Am I getting lost in my dreams?
Przez cały następny tydzień padało. Nie
było w dnia, w którym zza gęstych chmur wyszłoby słońce. Krople bijące o dach
domu jego dziadka nie pozwalały mu spać w nocy. Pomimo tego, że był we własnym
łóżku, w miejscu, które mógł nazwać domem, czuł się nieswojo. Ucieczka w trasę
z każdą minutą wydawała się jeszcze lepszym pomysłem.
Nie było łatwo i nie będzie łatwo,
przypomniał sobie i przetarłszy zaspane oczy, podniósł się z łóżka. Była
jedenasta i to czwartek. Nienawidził czwartków. Niedługo weekend, ale jeszcze
przecież cały dzień roboty.
Świadomy tego, że jego nauczycielka już
na niego czeka, poświęcił trochę czasu, by sprawdzić swoją pocztę email. Oprócz
setek podnoszących na duchu wiadomości od fanek zauważył jeden od Ryana. Po
przeczytaniu wiadomości jego uśmiech zrzedł.
„Kiedy będziesz w Ontario? Daj mi
znać.”
Zrobiło mu się głupio, że zapomniał o
nim. Jak to mogło się znowu mu przydarzyć? Przyjaciele to było wszystko, co
miał. Oderwanie od męczącej rzeczywistości i codziennej pracy, która go
momentami przerastała. Żeby mu to wynagrodzić wziął do ręki swojego iPhone’a i
od razu przesłał mu krótką wiadomość, mówiącą, że już jest na miejscu i że mogą
się spotkać w każdej chwili. Trudno, szkoła będzie musiała poczekać.
Przewijał stronę w dół i w dół w
poszukiwaniu czegoś ważnego. Już myślał, że niczego się nie doszuka pośród
setek wyznań miłosnych, aż w końcu jego oczy napotkały znajomy adres email.
To Ona raczyła do niego napisać.
A raczej jej matka-menagerka, bo to do
niej należał ten adres mailowy i jak spodziewał się Justin, wiadomość dotyczyła
businessowych spraw. Wahał się, czy ją otworzyć, czy nie. Jeżeli zawartość
miała być tak chłodna, że aż łamiąca serce, to nie było warto. Przecież to Ona
była jednym z głównych powodów, dla których uciekł z Kalifornii na scenę.
Zawartość wiadomości okazała się
wyrażać tyle co nic.
„Justin! Gdzie jesteś?! Mamy wiele
spraw do omówienia.”
Pewnie, że mamy, prychnął w myślach. Na
końcu dodany był uśmiech złożony z dwukropka i nawiasu, żeby wiadomość
wyglądała miło. W końcu to Ona była mistrzynią w sprawianiu, że wszystko
wydawało się być idealne.
Przez chwilę poczuł się zadowolony, że
uciekł jej, sprawiając tym samym, że poczuła się zagubiona.
Postanowił nie zareagować na to. Miało
być tak, jakby tego w ogóle nie odczytał.
Zerknął jeszcze raz na iPhone’a. Żadna
nowa wiadomość od Ryana nie pojawiła się. Ale za to dostał wiadomość od
Scootera. Jego manager poinformował go o nadchodzącym koncercie charytatywnym,
także w Stratford. To nie miało być żadne wielkie show, ani nic takiego. Po
prostu miał wyjść z Danem i gitarą i zaśpiewać. Próba miała odbyć się dzisiaj o
piątej.
Uśmiechnął się do siebie. Jeżeli to
miałoby zachęcić ludzi do kupna biletów? Czemu nie. Uwielbiał wykorzystywać
swoją sławę do takich rzeczy. Pomyślał, ile więcej pieniędzy zebraliby, gdyby
zgodził się pojawić na koncercie. Ilu ludziom więcej pomogłyby te pieniądze?
Bez najmniejszego zawahania odpisał
Scooterowi, że wchodzi w to.
Niestety Ryan nie odpisywał i Justin
musiał udać się do swojej nauczycielki na kilka godzin nauki. Za oknem lało. Z
powodu braku słońca całe miasteczko tonęło w szarych, ponurych kolorach. To nie
działało motywująco.
Westchnął ciężko i otworzył podręcznik
do matematyki.
*
Po
powierzchni szyby w oknie szkolnej pracowni chemicznej ściekały strużkami
krople deszczu. Miałam wrażenie, że cały świat płacze. Tak właśnie się czułam –
jakbym przechodziła właśnie przez jeden z tych momentów, w którym wydawało się,
że wszystko jest źle i pozostawały mi tylko łzy. Przypatrzyłam się dokładniej
ciemnemu niebu pokrytemu gęstymi chmurami, jakbym starała się wypatrzyć słońce,
którego nigdzie nie było i nic nie wskazywało na to, żebym je wkrótce
zobaczyła.
Nic
ci przecież nie jest, skarciłam się. To było denerwujące w jaki nastrój wprawił
mnie ten deszcz. Przecież nic złego się
nie stało.
Dlaczego
czułam w takim razie, jakby coś, na czym bardzo mi zależało, wymykało mi się z
rąk? Nie potrafiłam sobie na to odpowiedzieć. Moje zmienne nastroje typowe dla
szesnastolatki były niezrozumiałe nawet dla mnie samej.
Sarah,
siedząca ze mną na chemii, szturchnęła mnie mocno, przywracając do szkolnej
ławki w laboratorium chemicznym. Miała na sobie fartuch i trzymała w jednej
ręce probówkę. Spojrzała na mnie zniecierpliwiona, jakby czegoś ode mnie
oczekiwała.
Spojrzałam
w dół na ławkę na której leżały porozwalane zeszyty. Podręcznik był otwarty na
temacie o sacharydach. Sarah wskazała palcem na doświadczenie opisane na samym
dole strony. Próba Tollensa.
-
Och. – zrobiłam się cała czerwona. No tak. Mieliśmy wykonać próbę Tollensa.
Czasami odlatywałam w połowie lekcji, zdarzało mi się to częściej niż powinno,
szczególnie na lekcjach historii. Było mi strasznie głupio z tego powodu.
-
Musimy dodać do tego wodorotlenek sodu. Sama tego nie zrobię. – spojrzała na
mnie wyczekująco i widząc, że nie bardzo orientuję się na czym to polega,
przewróciła oczami.
Nauczycielka
z kamienną twarzą chodziła wokół klasy, pilnując, by nikt nie zamienił tego
doświadczenia w jakąś głupotę. Znając mnie i moje trzęsące się ręce, to właśnie
ja byłam o krok o zrobienia jakiejś głupoty.
Wyszukałam
wśród substancji naczynie z białą krystaliczną substancją stałą z napisem NaOH
i ostrożnie dodałam trochę do substancji w probówce. Byłam beznadziejna z
chemii, więc nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, jeżeli dodam czegoś zbyt
dużo. Miałam tylko nadzieję, że zawartość probówki nie wystrzeli mi na twarz,
jak to bywa w filmach.
Niech ta lekcja już się skończy, pomyślałam.
Niech ten dzień się skończy.
Zaczęło
się od tego, że zostałam ochlapana przez samochód Marie, a dokładnie tym, że
wjechała w gigantyczną kałużę przed domem, a ja oczywiście stałam zbyt blisko.
Poleciałam się szybko przebrać, przez co wszystkie trzy spóźniłyśmy się do szkoły,
bo na drodze leśnej, którą musiałyśmy jechać, były dziesiątki takich kałuż.
Potem dostałam dwóję z historii, co dla mnie samej nie było aż taką tragedią,
bo zdarzało mi się to często, ale oznaczało, że dostanę od matki potężny
opierdziel. A potem dostałam tamtą wiadomość.
Właśnie.
Tamta wiadomość, która poniekąd była główną przyczyną mojego złego nastroju,
ale wolałam winę zwalać na deszcz. Wysłał ją mi Tay. Nie wiem, czemu wysłał ją
mnie, mógł równie dobrze skierować ją do Isabelle, lub do Ryana, lub do
kogokolwiek innego z szerokiego grona jego znajomych. Po co była mi ta
informacja?
Otóż
Tay postanowił zrobić sobie szybsze wakacje i wyjechał z miasta na półtora
tygodnia. Sam ten fakt nie wzbudził we mnie żadnych negatywnych informacji,
pomimo tego, że wolałam mieć go przy sobie. To fakt, że wyjechał ze swoją
dziewczyną, Emily Staner, z którą był od miesiąca.
To,
jakie uczucia wzbudziła we mnie te wiadomość były dla mnie niespodzianką. Nie
miałam pojęcia, że w taki sposób bym zareagowała na coś takiego, a wiedziałam,
że Tay był do tego zdolny. Nic nie czułam do niego, nigdy.
Tamta
wiadomość pozostawiła we mnie mieszankę zazdrości, poczucia zranienia,
poczucia, że jestem gorsza i
obrzydzenia. Nie podobało mi się to wcale.
Po
raz kolejny w tym tygodniu i odkąd byłam na koncercie Justina Biebera w głowie
rozbrzmiewała mi znajoma piosenka. That
Should Be Me.
-
Grey, obudź się. – usłyszałam podenerwowany głos mojej koleżanki z ławki. Znowu
spojrzałam na nią, jakbym dopiero, co zjawiła się w klasie i nie miała pojęcia,
co robimy.
-
Coś mówiłaś? – zapytałam, czując się niezręcznie.
Sarah
przewróciła oczami.
-
Jakie mam spostrzeżenia zapisać?
Spojrzałam
na probówkę uniesioną wysoko. Domyśliłam się, że musiała dodać pozostałe dwa składniki
sama, bo wynik wyglądał dokładnie tak, jak to na zdjęciu w podręczniku. Ścianki
połyskiwały, jakby naczynie było wykonane z metalu. Wyszukałam w opisie, co
znajdowało się w probówce przed dodaniem wodorotlenku sodu i nie do końca pewna
powiedziałam:
-
Na ściankach probówki pojawiło się srebro.
-
A skąd wiesz, że to srebro? – zapytała.
-
Bo wcześniej miałyśmy AgNO3 w probówce, jakąkolwiek to ma nazwę. –
wyjaśniłam z usatysfakcjonowanym uśmiechem.
Sarah
przygryzła wargę i zapisała posłusznie, co powiedziałam.
Po
skończonym doświadczeniu mogłam spokojnie „odpłynąć” z gwarancją, że następną
rzeczą, która mnie wyciągnie z tego błogiego stanu, będzie dzwonek na przerwę,
kończący tę straszną lekcję. Moje myśli były pełne Tay’a, odpędzałam je ze
wszystkich sił. Zadziałała tylko jedna jedyna metoda. A mianowicie wyobrażenie
sobie sceny oświetlonej niebieskawymi światłami, na niej siedemnastolatka
ubranego w kontrastującą czerwień, z którym czułam się dziwnie blisko, podczas
śpiewania piosenki, która oddawała zarówno moje jak i jego uczucia.
That should be me making you laugh.
Na
długiej przerwie nie udałam się do stołówki, jak większość dzieciaków z naszej
szkoły. To pani Roberts, nauczycielka muzyki, a raczej ktoś, kto miał znaczenie
o wiele większe niż nauczyciel dla tego miasta, wezwała mnie do sali na czwartym
piętrze, gdzie zwykle prowadziła lekcje. Przed drzwiami zobaczyłam trzy
dziewczyny z niższego rocznika i jedną z klasy maturalnej. Weszłyśmy do klasy
nie mając pojęcia, w jakim celu. Pani Roberts w wielkim skrócie wytłumaczyła
nam nasze zadanie.
Okazało
się, że zostałyśmy przed nią wytypowane do występu na koncercie charytatywnym,
który miał się odbyć w niedzielę. Gdyby nie fakt, że drobne pieniądze z biletów
miały pójść do fundacji Make a Wish, żadna
z nas nie zgodziłaby się wyjść na scenę po takim krótkim okresie przygotowań,
jakim były te cztery dni do koncertu. Pani Roberts zarządziła, że ja będę grała
na gitarze, dzięki czemu oszczędzimy trochę czasu, który przeznaczyłybyśmy na
szukanie podkładów. Pozostałe dziewczyny miały śpiewać. Najtrudniejszą kwestią
do ustalenia okazał się wybór piosenek. Wszystkie zgadzałyśmy się w jednym;
piosenki muszą być znane i popularne. Mi samej chodziło o głowie tylko jedno
nazwisko, więc nie wypowiadałam się w tej kwestii.
Mogłam
wyczuć, ze wszystkim dziewczyną na tym bardzo zależało. Nie tylko ja byłam
poruszona możliwością pomocy innym i to w taki właśnie sposób. W tej sytuacji
ustalanie wszystkiego na ostatnią chwilę, nie wydawało się być takie złe i nie
bałam się, że coś pójdzie źle. Byłyśmy nawet gotowe wyjść na scenę wszystko
spieprzyć i czekać z uśmiechem na oklaski.
W
końcu stanęło na tym, że zaśpiewamy Price
Tag i Born This Way Lady Gagi.
Znałam obie piosenki, pozostało mi tylko wykombinować jak się je gra. Z takim
zadaniem wróciłam do domu i zajęłam się tym w czasie wuefu, na którym
teoretycznie powinnam być. Nie dzwoniłam nawet do mojej siostry, by uniknąć
sytuacji sprzed tygodnia; pomyślałam, że jeżeli jest inteligentna to się
domyśli, że nie ma mnie na wuefie. Gdy wyszłam, akurat cudownie nie padało,
mimo to przez całą drogę musiałam uważać, by nie ugrzęznąć w ciągnącym się
kilometrami błotem, w które zamieniła się leśna droga, którą musiałam przejść.
Wydrukowałam sobie teksty obu piosenek, gdyby nagle udało mi się zapomnieć je i
wypisałam progresje akordów, które według mnie były poprawne. Po objedzie znowu
się rozpadało, więc poprosiłam Marie, by mnie podwiozła do Domu Kultury, gdzie
o czwartej miałyśmy mieć próbę.
-
Wracasz sama? – spytała moja starsza siostra, gdy wysiadałam. Bardziej brzmiało
to jak zdanie twierdzące.
-
Jeśli będzie padać, to wolałabym nie wracać na piechotę. – Odpowiedziałam jej.
Miałam wrażenie, że mnie nie słucha, bo zawzięcie grzebała w swojej torebce w
poszukiwaniu czegoś.
-
W takim razie poproś Isabelle, czy jak jej tam, by podrzuciła cię, bo ja nie
mogę. – wyjaśniła krótko. Zauważyłam, że przez nieuwagę upuściła paczkę
papierosów, którą dopiero co wyjęła z torebki. Paczka poturlała się i wpadła
pod moje siedzenie. Przewróciłam oczami.
Marie
nie próbowała nawet udawać, że niby nic nie zauważyłam. Schyliła się i
podniosła to obrzydlistwo, gestem wyganiając mnie. Ściągnęłam brwi, uznając, że
nie ma sensu wszczynać awantury i zabrawszy gitarę z bagażnika pokierowałam się
szybkim krokiem w stronę budynku, w którym znajdowało się kino, teatr,
pracownia muzyczna, plastyczna i scena, gdzie odbył się ostatnio koncert
Justina Biebera.
Dziwnie
się czułam, mając świadomość, że będziemy występowały w tym samym miejscu, co
artysta tak dużego formatu. Wiedziałam, że z pewnością scena została
przebudowana na potrzeby Biebera i my będziemy występowały w znacznie innym
wystroju. To była jedyna taka scena w całym Stratford, więc nie miałyśmy zbyt
wielu możliwości.
I
nie myliłam się. Weszłam na salę, i rozejrzawszy się dookoła stwierdziłam, że
to ani trochę nie przypomina hali, na której byłam w zeszłą niedzielę. Pomieszczenie
było jaśniejsze, a pomiędzy sceną a pierwszymi siedzeniami był około 10-metrowy
odstęp.
Pani
Roberts i cztery pozostałe dziewczyny już czekały na mnie na scenie. Nie
zdawałam sobie sprawy, że było już tak późno. Cała czerwona przeprosiłam i
wyciągnęłam moją gitarę z pokrowca wraz z kablem, którym mieli podłączyć ją do
wzmacniacza. Pospiesznie nastroiłam instrument i kucnęłam nad kartkami z
tekstem i zanotowanymi akordami. Podzieliłyśmy się zwrotkami, a refreny
miałyśmy śpiewać razem. Było nas pięć, więc w Price Tag nie przypadła mi żadna część zwrotki, bo ta piosenka nie
zawierała łącznika (zamiast tego, zawierała rapowaną zwrotkę, którą
wyrzuciłyśmy, bo żadna z nas nie potrafi rapować). Zgodziłam się na to posłusznie.
Gdy dziewczyny zarządziły tak samo w Born This Way, pani Roberts zaczęła
protestować, a ja jej grzecznie odpowiedziałam, że mi to nie przeszkadza, skoro
już gram na tej gitarze, czyli coś jednak robię. Musiałam przyznać przed samą
sobą, że jednak poczułam się trochę gorsza, gdy oszczędzono mi solowych partii.
Ale to uczucie zostało zduszone przeze mnie, tak szybko jak się pojawiło.
Miałam szczęście, że w ogóle pozwolono mi występować.
Zaśpiewałyśmy
kilka razy piosenki bez żadnego nagłośnienia – tylko żeby przećwiczyć – a potem
stanęłyśmy za mikrofonami. Moja gitara (poza tym, że była wspaniała) była
elektro-akustykiem, i to dosyć dobrym, co znaczyło, że można było ją wzmocnić.
Zbierałam na nią ponad rok, a i tak ponad połowę ceny zapłacili rodzice. Pudło
z przodu było bardzo jasne, z tyłu nieco ciemniejsze, podobnie jak gryf i
główka. Podłączyliśmy wraz z akustykami ją i stanęłam za piątym mikrofonem.
Śpiewałyśmy
te dwie piosenki w kółko, i w kółko, a mi ani trochę się nie nudziło. Za każdym
razem śpiewałyśmy coraz lepiej. Każda z nas śpiewała inaczej; Blodnyka – Amy
miała bardzo niską barwę głosu, druga blondynka, Rosalia, nie wyróżniła się
niczym oprócz tego, że śpiewała bardzo czysto, Bailey śpiewała z dziwną
manierą, która nie była aż taka zła, ale wyróżniała się, a krótkowłosa Eve
śpiewała zupełnie przeciętnie. Ja ze swoją dziwaczną barwą nie przypominającą
niczego, starałam się dopasować. Z min pozostałych dziewczyn wywnioskowałam, że
nie wychodziło mi to zbytnio. W odsłuchach było słychać tylko mój głos.
Wybijałam się. I to bardzo. Nawet pani Roberts ręką dała mi znak, żebym
ściszyła nieco. Wszystkie dziewczyny (oprócz Eve) posłały mi oskarżycielskie
spojrzenia. Jak śmiałam je zagłuszać? Speszona
starałam się śpiewać najciszej jak umiałam. Kiedyś miałam zupełnie przeciwny
problem, ale po dwóch latach lekcji śpiewu poprawiłam się.
Nie
byłyśmy aż takie złe. A przynajmniej według pani Roberts. Po nas wchodziły
dziewczyny z liceum z Seeforth, a przed nami wystąpią inne ze szkockim tańcem.
Nie miałyśmy zbyt dużej konkurencji. A nawet, gdybyśmy miały to nie miałoby
zbyt dużego znaczenia. To przecież na szczytny cel.
Podczas
grania piosenek po raz ostatni byłam myślami daleko stąd. W pewnej chwili moje
myśli pobiegły w stronę Tay’a i nieświadomie znowu zaczęłam roztrząsać, co
dokładnie jest pomiędzy nami, a ściślej co ja czułam. Odpowiedź znałam już, gdy
dostałam od niego tą wiadomość: nic. Mimo to czułam się zraniona, że zostawił
mnie samą w tym mieście, po tym jak wyjawiłam mu swój największy sekret. Czyżby
się przestraszył? A może to nie dlatego? Może to ja jestem przyzwyczajona do
tego, że zawsze trzymaliśmy się razem i jestem zwyczajnie zazdrosna, że teraz
„trzyma się” z inną?
Nieważne,
wmawiałam sobie. Skończ.
Szkoda,
że to nie jest takie proste. Jak mam się czuć, gdy chłopak, z którym znałam się
przez całe życie, nagle wyjeżdża z miasta, przesławszy mi krótką wiadomość?
Pokręciłam
głową do samej siebie i zabrałam się do odłączania gitary od nagłośnienia. Nie
miałam ochoty czekać aż ci „akustycy”, co nie znają się ani trochę na swojej
robocie, raczą przyjść i to zrobić. Musiałyśmy się stąd wynieść przed piątą,
zanim następna grupa przyjdzie przećwiczyć występ.
Zebrałyśmy
się i czekałyśmy na nauczycielkę pod drzwiami wyjściowymi sali. Na scenie
tymczasem instalowali się ludzie z wiele bardziej zaawansowanym sprzętem. Jacyś
goście – inni niż ci co pomagali nam – wnosili właśnie perkusje na scenę. Inni
właśnie skończyli podłączać gitarę elektryczną. Patrzyłam na to z
zafascynowaniem zastanawiając się, czy to możliwe, że to liceum Seeforth,
przygotowywało taki występ.
Przez
chwilę zdawało mi się, że znam skądś gitarzystę. Zdecydowanie nie był w wieku
licealnym.
-
Kto wchodzi po nas? – spytałam Eve, bo tylko ona ani razu nie spojrzała na
mnie, jak na odmieńca. Jednocześnie nie odrywałam wzroku od przygotowujących
się muzyków.
Eve
wzruszyła ramionami. – Tu gdzieś była lista. Ale sądząc po tym sprzęcie to
będzie główna atrakcja wieczoru. – powiedziała Eve nie podzielając mojego
zainteresowania.
Posłałam
jeszcze jedno krótkie spojrzenie w kierunku sceny i znowu wydawało mi się, że
znam gitarzystę. Przekonałam się jednak, że to niemożliwe, bo trzymałam się z
daleka od uczniów starszych klas, a tym bardziej tych, którzy zawstydziliby
mnie swoją wiedzą o muzyce rockowej, skoro ja gram klasycznie.
Rosalia
na chwilę wyszła do toalety i nie wracała dłużej, co mi dało możliwość do
wgapiania się w zespół przez dłuższy czas. I pewnie dalej bym się śliniła na
widok tak profesjonalnego sprzętu, gdyby nie krople deszczu, które nagle
zaczęły mocniej uderzać w szyby wysoko usytuowanych okien. Przypomniało mi się,
że nie mam z kim wrócić, bo moja siostra jest zajęta paleniem papierosów.
Pojawiła
się we mnie cicha nadzieja, że może Bailey, która była chyba najstarsza mnie
podwiezie.
-
Bailey? – odezwałam się do pochłoniętych rozmową blondynek. Obie były typami
popularnych różowych laleczek – z drobną różnicą, że żadna z nich nie miała na
sobie różowego.
Dziewczyny,
albo mnie zignorowały, albo nie usłyszały.
-
Emm… Dziewczyny? – spróbowałam jeszcze raz, czując dziwny przypływ irytacji.
Dlaczego śpiewałam za głośno, a mówiłam tak cicho, że nikt mnie nie słyszał? –
Amy? – spróbowałam zwrócić uwagę drugiej.
-
Czego? – odezwała się zirytowana blondynka swoim super niskim nosowym głosem.
Poczułam się, jak natrętna mucha – mała, nic nie znacząca, a jakże irytująca.
Nagle
znowu stałam się nieśmiałą, uległą dziewczyną, jaką bywałam w szkole.
-
Czy któraś z was mogłaby mnie odwieźć do domu? – spytałam, czując się bardzo
niezręcznie, jakby proszenie je o coś było zniewagą. W końcu dlaczego miałyby
coś robić dla mnie? – Nie chciałabym z gitarą iść w tym deszczu do domu. –
wyjaśniłam słabym głosem, za który byłam na siebie wściekła. Dlaczego nie
mogłam być równie twarda jak one?
- Potem
wszystkie idziemy do szkoły ocenić jakie robimy błędy. – odparła, pożerając
mnie wzrokiem błagającym o to, bym się odczepiła.
Zmieszana
odmową odsunęłam się od dwóch dziewczyn i usiadłam pod ścianą przy drzwiach,
wyjęłam notes. Z nudów zaczęłam bazgrać po ostatniej stronie, modląc się, by
ten dzień się skończył. Nagle straciłam całe zainteresowanie zespołem. Zaczęłam
zastanawiać się, co ze mną jest nie tak, że jestem tak traktowana; nie byłam
jakoś szczególnie obrażana, ale wszyscy zachowywali się chłodno, rozmawiając ze
mną, zachowywali dystans. Tay wyjechał. Niby nie zranił mnie bezpośrednio, ale
i tak boli.
Nieświadomie
wypisałam dużymi literami na okładce po zewnętrznej stronie Tay jest debilem. Sama siebie tym
zaskoczyłam. Zamazałam szybko napis, a potem, stwierdziwszy, że to o Tay’u to
jednak prawda, napisałam powyżej to samo, co przed sekundą zamazałam.
Wtedy
zorientowałam się, że nie słyszę wesołego trajkotania moich koleżanek.
Podniosłam
głowę znad otwartego notesu, mój wzrok pobiegł w stronę miejsca, gdzie stały
wcześniej Amy i Bailey. Nie było ich tam. Nie widziałam także Eve ani Rosalii. Wstałam,
by rozejrzeć się po całej sali, mogły równie dobrze być za sceną…
Ledwie
zdążyłam wyprostować się, a poczułam, że coś we mnie uderzyło i wytrąciło z
równowagi. Drzwi, obok, których siedziałam się otworzyły… Zachwiałam się,
ugięły się pode mną kolana i z hukiem opadłam na ścianę, uderzając się w głowę.
Przez chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami, ale domyślałam się, że to było
skutkiem szoku, który powoli ustępował bólowi.
Mam
nauczkę, by nie siadać przy drzwiach, pomyślałam, gdy moje serce przestało bić takim szaleńczym tempem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz