niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 5 "There I was again tonight, forcing laughter, faking smiles"

Obublikowano: 31 lipca, 2011



Otwierając drzwi na salę koncertową nie przypuszczał, że ktoś będzie miał takiego pecha, by się za nimi znaleźć. Poczuwszy, że powierzchnia drzwi zderzyła się z przeszkodą, szybko wślizgnął się do środka.
Ciało dziewczyny bezwładnie osunęło się na podłogę. I to nie byle której dziewczyny. To była ona – szatynka z szóstego rzędu; ta, która na te półtorej godziny tak bardzo namieszała mu w głowie. Brązowe delikatnie falujące włosy spływały jej na ramiona, długa grzywka niedbale odrzucona na bok przysłaniała jej kącik oka. Szczupła sylwetka, duży biust, jasna skóra, ciemne ubranie. W zwyczajnym oświetleniu i z bliższej odległości wyglądała nieco inaczej niż wtedy.
Jedna rzecz się nie zmieniła. Nie uśmiechała się.
Dlaczego miałaby się uśmiechać? Dopiero co przywaliłeś jej drzwiami, idioto, pomyślał. Był przyzwyczajony do tego, że dziewczyny mdleją na jego widok, ale to była nieco inna sytuacja. Zanim zemdlała nie miała pojęcia, kto znajdował się po drugiej stronie drzwi.
Co za ironia losu! Czemu to właśnie ona musiała tu stać? Justin szczerze się bał, że mógł jej zrobić krzywdę.
Gdy szatynka otworzyła oczy, poczuł ulgę. Dostrzegł, że jej oczy są niebieskie – ciemnoniebieskie, ściślej mówiąc. Posłała mu zagubione spojrzenie, zupełnie inne niż to, którego się spodziewał.
Na podłodze obok niej leżał notes otworzony na ostatniej stronie, gdzie było wypisane dużymi literami „Tay jest debilem”. Czyżby była zraniona? Przez chwilę pojawiła się w nim nadzieja, że może jej kłopoty są podobne do jego kłopotów. Jeśli na to liczył, to był głupcem. Dlaczego zwykła dziewczyna miałaby trudności z odróżnieniem aktorstwa od prawdziwego uczucia tak jak on? Albo inaczej, dlaczego ktoś miałby grać zakochanego w niej? Przed kim musiałby udawać?
Wydała się zdziwiona tym, kim jest osoba, która ją „zaatakowała”. I znowu stało się inaczej niż myślał. Nie był pewny, czy po ostatnim koncercie mógł uznać ją za fankę, ale w głębi duszy liczył, że nią się stała. Dziewczyna nie zaczęła krzyczeć, nie wydawała się podekscytowana faktem, że stoi przed nią Justin Bieber. A jeśli była, to dobrze to ukrywała. Nie był pewny, czy chciał, żeby tak było, czy nie.

*

Nade mną pochylał się zaskoczony i jednocześnie pełen skruchy chłopak, który, jak domyślałam się, dopiero co wszedł do sali, nokautując mnie drzwiami. Na początku nie rozpoznałam tej pięknej twarzy, dopiero po paru sekundach wszystko się rozjaśniło w mojej głowie. Zespół nie należał do liceum w Seeforth ani żadnej innej szkoły. To był zespół Justina Biebera, który wraz z nim miał mieć tu próbę w przeciągu kilku minut.
Przez dobre pół minuty czułam się bardziej zagubiona niż kiedykolwiek w moim życiu. Siedziałam pod ścianą, ledwie świadoma tego, co się działo wokół mnie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ból z tyłu głowy dziwnie pulsował, odwracając moją uwagę od tego, co widziały moje oczy. Czy na pewno nade mną pochylał się ten sam chłopak, który oczarował mnie swoim głosem niespełna tydzień temu? Czy to jego głos rozbrzmiewał w mojej głowie aż do dzisiaj w tej jednej piosence, która tak doskonale opisywała targające mną uczucia? Czy to on był tym sławnym chłopakiem, który dopiero, co zaczął wielką trasę, tym, którego kochały moje dwie siostry i najlepsza przyjaciółka?
To wydawało się bardzo surrealistyczne. Fakt, że dopiero, co uderzyłam głową o ścianę nie pomagał mi.
- Nic ci nie jest? – zapytał, patrząc na mnie ze zmartwieniem. Nie ważne kim był, to on spowodował ten „wypadek”.
Boże, to ten głos!
Skrzywiłam się z bólu i pospiesznie wstałam, by pokazać mu, że nic mi nie jest. Okazał się być mniej więcej mojego wzrostu. Patrzył na mnie orzechowymi oczami, jakby bał się, że zaraz znowu upadnę na ziemię. Ja byłam w dziewięćdziesięciu procent pewna, że to się nie wydarzy. Naprawdę nic mi nie było, w moim życiu doznałam już gorszych urazów. Te dziesięć procent niepewności pochodziło od prawej dłoni Justina, na której znajdowała się plamka krwi.
Pokręciłam głową w odpowiedzi na jego pytanie, starając się nie patrzeć na ranę.
- Nic mi nie jest. Ale twoja ręka… - powiedziałam słabym głosem, nie otwierając oczu. – Coś czuję, że zaraz znowu będziecie musieli zbierać mnie z ziemi.
Zachichotał cicho, jakby to było śmieszne, złapał mnie za nadgarstek zdrową dłonią i delikatnie pociągnął mnie w stronę pustej widowni. Nie miałam wyjścia. Musiałam otworzyć oczy, aby uniknąć potknięcia się o własne nogi.
- Więc jest ci słabo, nie dlatego, że uderzyłaś o ścianę, tylko dlatego, że zobaczyłaś, że krwawię? – spytał rozbawiony ciągnąc mnie wyżej i wyżej.
- Co w tym śmiesznego? – spytałam. Nie byłam w nastroju do żartów, ledwo utrzymywałam się na nogach przez tą cholerną ranę.
- To jest śmieszne. Ja się zraniłem, więc dlaczego to ty mdlejesz?
„Justin” (wciąż dziwnie było wierzyć, że to on) jakby przeczuwając, że daleko nie pójdę, skręcił w szósty rząd. Usiadłam na pierwszym krześle z brzegu i oparłam głowę na oparciu, wbijając wzrok w sufit. Justin zajął miejsce obok mnie. Najwyraźniej nadal się martwił, czy to nie jednak jego wina. Poniekąd w obu przypadkach to była jego wina.
- Co sobie zrobiłeś? – spytałam niechętnie. Nie miałam ochoty o tym rozmawiać, ale wolałam nie zostawać sama ze swoimi myślami. Przynajmniej odciągnąłby moją uwagę od tego wstrętnego uczucia.
- Zaciąłem się struną. Do tego trzeba mieć talent, wiem. – przyznał się zmieszany.
- Skąd ja to znam… - mruknęłam i uśmiechnęłam się delikatnie. Trochę mnie zadziwiło to, że nawet on potrafi być czasami taką sierotą, jak ja. Z drugiej strony było mi miło.
Powoli mdłości ustępowały. Wrażenie, że wszystko wokół mnie wiruje zaczęło nareszcie odchodzić. Wzięłam głęboki oddech i poczułam ulgę.
- Na pewno nic ci nie jest? Głowa nie boli? – spytał zatroskany. Sekundę później usłyszałam cichy chichot. – Już krwi nie ma, sama zobacz.
Nieufnie spojrzałam na niego. Siedział zwrócony w moją stronę, uśmiechał się, jak anioł, wpatrywał się we mnie roześmianymi brązowymi oczami. Jego jasne włosy koloru ciemnego blondu były w nieładzie. Miał na sobie czarny T-shirt z dekoltem w kształcie litery „V” i wąskie spodnie. Patrząc na ten jego uśmiech, z tak bliska i to na żywo, do głowy przyszła mi myśl, że wyglądał naprawdę dobrze. Gdy zorientowałam się w którą stronę moje myśli pobiegły, zmieszałam się i odwróciłam wzrok.
- Już lepiej? – spytał miękkim głosem.
- Lepiej. – potwierdziłam. Nie powiem, miło było mi, wiedząc, że kogoś obchodzi to, czy wszystko ze mną w porządku.
- Tylko mi się takie rzeczy zdarzają. – jęknęłam i wstałam z krzesła, nieco zawstydzona. – Tylko ja potrafię dać się uderzyć drzwiami, przeżyć bliskie spotkanie ze ścianą i prawie zemdleć na widok kropelki krwi. To dopiero jest talent. – wyliczyłam i uśmiechnęłam się sarkastycznie. – Mam zły dzień. – usprawiedliwiłam się szybko. Gdyby Justin Bieber wziął mnie za idiotkę, zapamiętałabym to na całe życie.
- A mój był świetny. – wypalił podekscytowany. – Zaczynał się beznadziejnie, ale teraz jest świetnie.
- Jakże mogło by nie być? – prychnęłam. Życie sławnego na całym świecie piosenkarza nie mogło być złe. Wręcz przeciwnie. To było wszystko, czego chciałam i wszystko, czego nie wolno było mi mieć.
- Co masz na myśli? – spytał. Zdziwiło mnie to, że nie uważał tak samo.
- Mam na myśli, że dla ciebie każdy dzień jest wspaniały. Sam fakt, że twój zespół właśnie ustawia się na tej scenie jest tego dowodem. – powiedziałam pewnie.
Justin odwrócił się ode mnie twarzą w kierunku sceny, jego uśmiech znikł z jego twarzy, wpatrywałam się w nią nieco zmartwiona, że to ja palnęłam coś bardzo nietaktownego. Byłam także ciekawa tego co się teraz dzieje w jego głowie. O czym myślał? Wpatrywał się w sam środek sceny w idealnym spokoju. Westchnął ciężko i odezwał się, dzięki czemu przestałam nareszcie myśleć.
- Nie zawsze jest idealnie, ale ty nie masz o tym pojęcia. – stwierdził gorzko, a potem dodał – To nie twoja wina.
- W takim razie opowiedz mi o tym. Będę wiedziała. – powiedziałam wpatrując się w jego twarz, w jego oczy, które obserwowały poczynania jego ekipy. Nie zdawałam sobie sprawę, jak bardzo chciałam, żeby mi się zwierzył. Nie chciałam także być wścibska, więc gdy tylko przeniósł swój skupiony wzrok na mnie, speszona spuściłam głowę w dół. Te dwie potrzeby nie szły ze sobą w parze. Chociaż gdyby osobą, którą chciałam nakłonić do zwierzeń nie byłby ktoś tak szczególny i wyjątkowy, nie przejmowałabym się takimi pierdołami.
Justin po kilku sekundach patrzenia na mnie pokręcił głową i szybko przeniósł wzrok na swoje dłonie. – Wątpię, żebyś chciała wysłuchiwać narzekań rozpieszczonego gwiazdora. – powiedział i zaśmiał się.
Uśmiechnęłam się blado, ale nie zamierzałam się poddać. A idź ty, szlachetna część Angeliny, pomyślałam.
- Z tego, co widziałam akurat ty nie jesteś rozpieszczonym gwiazdorem. Uważam, że… Uważam, że jesteś dobry w tym, co robisz. To znaczy… twoja muzyka i to jak zachowujesz się, gdy spotykasz fanów. Jesteś niesamowity. – ledwo wydusiłam to z siebie, modląc się, żeby nie wybuchnął śmiechem. – I jesteś miły dla mnie. – dodałam nieco luźniejszym tonem. Wnioskując po minie Justina, nie miał pojęcia o co chodziło mi z tym ostatnim zdaniem, ale to chyba był dobry znak. Przynajmniej nie było po mnie widać, że nie mam licznej grupy przyjaciół.
Potem uśmiechnął się szeroko i spojrzał prosto na mnie.
- Byłaś na moim koncercie, prawda One Less Lonely Girl?
Albo źle to zinterpretowałam, albo wyczuł, że jestem jego fanką.
- Twoja pamięć nawala, Bieber. Nie byłam twoją One Less Lonely Girl. – palnęłam.
- Owszem, byłaś. – powiedział, wgapiając się we mnie perfidnie tymi swoimi hipnotyzującymi brązowymi oczami, uśmiechając się przy tym chyba najpiękniej jak potrafił. Mogłabym się założyć, że wie, co robi. – Oni po prostu wzięli złą dziewczynę na scenę.
Wpatrywałam się w jego piękną twarz, nie mogąc się uwolnić od jego uroku. Co on powiedział? Nie zrozumiałam, o co mu chodziło. Przypomniało mi się, jak zazdrościłam dziewczynie wybranej na One Less Lonely Girl.
Poczułam, że zapominam, o czym rozmawialiśmy.
- Koncert był niesamowity. Ty byłeś niesamowity. – rzuciłam, wpatrując się niezręcznie we własne dłonie.
A on się roześmiał głośno. Czyżbym była taka zabawna? Co go tak bawiło?
- Jak mówiłam wcześniej, radzisz sobie bardzo dobrze. – powiedziałam i poczułam, że robię się cała czerwona.

I was enchanted to meet you.

*

Rozmowa ciągnęła się długo – a przynajmniej wystarczająco długo, by Justin zapomniał tego, gdzie się znajdował i w jakim celu tam był. Nie zdawał sobie sprawy wcześniej, że to było dokładnie to, czego potrzebował. Potrzebował przerwy, potrzebował czegoś, co mogło odwrócić jego uwagę od całego zamieszania wokół niego. Potrzebował takiej rozmowy na luzie z kimś, kto nie jest ani trochę zamieszany w jego karierę. Nie przestawał się uśmiechać ani na chwilę.
Nadal trudno było mu uwierzyć, z kim rozmawia. Nie odrywał wzroku od jej pięknych ciemnych oczu ani na sekundę. Był ciekawy tego, jaka jest. Chciał wiedzieć o niej absolutnie wszystko. Tak samo, jak ona chciała wiedzieć wszystko o nim.
Wydawała się taka… przestraszona. Ostrożna. Nieśmiała. I, co już wcześniej zauważył, prawie nigdy się nie uśmiechała. Dlaczego? Czyżby nie mylił się wcześniej? Była zraniona? To pytanie, na które musiał poznać odpowiedź. Co było nie tak? Czy mógł jej jakoś pomóc?
Nie chciał, żeby czuła się w jego obecności skrępowana. Chciał, by poznała go z jak najlepszej strony. Nie odpowiedział na pytanie, które dotyczyło ciemnej strony jego życia. Nie byłaby zadowolona, jaką cenę musiał płacić za bycie sławnym. Całe to udawanie, uśmiechanie się do aparatów, wmawianie ludziom, jaki to niezwykły i cudowny jest chłopak o imieniu Justin Bieber, wszystkie plotki, nieporozumienia. Wszystko to wymykało mu się spod kontroli. To było obrzydliwe, jak niektóre piękne marzenia mogą się przemienić w coś takiego.
Czy mógł się dla niej zostawić za sobą tę niewygodną część jego życia? Zapomnieć i skupić się na dobrych aspektach jego życia. Miał bardzo wiele. Rodzinę, przyjaciół i możliwość robienia tego, co kocha. Mógł jej pokazać swój świat. W tym momencie chciał tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Chciał ją poznać i chciał, żeby poznała go.
Dziewczyna nagle rozejrzała się nerwowo po sali, spojrzała na scenę, na której stali gotowi muzycy, którzy już czekali na Justina. Zmieszana podniosła się delikatnie się chwiejąc, co zaniepokoiło go trochę pomimo tego, że kilka razy zapewniała go, że dobrze się czuje.
- Powinnam już pójść. Moje koleżanki już dawno wyszły. – powiedziała. Justin wychwycił smutną nutę w jej głosie. Zastanawiał się, co mogło być jej przyczyną.
On sam nie chciał się z nią teraz żegnać, nie wiedząc o niej tylu rzeczy. Pod wpływem impulsu wyciągnął rękę, gdy odchodziła i złapał ją za nadgarstek. Zaskoczona szatynka odwróciła się do niego.
- Nadal pada. – wyrzucił z siebie pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy. – To nie byłoby dobre dla twojej gitary, gdyby zmokła, One Less Lonely Girl. – dodał i uśmiechnął się. To sprawiło, że jego wymówka, żeby dłużej z nią zostać, zabrzmiała bardziej wiarygodnie.
- Nie chcę wam przeszkadzać w próbie. – wyjaśniła.
- Nie będziesz przeszkadzała. – powiedział luźnym tonem, nadal się do niej uśmiechając. – Możesz zostać i popatrzeć. Jeśli chcesz, oczywiście. – dodał.
Szatynka spojrzała w dół i uśmiechnęła się podejrzliwie, a potem przeniosła wzrok na niego. – Dobra. Zostanę. Ale nie szpanuj już i nie nazywaj mnie One Less Lonely Girl. – powiedziała wesoło.
Justin zaśmiał się, poinformował dziewczynę, że idzie powiedzieć swojemu ochroniarzowi Kenny’emu, że zamierza zostać. Gdy to zrobił, wbiegł na scenę, stanął na mikrofonem i pomachał do niej, wygłupiając się. Znowu się uśmiechnęła.
- A tak przy okazji, obserwowałem waszą próbę. Jesteście nawet niezłe. – powiedział do mikrofonu.
Dziewczyna zaśmiała się sarkastycznie.
- Chyba żartujesz sobie ze mnie. To był pierwszy raz, kiedy razem śpiewałyśmy. Jesteśmy nieprzygotowane, niedoświadczone i nie potrafimy się zgrać. Żadna z nas nie robiłaby tego, gdyby to nie było dla fundacji. Nie jesteśmy profesjonalistami, jak niektórzy. – zawołała przemieszczając się w stronę sceny.
Zareagował na to prychnięciem. Wyjął mikrofon ze statywu, złapał za kabel i zaczął kręcić urządzeniem w powietrzu. Podniósł nogę i mikrofon owinął mu się wokół kostki, poczym Justin zaczął kręcić nim w drugą stronę i kabel „odwiązał się” od jego nogi. Podrzucił na koniec urządzeniem i widząc zszokowaną minę szatynki, specjalnie złapał go dopiero przy ziemi.
- Nawet nie próbuj porównywać się do mnie. – zażartował, widząc rozdziawione usta dziewczyny.
- Znowu szpanujesz.
- Przepraszam. – powiedział, poczym posłał jej uśmiech aniołka. – Nie zapominaj o tym, żeby się dobrze bawić. Występ jest dziesięć razy lepszy, gdy jesteś wyluzowana i dobrze się bawisz.
- I uśmiechasz się. – uzupełniła.
- Właśnie! – ożywił się.
Miał nadzieję, że zaraz na jej twarzy pojawi się właśnie uśmiech, ale tak nie było.
- A poza tym mówiłem tylko o tobie. – powiedział. – Ty byłaś nawet niezła. Pomimo tego, że się wcale nie uśmiechałaś, oczywiście.
- W takim razie twoja teoria jest prawdziwa. Dobrze się bawiłam dzisiaj. Zawsze się dobrze bawię, gdy robię coś związanego z muzyką. Ale zdaje się, że ty coś o tym wiesz. – powiedziała i mrugnęła do niego.
Miała rację. Z nim było tak samo. Dlatego to całe bycie sławnym miało sens. No uśmiechnij się wreszcie, miał ochotę zawołać do niej.
- Wow. Jestem pod wrażeniem. – powiedział. Nie kłamał. Wszystko, co mówiła robiło na nim wrażenie.
Policzki dziewczyny zrobiły się ciemniejsze. Zarumieniła się. No, dlaczego się nie uśmiechasz?
- Zaśpiewaj ze mną. – poprosił ją nagle.
Nie spodziewała się tego. Spojrzała na niego zbita z tropu. – Nie znam słów. – powiedziała.
To była marna wymówka. Justin już miał gotową odpowiedź.
- To leci tak. „U smile, I smile” – zaśpiewał kończąc wers długą, imponującą wokalizą, trochę się popisując przed nią. Mógł to wyczytać z jej oczu, że podziałało. Znowu otworzyła usta szeroko. Uśmiechnął się sam do siebie.
- To dopiero było imponujące.
- No daj spokój, zaśpiewaj ze mną. – prawie błagał dziecinnym tonem, który skojarzył mu się z tą sceną ze Shreka z kotem. – To jest piosenka dla ciebie. Nigdy się nie uśmiechasz. Dlaczego? – spytał.
Ale nie doczekał się odpowiedzi.
- No prooooszę. – kucnął, tak żeby jego głowa znajdowała się na takim samym poziomie, co jego. – Uśmiechnęłaś się do mnie już dwa razy, a skoro muzyka sprawia, że się uśmiechasz, to musisz to zrobić. Dla mnie? – próbował ją przekonać. Dlaczego miałaby obić coś dla ciebie, pomyślał gorzko.
Zespół zaczął grać. Justin wziął mikrofon do ręki i zaśpiewał pierwsze wersy nie zrywając kontaktu wzrokowego z dziewczyną. Poniekąd śpiewał to dla niej. Nie po to, by przećwiczyć. Robił to przecież miliony razy i będzie to robił jeszcze milion razy. I za każdym razem będzie się dobrze przy tym bawił.
Dziewczyna kołysała się w rytm muzyki, a gdy zaczął śpiewać refren piosenki, otworzyła usta i zaśpiewała z nim, poczym uśmiechnęła się do niego szeroko, a on zrobił to samo. Zamąciła mu tym w głowie na tyle, by zapomniał wejść w pierwszy wers drugiej zwrotki i zaczął od drugiego, chichocząc nieustannie. Skończyli tę piosenkę razem. On na scenie, a ona pod nią, mimo to zaśpiewali razem.
Próba się jeszcze nie skończyła. Musiał zaśpiewać jeszcze parę piosenek, inaczej Scooter nie da mu spokoju. Kolejne piosenki też śpiewali razem. Wyraźnie wyczuł, że dziewczyna się rozluźniła. Zaczęła zgrabnie poruszać się w rytm muzyki, do której śpiewał, a refreny śpiewała z nim. Uśmiechnęła się tego wieczoru dziesiątki razy, za każdym razem odbierała mu mowę – co każdy mógł usłyszeć, bo nie śpiewał w tych momentach. Tak bardzo miło było patrzeć na tę dziewczynę, gdy jest szczęśliwa.

*

Gdy Justin skończył śpiewać Baby, już się ściemniało za oknami. Nie zorientowałam się, że czas tak szybko mija. To jednak prawda, że im lepiej się bawisz, tym szybciej płynął. Zupełnie zignorowałam to, że miałyśmy się spotkać jeszcze w szkole. Ale gdyby naprawdę mnie potrzebowały (i chciały) to zadzwoniłyby do mnie.
Mogłabym tańczyć z Justinem tak do upadłego. Muzyka była czymś, co kochaliśmy oboje. A poza tym był naprawdę miły. Przez ten krótki wieczór zupełnie zapomniałam, że był sławny. Wydawał się dla mnie taki… zwyczajny. Ten sławny Justin Bieber był nadal nieosiągalny, ale ten… cudowny, wesoły chłopak o hipnotyzujących oczach, który nieustannie próbował ze mną flirtować (co działało)… ? Mogłam powiedzieć, że poznałam go.
Czy to działo się naprawdę?
- Czekaj… - powiedział, gdy byłam gotowa do wyjścia. Z głośno bijącym sercem odwróciłam się do niego. Zbiegł szybko ze sceny ze zniewalającą z nóg zwinnością i stanął przede mną, wpatrując się we mnie swoimi wesołymi brązowymi oczami, które znowu sprawiły, że miękły mi kolana. – Nadal leje. Mogę cię podwieźć… jeśli tylko chcesz. – spytał mnie ze świecącymi się oczami. – Możemy wtedy pogadać o naszych nie-idealnych życiach i znaleźć więcej sposobów na to, żeby wywołać uśmiech na twojej twarzy.
Nie mogłam temu zapobiec – znowu się zarumieniłam.
Nie uśmiechał mi się trzykilometrowy spacer w deszczu i to jeszcze po ciemnym lesie. A poza tym nie chciałam się z nim rozstawać, (ale nie przyznałabym się do tego nigdy). Mogłam go już nigdy więcej nie spotkać.
- Więc zgadzasz się? – zapytał, uśmiechając się uroczo.
Przytaknęłam.
Wykończona czekałam aż Justin podziękuje wszystkim członkom zespołu i całej reszcie ekipy, potem wyszłam za nim z budynku w stronę parkingu. Jego samochód nie był jakiś szpanerski, jakiego się spodziewałam. Trudno było uwierzyć, że ktoś tak sławny jeździł czymś tak zwyczajnym. Cóż, nie przestawał mnie zaskakiwać.
Przez całą drogę rozmawialiśmy o różnych głupotach, dobry humor dopisywał nam obojgu. Powiedziałam mu, w którą stronę ma jechać. Gdy wjechaliśmy w las, musiał zwolnić, bo droga przypominała raczej rzekę błota i Justin skupił się na omijaniu większych kałuż. Wtedy zaczął wypytywać mnie o moje życie. Powiedziałam mu, że mam dwie siostry, które go kochają (na co zareagował uśmiechem łobuzerskim), że spędzam wieczory brzdąkając na gitarze w Grillu, że nie cierpię historii itd. Justin słuchał tego wszystkiego z zainteresowaniem, co przeczyło moim zmartwieniom, że go nudzę. Ale w końcu doszłam do takiego momentu, kiedy musiałam zamilknąć.  
Wtedy zaczął zadawać pytania.
Czułam się, jakbym go znała, dlatego powiedziałam coś, czego nie powinnam mówić. Byłam na dziewięćdziesiąt procent pewna, że nie zauważyłby, gdybym moje oczy nie wypełniły się łzami w tym momencie. Ale tego sekretu nie mogłam mu wyjawić. Już Tay się ulotnił przez to, że mu powiedziałam. Nie chcę odstraszyć też Justina. Nie chcę, żeby myślał, że jestem słaba.
W końcu na siłę zmieniłam temat. Wtedy pojął, że nie chcę o tym rozmawiać. Zapytałam go o to, co sprawia, że jego pozornie idealne życie nie jest idealne, ale on też nie odpowiedział. Znowu wykręcił się odpowiedzią „Nie chciałabyś tego słuchać.”
Oboje przestaliśmy się uśmiechać.
Nagle Justin zahamował. Spojrzałam na drogę, która dalej naprawdę zamieniła się w rzekę. Była nieprzejezdna.
- W takim razie, dalej pójdę na piechotę. Dzięki. – powiedziałam, starając się nie pokazywać jak bardzo jestem zawiedziona, że rozstajemy się. To była prawda. Już go mogłam więcej nie spotkać, chyba że wykupię kolejną wejściówkę na jego koncert.
- Miło było cię poznać. – powiedział.
- Mi też. – powiedziałam, uśmiechnęłam się do niego jeszcze raz i zatrzasnęłam drzwi w jego samochodzie.
Spojrzałam jeszcze raz w stronę samochodu i poszłam szybkim krokiem przez ciemny las z moją gitarą na plecach. Towarzyszyło mi dziwne uczucie, jakby ta próba nie była prawdą, tylko moim wyobrażeniem.
Weszłam do domu przemoczona do suchej nitki. Stałam za zamkniętymi drzwiami w przemoczonej kurtce, z mokrymi włosami i ubraniem i gapiłam się na moją przyjaciółkę, czując że zaraz zasnę na stojąco. Isabelle ze zmartwieniem zaczęła ściągać ze mnie kurtkę, jakbym sama tego nie miała zrobić, potem przyniosła ręcznik i owinęła mi nim włosy. Ja nadal stałam jak ta idiotka, dopiero, gdy Isabelle popchnęła mnie w stronę mojego pokoju, raczyłam się ruszyć. Przebrałam się szybko i padłam na łóżko.
I znowu wróciłam do swojego świata. Spojrzałam błagalnie na plastikowy gorset, który stał w kącie mojego pokoju. Nie chciało już mi się ruszać, ale musiałam wstać i założyć go, żeby się pozbyć tego paskudnego bólu pleców, który pojawił się po tym, jak skończyłam tańczyć. Cholera. Czy taniec też źle na mnie działał?
Gdy znowu położyłam się, zyskałam pewność, że już nie wyjdę z łóżka. Isabelle zapukała do mojego pokoju. Nie odpowiedziałam jej, więc weszła.
- Wyglądasz, jakby przeszło po tobie stado krów. Coś złego się stało? – spytała cicho zmartwiona.
Nie otrzymała ode mnie odpowiedzi. Miałam jej powiedzieć, że najprawdopodobniej zraziłam do siebie swoim wścibskim pytaniem Justina Biebera, którego ona tak kocha? A może opowiedzieć jej o tym, jak tańczyłam z nim i śpiewałam do jego piosenek? A może o tym jak uderzył mnie drzwiami, czego konsekwencją był ból który teraz czułam?
- Nic się nie stało. – skłamałam bez wyrazu.

This was the very first page, not where the storyline ends.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz