakiś
szpanerski, jakiego się spodziewałam. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak sławny
jeździł czymś tak zwyczajnym. Cóż, nie przestawał mnie zaskakiwać.
Przez
całą drogę rozmawialiśmy o różnych głupotach, dobry humor dopisywał nam obojgu.
Powiedziałam mu, w którą stronę ma jechać. Gdy wjechaliśmy w las, musiał
zwolnić, bo droga przypominała raczej rzekę błota i Justin skupił się na omijaniu
większych kałuż. Wtedy zaczął wypytywać mnie o moje życie. Powiedziałam mu, że
mam dwie siostry, które go kochają (na co zareagował uśmiechem łobuzerskim), że
spędzam wieczory brzdąkając na gitarze w Grillu, że nie cierpię historii itd.
Justin słuchał tego wszystkiego z zainteresowaniem, co przeczyło moim
zmartwieniom, że go nudzę. Ale w końcu doszłam do takiego momentu, kiedy
musiałam zamilknąć.
Wtedy
zaczął zadawać pytania.
Czułam
się, jakbym go znała, dlatego powiedziałam coś, czego nie powinnam mówić. Byłam
na dziewięćdziesiąt procent pewna, że nie zauważyłby, gdybym moje oczy nie
wypełniły się łzami w tym momencie. Ale tego sekretu nie mogłam mu wyjawić. Już
Tay się ulotnił przez to, że mu powiedziałam. Nie chcę odstraszyć też Justina.
Nie chcę, żeby myślał, że jestem słaba.
W
końcu na siłę zmieniłam temat. Wtedy pojął, że nie chcę o tym rozmawiać.
Zapytałam go o to, co sprawia, że jego pozornie idealne życie nie jest idealne,
ale on też nie odpowiedział. Znowu wykręcił się odpowiedzią „Nie chciałabyś
tego słuchać.”
Oboje
przestaliśmy się uśmiechać.
Nagle
Justin zahamował. Spojrzałam na drogę, która dalej naprawdę zamieniła się w
rzekę. Była nieprzejezdna.
-
W takim razie, dalej pójdę na piechotę. Dzięki. – powiedziałam, starając się
nie pokazywać jak bardzo jestem zawiedziona, że rozstajemy się. To była prawda.
Już go mogłam więcej nie spotkać, chyba że wykupię kolejną wejściówkę na jego
koncert.
-
Miło było cię poznać. – powiedział.
-
Mi też. – powiedziałam, uśmiechnęłam się do niego jeszcze raz i zatrzasnęłam
drzwi w jego samochodzie.
Spojrzałam
jeszcze raz w stronę samochodu i poszłam szybkim krokiem przez ciemny las z
moją gitarą na plecach. Towarzyszyło mi dziwne uczucie, jakby ta próba nie była
prawdą, tylko moim wyobrażeniem.
Weszłam
do domu przemoczona do suchej nitki. Stałam za zamkniętymi drzwiami w
przemoczonej kurtce, z mokrymi włosami i ubraniem i gapiłam się na moją
przyjaciółkę, czując że zaraz zasnę na stojąco. Isabelle ze zmartwieniem
zaczęła ściągać ze mnie kurtkę, jakbym sama tego nie miała zrobić, potem
przyniosła ręcznik i owinęła mi nim włosy. Ja nadal stałam jak ta idiotka,
dopiero, gdy Isabelle popchnęła mnie w stronę mojego pokoju, raczyłam się
ruszyć. Przebrałam się szybko i padłam na łóżko.
I
znowu wróciłam do swojego świata. Spojrzałam błagalnie na plastikowy gorset,
który stał w kącie mojego pokoju. Nie chciało już mi się ruszać, ale musiałam
wstać i założyć go, żeby się pozbyć tego paskudnego bólu pleców, który pojawił
się po tym, jak skończyłam tańczyć. Cholera. Czy taniec też źle na mnie
działał?
Gdy
znowu położyłam się, zyskałam pewność, że już nie wyjdę z łóżka. Isabelle
zapukała do mojego pokoju. Nie odpowiedziałam jej, więc weszła.
-
Wyglądasz, jakby przeszło po tobie stado krów. Coś złego się stało? – spytała
cicho zmartwiona.
Nie
otrzymała ode mnie odpowiedzi. Miałam jej powiedzieć, że najprawdopodobniej
zraziłam do siebie swoim wścibskim pytaniem Justina Biebera, którego ona tak
kocha? A może opowiedzieć jej o tym, jak tańczyłam z nim i śpiewałam do jego
piosenek? A może o tym jak uderzył mnie drzwiami, czego konsekwencją był ból
który teraz czułam?
-
Nic się nie stało. – skłamałam bez wyrazu.
This was the very first page, not where the storyline
ends.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz