niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 4 "Am I Getting Lost In My Dreams?"

Opublikowano: 24 lipca, 2011


Am I getting lost in my dreams?
Przez cały następny tydzień padało. Nie było w dnia, w którym zza gęstych chmur wyszłoby słońce. Krople bijące o dach domu jego dziadka nie pozwalały mu spać w nocy. Pomimo tego, że był we własnym łóżku, w miejscu, które mógł nazwać domem, czuł się nieswojo. Ucieczka w trasę z każdą minutą wydawała się jeszcze lepszym pomysłem.
Nie było łatwo i nie będzie łatwo, przypomniał sobie i przetarłszy zaspane oczy, podniósł się z łóżka. Była jedenasta i to czwartek. Nienawidził czwartków. Niedługo weekend, ale jeszcze przecież cały dzień roboty.
Świadomy tego, że jego nauczycielka już na niego czeka, poświęcił trochę czasu, by sprawdzić swoją pocztę email. Oprócz setek podnoszących na duchu wiadomości od fanek zauważył jeden od Ryana. Po przeczytaniu wiadomości jego uśmiech zrzedł.

„Kiedy będziesz w Ontario? Daj mi znać.”

Zrobiło mu się głupio, że zapomniał o nim. Jak to mogło się znowu mu przydarzyć? Przyjaciele to było wszystko, co miał. Oderwanie od męczącej rzeczywistości i codziennej pracy, która go momentami przerastała. Żeby mu to wynagrodzić wziął do ręki swojego iPhone’a i od razu przesłał mu krótką wiadomość, mówiącą, że już jest na miejscu i że mogą się spotkać w każdej chwili. Trudno, szkoła będzie musiała poczekać.
Przewijał stronę w dół i w dół w poszukiwaniu czegoś ważnego. Już myślał, że niczego się nie doszuka pośród setek wyznań miłosnych, aż w końcu jego oczy napotkały znajomy adres email.
To Ona raczyła do niego napisać.
A raczej jej matka-menagerka, bo to do niej należał ten adres mailowy i jak spodziewał się Justin, wiadomość dotyczyła businessowych spraw. Wahał się, czy ją otworzyć, czy nie. Jeżeli zawartość miała być tak chłodna, że aż łamiąca serce, to nie było warto. Przecież to Ona była jednym z głównych powodów, dla których uciekł z Kalifornii na scenę.
Zawartość wiadomości okazała się wyrażać tyle co nic.

„Justin! Gdzie jesteś?! Mamy wiele spraw do omówienia.”

Pewnie, że mamy, prychnął w myślach. Na końcu dodany był uśmiech złożony z dwukropka i nawiasu, żeby wiadomość wyglądała miło. W końcu to Ona była mistrzynią w sprawianiu, że wszystko wydawało się być idealne.
Przez chwilę poczuł się zadowolony, że uciekł jej, sprawiając tym samym, że poczuła się zagubiona.
Postanowił nie zareagować na to. Miało być tak, jakby tego w ogóle nie odczytał.
Zerknął jeszcze raz na iPhone’a. Żadna nowa wiadomość od Ryana nie pojawiła się. Ale za to dostał wiadomość od Scootera. Jego manager poinformował go o nadchodzącym koncercie charytatywnym, także w Stratford. To nie miało być żadne wielkie show, ani nic takiego. Po prostu miał wyjść z Danem i gitarą i zaśpiewać. Próba miała odbyć się dzisiaj o piątej.
Uśmiechnął się do siebie. Jeżeli to miałoby zachęcić ludzi do kupna biletów? Czemu nie. Uwielbiał wykorzystywać swoją sławę do takich rzeczy. Pomyślał, ile więcej pieniędzy zebraliby, gdyby zgodził się pojawić na koncercie. Ilu ludziom więcej pomogłyby te pieniądze?
Bez najmniejszego zawahania odpisał Scooterowi, że wchodzi w to.
Niestety Ryan nie odpisywał i Justin musiał udać się do swojej nauczycielki na kilka godzin nauki. Za oknem lało. Z powodu braku słońca całe miasteczko tonęło w szarych, ponurych kolorach. To nie działało motywująco.
Westchnął ciężko i otworzył podręcznik do matematyki.

*

Po powierzchni szyby w oknie szkolnej pracowni chemicznej ściekały strużkami krople deszczu. Miałam wrażenie, że cały świat płacze. Tak właśnie się czułam – jakbym przechodziła właśnie przez jeden z tych momentów, w którym wydawało się, że wszystko jest źle i pozostawały mi tylko łzy. Przypatrzyłam się dokładniej ciemnemu niebu pokrytemu gęstymi chmurami, jakbym starała się wypatrzyć słońce, którego nigdzie nie było i nic nie wskazywało na to, żebym je wkrótce zobaczyła.
Nic ci przecież nie jest, skarciłam się. To było denerwujące w jaki nastrój wprawił mnie ten deszcz. Przecież nic złego się nie stało.
Dlaczego czułam w takim razie, jakby coś, na czym bardzo mi zależało, wymykało mi się z rąk? Nie potrafiłam sobie na to odpowiedzieć. Moje zmienne nastroje typowe dla szesnastolatki były niezrozumiałe nawet dla mnie samej.
Sarah, siedząca ze mną na chemii, szturchnęła mnie mocno, przywracając do szkolnej ławki w laboratorium chemicznym. Miała na sobie fartuch i trzymała w jednej ręce probówkę. Spojrzała na mnie zniecierpliwiona, jakby czegoś ode mnie oczekiwała.
Spojrzałam w dół na ławkę na której leżały porozwalane zeszyty. Podręcznik był otwarty na temacie o sacharydach. Sarah wskazała palcem na doświadczenie opisane na samym dole strony. Próba Tollensa.
- Och. – zrobiłam się cała czerwona. No tak. Mieliśmy wykonać próbę Tollensa. Czasami odlatywałam w połowie lekcji, zdarzało mi się to częściej niż powinno, szczególnie na lekcjach historii. Było mi strasznie głupio z tego powodu.
- Musimy dodać do tego wodorotlenek sodu. Sama tego nie zrobię. – spojrzała na mnie wyczekująco i widząc, że nie bardzo orientuję się na czym to polega, przewróciła oczami.
Nauczycielka z kamienną twarzą chodziła wokół klasy, pilnując, by nikt nie zamienił tego doświadczenia w jakąś głupotę. Znając mnie i moje trzęsące się ręce, to właśnie ja byłam o krok o zrobienia jakiejś głupoty.
Wyszukałam wśród substancji naczynie z białą krystaliczną substancją stałą z napisem NaOH i ostrożnie dodałam trochę do substancji w probówce. Byłam beznadziejna z chemii, więc nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, jeżeli dodam czegoś zbyt dużo. Miałam tylko nadzieję, że zawartość probówki nie wystrzeli mi na twarz, jak to bywa w filmach.
 Niech ta lekcja już się skończy, pomyślałam. Niech ten dzień się skończy.
Zaczęło się od tego, że zostałam ochlapana przez samochód Marie, a dokładnie tym, że wjechała w gigantyczną kałużę przed domem, a ja oczywiście stałam zbyt blisko. Poleciałam się szybko przebrać, przez co wszystkie trzy spóźniłyśmy się do szkoły, bo na drodze leśnej, którą musiałyśmy jechać, były dziesiątki takich kałuż. Potem dostałam dwóję z historii, co dla mnie samej nie było aż taką tragedią, bo zdarzało mi się to często, ale oznaczało, że dostanę od matki potężny opierdziel. A potem dostałam tamtą wiadomość.
Właśnie. Tamta wiadomość, która poniekąd była główną przyczyną mojego złego nastroju, ale wolałam winę zwalać na deszcz. Wysłał ją mi Tay. Nie wiem, czemu wysłał ją mnie, mógł równie dobrze skierować ją do Isabelle, lub do Ryana, lub do kogokolwiek innego z szerokiego grona jego znajomych. Po co była mi ta informacja?
Otóż Tay postanowił zrobić sobie szybsze wakacje i wyjechał z miasta na półtora tygodnia. Sam ten fakt nie wzbudził we mnie żadnych negatywnych informacji, pomimo tego, że wolałam mieć go przy sobie. To fakt, że wyjechał ze swoją dziewczyną, Emily Staner, z którą był od miesiąca.
To, jakie uczucia wzbudziła we mnie te wiadomość były dla mnie niespodzianką. Nie miałam pojęcia, że w taki sposób bym zareagowała na coś takiego, a wiedziałam, że Tay był do tego zdolny. Nic nie czułam do niego, nigdy.
Tamta wiadomość pozostawiła we mnie mieszankę zazdrości, poczucia zranienia, poczucia, że jestem gorsza i obrzydzenia. Nie podobało mi się to wcale.
Po raz kolejny w tym tygodniu i odkąd byłam na koncercie Justina Biebera w głowie rozbrzmiewała mi znajoma piosenka. That Should Be Me.
- Grey, obudź się. – usłyszałam podenerwowany głos mojej koleżanki z ławki. Znowu spojrzałam na nią, jakbym dopiero, co zjawiła się w klasie i nie miała pojęcia, co robimy.
- Coś mówiłaś? – zapytałam, czując się niezręcznie.
Sarah przewróciła oczami.
- Jakie mam spostrzeżenia zapisać?
Spojrzałam na probówkę uniesioną wysoko. Domyśliłam się, że musiała dodać pozostałe dwa składniki sama, bo wynik wyglądał dokładnie tak, jak to na zdjęciu w podręczniku. Ścianki połyskiwały, jakby naczynie było wykonane z metalu. Wyszukałam w opisie, co znajdowało się w probówce przed dodaniem wodorotlenku sodu i nie do końca pewna powiedziałam:
- Na ściankach probówki pojawiło się srebro.
- A skąd wiesz, że to srebro? – zapytała.
- Bo wcześniej miałyśmy AgNO3 w probówce, jakąkolwiek to ma nazwę. – wyjaśniłam z usatysfakcjonowanym uśmiechem.
Sarah przygryzła wargę i zapisała posłusznie, co powiedziałam.
Po skończonym doświadczeniu mogłam spokojnie „odpłynąć” z gwarancją, że następną rzeczą, która mnie wyciągnie z tego błogiego stanu, będzie dzwonek na przerwę, kończący tę straszną lekcję. Moje myśli były pełne Tay’a, odpędzałam je ze wszystkich sił. Zadziałała tylko jedna jedyna metoda. A mianowicie wyobrażenie sobie sceny oświetlonej niebieskawymi światłami, na niej siedemnastolatka ubranego w kontrastującą czerwień, z którym czułam się dziwnie blisko, podczas śpiewania piosenki, która oddawała zarówno moje jak i jego uczucia.

That should be me making you laugh.

Na długiej przerwie nie udałam się do stołówki, jak większość dzieciaków z naszej szkoły. To pani Roberts, nauczycielka muzyki, a raczej ktoś, kto miał znaczenie o wiele większe niż nauczyciel dla tego miasta, wezwała mnie do sali na czwartym piętrze, gdzie zwykle prowadziła lekcje. Przed drzwiami zobaczyłam trzy dziewczyny z niższego rocznika i jedną z klasy maturalnej. Weszłyśmy do klasy nie mając pojęcia, w jakim celu. Pani Roberts w wielkim skrócie wytłumaczyła nam nasze zadanie.
Okazało się, że zostałyśmy przed nią wytypowane do występu na koncercie charytatywnym, który miał się odbyć w niedzielę. Gdyby nie fakt, że drobne pieniądze z biletów miały pójść do fundacji Make a Wish, żadna z nas nie zgodziłaby się wyjść na scenę po takim krótkim okresie przygotowań, jakim były te cztery dni do koncertu. Pani Roberts zarządziła, że ja będę grała na gitarze, dzięki czemu oszczędzimy trochę czasu, który przeznaczyłybyśmy na szukanie podkładów. Pozostałe dziewczyny miały śpiewać. Najtrudniejszą kwestią do ustalenia okazał się wybór piosenek. Wszystkie zgadzałyśmy się w jednym; piosenki muszą być znane i popularne. Mi samej chodziło o głowie tylko jedno nazwisko, więc nie wypowiadałam się w tej kwestii.
Mogłam wyczuć, ze wszystkim dziewczyną na tym bardzo zależało. Nie tylko ja byłam poruszona możliwością pomocy innym i to w taki właśnie sposób. W tej sytuacji ustalanie wszystkiego na ostatnią chwilę, nie wydawało się być takie złe i nie bałam się, że coś pójdzie źle. Byłyśmy nawet gotowe wyjść na scenę wszystko spieprzyć i czekać z uśmiechem na oklaski.
W końcu stanęło na tym, że zaśpiewamy Price Tag i Born This Way Lady Gagi. Znałam obie piosenki, pozostało mi tylko wykombinować jak się je gra. Z takim zadaniem wróciłam do domu i zajęłam się tym w czasie wuefu, na którym teoretycznie powinnam być. Nie dzwoniłam nawet do mojej siostry, by uniknąć sytuacji sprzed tygodnia; pomyślałam, że jeżeli jest inteligentna to się domyśli, że nie ma mnie na wuefie. Gdy wyszłam, akurat cudownie nie padało, mimo to przez całą drogę musiałam uważać, by nie ugrzęznąć w ciągnącym się kilometrami błotem, w które zamieniła się leśna droga, którą musiałam przejść. Wydrukowałam sobie teksty obu piosenek, gdyby nagle udało mi się zapomnieć je i wypisałam progresje akordów, które według mnie były poprawne. Po objedzie znowu się rozpadało, więc poprosiłam Marie, by mnie podwiozła do Domu Kultury, gdzie o czwartej miałyśmy mieć próbę.
- Wracasz sama? – spytała moja starsza siostra, gdy wysiadałam. Bardziej brzmiało to jak zdanie twierdzące.
- Jeśli będzie padać, to wolałabym nie wracać na piechotę. – Odpowiedziałam jej. Miałam wrażenie, że mnie nie słucha, bo zawzięcie grzebała w swojej torebce w poszukiwaniu czegoś.
- W takim razie poproś Isabelle, czy jak jej tam, by podrzuciła cię, bo ja nie mogę. – wyjaśniła krótko. Zauważyłam, że przez nieuwagę upuściła paczkę papierosów, którą dopiero co wyjęła z torebki. Paczka poturlała się i wpadła pod moje siedzenie. Przewróciłam oczami.
Marie nie próbowała nawet udawać, że niby nic nie zauważyłam. Schyliła się i podniosła to obrzydlistwo, gestem wyganiając mnie. Ściągnęłam brwi, uznając, że nie ma sensu wszczynać awantury i zabrawszy gitarę z bagażnika pokierowałam się szybkim krokiem w stronę budynku, w którym znajdowało się kino, teatr, pracownia muzyczna, plastyczna i scena, gdzie odbył się ostatnio koncert Justina Biebera.
Dziwnie się czułam, mając świadomość, że będziemy występowały w tym samym miejscu, co artysta tak dużego formatu. Wiedziałam, że z pewnością scena została przebudowana na potrzeby Biebera i my będziemy występowały w znacznie innym wystroju. To była jedyna taka scena w całym Stratford, więc nie miałyśmy zbyt wielu możliwości.
I nie myliłam się. Weszłam na salę, i rozejrzawszy się dookoła stwierdziłam, że to ani trochę nie przypomina hali, na której byłam w zeszłą niedzielę. Pomieszczenie było jaśniejsze, a pomiędzy sceną a pierwszymi siedzeniami był około 10-metrowy odstęp.
Pani Roberts i cztery pozostałe dziewczyny już czekały na mnie na scenie. Nie zdawałam sobie sprawy, że było już tak późno. Cała czerwona przeprosiłam i wyciągnęłam moją gitarę z pokrowca wraz z kablem, którym mieli podłączyć ją do wzmacniacza. Pospiesznie nastroiłam instrument i kucnęłam nad kartkami z tekstem i zanotowanymi akordami. Podzieliłyśmy się zwrotkami, a refreny miałyśmy śpiewać razem. Było nas pięć, więc w Price Tag nie przypadła mi żadna część zwrotki, bo ta piosenka nie zawierała łącznika (zamiast tego, zawierała rapowaną zwrotkę, którą wyrzuciłyśmy, bo żadna z nas nie potrafi rapować). Zgodziłam się na to posłusznie. Gdy dziewczyny zarządziły tak samo w Born This Way, pani Roberts zaczęła protestować, a ja jej grzecznie odpowiedziałam, że mi to nie przeszkadza, skoro już gram na tej gitarze, czyli coś jednak robię. Musiałam przyznać przed samą sobą, że jednak poczułam się trochę gorsza, gdy oszczędzono mi solowych partii. Ale to uczucie zostało zduszone przeze mnie, tak szybko jak się pojawiło. Miałam szczęście, że w ogóle pozwolono mi występować.
Zaśpiewałyśmy kilka razy piosenki bez żadnego nagłośnienia – tylko żeby przećwiczyć – a potem stanęłyśmy za mikrofonami. Moja gitara (poza tym, że była wspaniała) była elektro-akustykiem, i to dosyć dobrym, co znaczyło, że można było ją wzmocnić. Zbierałam na nią ponad rok, a i tak ponad połowę ceny zapłacili rodzice. Pudło z przodu było bardzo jasne, z tyłu nieco ciemniejsze, podobnie jak gryf i główka. Podłączyliśmy wraz z akustykami ją i stanęłam za piątym mikrofonem.
Śpiewałyśmy te dwie piosenki w kółko, i w kółko, a mi ani trochę się nie nudziło. Za każdym razem śpiewałyśmy coraz lepiej. Każda z nas śpiewała inaczej; Blodnyka – Amy miała bardzo niską barwę głosu, druga blondynka, Rosalia, nie wyróżniła się niczym oprócz tego, że śpiewała bardzo czysto, Bailey śpiewała z dziwną manierą, która nie była aż taka zła, ale wyróżniała się, a krótkowłosa Eve śpiewała zupełnie przeciętnie. Ja ze swoją dziwaczną barwą nie przypominającą niczego, starałam się dopasować. Z min pozostałych dziewczyn wywnioskowałam, że nie wychodziło mi to zbytnio. W odsłuchach było słychać tylko mój głos. Wybijałam się. I to bardzo. Nawet pani Roberts ręką dała mi znak, żebym ściszyła nieco. Wszystkie dziewczyny (oprócz Eve) posłały mi oskarżycielskie spojrzenia. Jak śmiałam je zagłuszać? Speszona starałam się śpiewać najciszej jak umiałam. Kiedyś miałam zupełnie przeciwny problem, ale po dwóch latach lekcji śpiewu poprawiłam się.
Nie byłyśmy aż takie złe. A przynajmniej według pani Roberts. Po nas wchodziły dziewczyny z liceum z Seeforth, a przed nami wystąpią inne ze szkockim tańcem. Nie miałyśmy zbyt dużej konkurencji. A nawet, gdybyśmy miały to nie miałoby zbyt dużego znaczenia. To przecież na szczytny cel.
Podczas grania piosenek po raz ostatni byłam myślami daleko stąd. W pewnej chwili moje myśli pobiegły w stronę Tay’a i nieświadomie znowu zaczęłam roztrząsać, co dokładnie jest pomiędzy nami, a ściślej co ja czułam. Odpowiedź znałam już, gdy dostałam od niego tą wiadomość: nic. Mimo to czułam się zraniona, że zostawił mnie samą w tym mieście, po tym jak wyjawiłam mu swój największy sekret. Czyżby się przestraszył? A może to nie dlatego? Może to ja jestem przyzwyczajona do tego, że zawsze trzymaliśmy się razem i jestem zwyczajnie zazdrosna, że teraz „trzyma się” z inną?
Nieważne, wmawiałam sobie. Skończ.
Szkoda, że to nie jest takie proste. Jak mam się czuć, gdy chłopak, z którym znałam się przez całe życie, nagle wyjeżdża z miasta, przesławszy mi krótką wiadomość?
Pokręciłam głową do samej siebie i zabrałam się do odłączania gitary od nagłośnienia. Nie miałam ochoty czekać aż ci „akustycy”, co nie znają się ani trochę na swojej robocie, raczą przyjść i to zrobić. Musiałyśmy się stąd wynieść przed piątą, zanim następna grupa przyjdzie przećwiczyć występ.
Zebrałyśmy się i czekałyśmy na nauczycielkę pod drzwiami wyjściowymi sali. Na scenie tymczasem instalowali się ludzie z wiele bardziej zaawansowanym sprzętem. Jacyś goście – inni niż ci co pomagali nam – wnosili właśnie perkusje na scenę. Inni właśnie skończyli podłączać gitarę elektryczną. Patrzyłam na to z zafascynowaniem zastanawiając się, czy to możliwe, że to liceum Seeforth, przygotowywało taki występ.
Przez chwilę zdawało mi się, że znam skądś gitarzystę. Zdecydowanie nie był w wieku licealnym.
- Kto wchodzi po nas? – spytałam Eve, bo tylko ona ani razu nie spojrzała na mnie, jak na odmieńca. Jednocześnie nie odrywałam wzroku od przygotowujących się muzyków.
Eve wzruszyła ramionami. – Tu gdzieś była lista. Ale sądząc po tym sprzęcie to będzie główna atrakcja wieczoru. – powiedziała Eve nie podzielając mojego zainteresowania.
Posłałam jeszcze jedno krótkie spojrzenie w kierunku sceny i znowu wydawało mi się, że znam gitarzystę. Przekonałam się jednak, że to niemożliwe, bo trzymałam się z daleka od uczniów starszych klas, a tym bardziej tych, którzy zawstydziliby mnie swoją wiedzą o muzyce rockowej, skoro ja gram klasycznie.
Rosalia na chwilę wyszła do toalety i nie wracała dłużej, co mi dało możliwość do wgapiania się w zespół przez dłuższy czas. I pewnie dalej bym się śliniła na widok tak profesjonalnego sprzętu, gdyby nie krople deszczu, które nagle zaczęły mocniej uderzać w szyby wysoko usytuowanych okien. Przypomniało mi się, że nie mam z kim wrócić, bo moja siostra jest zajęta paleniem papierosów.
Pojawiła się we mnie cicha nadzieja, że może Bailey, która była chyba najstarsza mnie podwiezie.
- Bailey? – odezwałam się do pochłoniętych rozmową blondynek. Obie były typami popularnych różowych laleczek – z drobną różnicą, że żadna z nich nie miała na sobie różowego.
Dziewczyny, albo mnie zignorowały, albo nie usłyszały.
- Emm… Dziewczyny? – spróbowałam jeszcze raz, czując dziwny przypływ irytacji. Dlaczego śpiewałam za głośno, a mówiłam tak cicho, że nikt mnie nie słyszał? – Amy? – spróbowałam zwrócić uwagę drugiej.
- Czego? – odezwała się zirytowana blondynka swoim super niskim nosowym głosem. Poczułam się, jak natrętna mucha – mała, nic nie znacząca, a jakże irytująca.
Nagle znowu stałam się nieśmiałą, uległą dziewczyną, jaką bywałam w szkole.
- Czy któraś z was mogłaby mnie odwieźć do domu? – spytałam, czując się bardzo niezręcznie, jakby proszenie je o coś było zniewagą. W końcu dlaczego miałyby coś robić dla mnie? – Nie chciałabym z gitarą iść w tym deszczu do domu. – wyjaśniłam słabym głosem, za który byłam na siebie wściekła. Dlaczego nie mogłam być równie twarda jak one?
- Potem wszystkie idziemy do szkoły ocenić jakie robimy błędy. – odparła, pożerając mnie wzrokiem błagającym o to, bym się odczepiła.
Zmieszana odmową odsunęłam się od dwóch dziewczyn i usiadłam pod ścianą przy drzwiach, wyjęłam notes. Z nudów zaczęłam bazgrać po ostatniej stronie, modląc się, by ten dzień się skończył. Nagle straciłam całe zainteresowanie zespołem. Zaczęłam zastanawiać się, co ze mną jest nie tak, że jestem tak traktowana; nie byłam jakoś szczególnie obrażana, ale wszyscy zachowywali się chłodno, rozmawiając ze mną, zachowywali dystans. Tay wyjechał. Niby nie zranił mnie bezpośrednio, ale i tak boli.
Nieświadomie wypisałam dużymi literami na okładce po zewnętrznej stronie Tay jest debilem. Sama siebie tym zaskoczyłam. Zamazałam szybko napis, a potem, stwierdziwszy, że to o Tay’u to jednak prawda, napisałam powyżej to samo, co przed sekundą zamazałam.
Wtedy zorientowałam się, że nie słyszę wesołego trajkotania moich koleżanek.
Podniosłam głowę znad otwartego notesu, mój wzrok pobiegł w stronę miejsca, gdzie stały wcześniej Amy i Bailey. Nie było ich tam. Nie widziałam także Eve ani Rosalii. Wstałam, by rozejrzeć się po całej sali, mogły równie dobrze być za sceną…
Ledwie zdążyłam wyprostować się, a poczułam, że coś we mnie uderzyło i wytrąciło z równowagi. Drzwi, obok, których siedziałam się otworzyły… Zachwiałam się, ugięły się pode mną kolana i z hukiem opadłam na ścianę, uderzając się w głowę. Przez chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami, ale domyślałam się, że to było skutkiem szoku, który powoli ustępował bólowi.
Mam nauczkę, by nie siadać przy drzwiach, pomyślałam, gdy moje serce przestało bić takim szaleńczym tempem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz