niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 8 "Die in your arms"

Nowy :D
And if I’m not the best then you’re stuck

Moja głowa pękała od zbłąkanych, nieuporządkowanych myśli. Nie mogłam się skupić na składaniu spójnych zdań, byłam zbyt zdezorientowana. Każda rzecz, każdy ruch, najcichszy szmer odwracał moja uwagę. Pragnęłam, by wszystko ucichło, by istniała możliwość, żeby to jakoś wyłączyć. Ale nie było. Zamknęłam oczy i widziałam jedno.

Czułam się, jakbym latała – jakbym unosiła się w powietrzu parę centymetrów nad ziemią. Kierowałam się w stronę przyjaciół, którzy stali oddaleni od sceny, na krańcu polany, czułam, że moje kolana się uginały pode mną, jakbym zaraz miała się przewrócić. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze stoję.
Występowanie na scenie uzależniało – nie sam fakt, że wszyscy na ciebie się gapią, czy to, że śpiewasz i wszyscy słuchają, a przynajmniej większość to robi. To wykonywanie muzyki i przekazywanie jej publiczności, przeżywanie tych wspaniałych chwil z nią, dzielenie się emocjami, albo wspólny cel – w tym przypadku zbieranie pieniędzy dla potrzebujących – to w tym wszystkim było wspaniałe. To uczucie, gdy schodzisz ze sceny, wiedząc że oddałaś tym ludziom cząstkę samej siebie.
Nie było słów, by opisać, co teraz czułam.
Z szerokim, rozmarzonym uśmiechem zajęłam miejsce obok moich przyjaciół i dwóch sióstr. Nie odezwałam się do nich słowem, posłałam Isabelle krótkie spojrzenie i uśmiechnęłam się szerzej, widząc, że jest równie podekscytowana, jak ja. Odwróciłam wzrok z powrotem w stronę sceny, ignorując resztę – i nie mając przez to żadnych wyrzutów sumienia, tłumacząc sobie, że i tak nie wiedziałabym, co im powiedzieć. Wtedy blondynka rzuciła mi się na szyję. Była ode mnie nieco wyższa, więc bez kłopotów objęła mnie od tyłu i położyła mi głowę na ramieniu. Uśmiechnęłam się, odwzajemniając przyjacielski gest.
Kątem oka zauważyłam, że Tay na mnie spogląda. Jego skrzywiony uśmiech wyrażał radość, dumę, rozdarcie, zakłopotanie i parę innych, których nie potrafiłam nazwać. Obok niego, w odległości około jednego metra stała niska dziewczyna, której urody mogłam zazdrościć, domyślałam się, że to była jego dziewczyna. Nie przejęłam się tym ani trochę. Byłam zbyt pochłonięta przez wewnętrzną radość, by znowu odczuwać tamten ból. Przeczesałam palcami włosy, które przed paroma minutami były splecione w warkocz i westchnęłam w uniesieniu.
- Byłaś świetna! - zawołała Isabelle mi do ucha. - Te wszystkie wredne dziewuchy mogą się wypchać, bo nie dorastają ci do pięt! - dodała z nadmiernym podekscytowaniem, które emanowało zarówno ze mnie jak i z niej.
Roześmiałam się głośno.
-  Zaraz na scenę wyjdzie Bieber! - odezwała się. Jego obecność nakręcała ją bardziej, jakby tego było mało.
- Wiem. - odezwałam się, czując nagły przypływ zadowolenia. Nie powiedziałam jej nic o mojej krótkiej i dziwnej znajomości z Justinem, ani o dziwnych uczuciach, które niespodziewanie pojawiały się we mnie w związku z nim, i nie zamierzałam jej o tym powiedzieć. I nie czułam się wcale źle z tego powodu. Była moją najlepszą przyjaciółką, ale nie czułam, że oszukuję ją w ten sposób. Przecież każdy ma prawo mieć tajemnice, poza tym to, co się dzieje pomiędzy mną a Bieberem wydaję się dziwne i niepewne. Sama się zastanawiałam, czym dla mnie jest ta znajomość.
W każdym razie wypowiedzenie tego krótkiego zdania sprawiło mi dziwną satysfakcję.
- Podejdźmy w takim razie bliżej. - zasugerowała rozpromieniona Isabelle, wypuszczając mnie ze swoich objęć, by rozpocząć przepychanie się pomiędzy innymi mniej lub bardziej rozhisteryzowanymi fankami.
Udało nam się dobrnąć wystarczająco blisko, byśmy mogły widzieć wyraźnie twarze wszystkich członków zespołu Biebera i jego samego. Niebo robiło się już ciemne, delikatne niebieskie światła padały na sztucznie wytworzony dym na scenie. Nie mogłam się pozbyć tego uczucia deja vu. Ta scena może nie miała takich możliwości jak scena, na której widziałyśmy go poprzednio, a setlista była znacznie krótsza, ale to nie wpływało w najmniejszym stopniu na poziom podekscytowania publiczności.
- Moje życie jest spełnione. – odezwała się Isabelle w rozmarzeniu.

Obrazom tego typu nie było końca. Mój umysł samowolnie wracał do tych przyjemnych wydarzeń, nawet jeśli ja tego nie chciałam – bo poniekąd w szkole przydałoby się skupić dla odmiany na czymś innym niż Justin Bieber, trzeba jeszcze jakoś zdać ten egzamin końcowy z matmy, pomyślałam, kierując się na ostatnią naszą dzisiejszą lekcję. Jeszcze tylko te czterdzieści pięć minut i będę wolna.
Koncert odbył się zaledwie dwa dni temu, a ja wciąż czułam ten przypływ adrenaliny. Przez bite czterdzieści osiem godziny moją twarz nie opuścił uśmiech, byłam pełna energii, w gotowości  na wszystko. Towarzyszyło temu także coś w rodzaju nadpobudliwości, wiecznego zniecierpliwienia i znudzenia szarą codziennością. Jedno wiedziałam, jeszcze nic nie zawróciło mi nigdy w głowie, jak zrobił to tamten jeden szczególny wieczór.
Żeby tego było mało. Nie tylko koncert zawrócił mi w głowie.
Przypomniały mi się jego orzechowe oczy… Pozwoliłam swojej pamięci zalać się kolejnymi obrazami…

I just need Somebody to Love
To była chwila, gdy porwała nas muzyka. Grali jedną z ostatnich piosenek. Stałyśmy bardzo blisko, przez te wszystkie utwory udało nam się dopchać praktycznie do krawędzi sceny, przed nami stały tylko te najbardziej zagorzałe fanki. Skakałam, jak jakaś idiotka, już czując delikatny ból w kręgosłupie, który miał być zaledwie zapowiedzią tego, co będzie mnie nękało następnego dnia. Śpiewałam głośno, zdając sobie sprawę, że znam cały tekst na pamięć.
Nagle Justin zbliżył się do krawędzi sceny i ukucnął, zwracając się w moją stronę. Piosenka miała się już ku końcowi, kończył właśnie ostatni refren długą imponującą wokalizą, której nie powstydziliby się najlepsi. Podczas gdy z jego ust wydobywały się dźwięki miał zamknięte oczy. Otworzył je dopiero, gdy skończył śpiewać. Spojrzał prosto na mnie i widząc, że ja też się patrzę prosto na niego, uśmiechnął się szeroko. Przez chwilę czułam, że latam. Nasze spojrzenia nawiązały kontakt, którego nie miałam odwagi przerwać, było coś magicznego w tym, że muzyka grała dalej, a świat się jakby zatrzymał. Na moment zastygliśmy w swoich pozycjach, ignorując to co się dzieje dookoła. Były tylko moje ciemnoniebieskie oczy i jego brązowe.
- Is she out there? – zaśpiewał, powracając do występu, ale nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. Zarumieniłam się, gdy zorientowałam się, że jak ten głos i ten wzrok na mnie działał.

*
Koncert zakończył się dobre dwadzieścia pięć minut temu. Tłum stopniowo się przerzedzał, fanki powoli znikały, a scena zespołu JB powoli powracała do swojego poprzedniego stanu – mizernej, drewnianej platformy w małej mieścinie. Ciężko było uwierzyć, że to wszystko się zdarzyło właśnie tutaj. Nigdy nie spodziewałabym się, że nagle to małe miasteczko stanie się tak pełne życia. Dla mnie Stratford zawsze było nudną dziurą, która mogła się pochwalić tylko tym, że urodził się tu Justin.
Nie chciałam, żeby ten szum ucichł. Nie dało się ukryć, że ostatnie tygodnie były niewiarygodnie pełne wrażeń.
Delikatny podmuch wiatru rozwiał moje nijakie, poplątane włosy. Niebo już było ciemne, latarnie rozświetlały szarość tego miejsca. Powiedziałam moim siostrą i przyjaciołom, żeby jechali do domu, chciałam zostać sama. Postanowiłam przejść się po parku i pomyśleć trochę. Ciemność i samotność działała na mnie jednak depresyjnie.
Krążąc po parku, mijałam nastoletnie fanki, na ich twarzach widniały uśmiechy, rozpierała je energia, były rozgadane i śmiały się nieustannie. Uśmiechnęłam się, patrząc na trzy z nich. Zdałam sobie sprawę, że to, co teraz czuły, nie różniło się zbytnio od moich wcześniejszych odczuć. To śmieszne, ale po raz pierwszy od dawna poczułam, że mam szansę przynależeć do tej społeczności.
Skierowałam swoje kroki w stronę sceny, robiło się późno, ale nie byłam senna. Mimo to, stwierdziłam, że przydałoby się wkrótce wracać, bo moja siostra w końcu zacznie się martwić. Była o wiele bardziej liberalna wobec mnie niż rodzice, którzy wyjechali w piątek do naszej rodziny (i tak mieli problemy z zostawieniem swoich małych córeczek z Marie), ale chyba jeszcze istniała w niej krzta troski o swoją młodszą siostrę, a przynajmniej chciałam w to wierzyć.
Dotarłam do sceny, która nie opustoszała jeszcze do końca. Zniknęła już czarna kurtyna, zniknęły instrumenty, pozostało tylko oświetlenie i busy, do których ładowane były elementy sceny JB. Nie byłam pewna, czy było mi wolno, ale postanowiłam się przejść dookoła, rozglądałam się dookoła, jakbym czegoś poszukiwała – śladów, że Justin był tutaj. Ale z każdą minut plac zamieniał się z powrotem w zwykły, nudny park Stratford.
Kogo ja próbowałam oszukać? Wpółświadomie próbowałam znaleźć Go. Nie potrafiłam wmówić sobie, że jest inaczej.
I niespodziewanie udało mi się.
- Hey, kogo ja tu widzę? – usłyszałam jego niski, ściszony głos. Automatycznie zwróciłam się w stronę, z której dochodził dźwięk.
Justin ubrany był inaczej niż na koncercie. Tym razem miał na sobie zwykłe ciemne jeansy, biały podkoszulek, na to miał narzuconą kraciastą koszulę w szaroniebieskich odcieniach, której rękawy były podwinięte ponad łokcie. Jego włosy były rozczochrane, nie były już wystylizowane, ani postawione na żel. To sprawiało, że jego wygląd zbliżył się nieco do wyglądu zwykłego chłopaka niż ogólnoświatowej gwiazdy.
- Mam twoje kapo. – powiedziałam, zasłaniając się tą wymówką. Próbowałam stłumić śmiech, gdy zobaczyłam go z szerokim uśmiechem na twarzy. To nie byłby szyderczy śmiech, a ja nie byłam chichotliwa, więc zdziwiło mnie własne zachowanie.
- A ja mam twoje. – odparł. – Zamieńmy się.
Odwróciłam wzrok od wyszczerzonego zębów Justina i roześmiałam się, starając się nie zakłócać ciszy.
- To trochę nie fair, nie sądzisz?
Justin wzruszył ramionami. – Czy ja wiem? Ale jeśli chcesz je odzyskać, to musisz pójść ze mną. – spojrzał na mnie intensywnie. Przysięgam, to wyglądało przerażająco.
- Brzmi jak groźba. – skomentowałam.
Justin pokręcił głową i zrobił parę kroków na przód. Do tej pory dzieliło nas parę metrów odległości, teraz nasze stopy praktycznie się stykały. Nagle zrobiło mi się dziwnie gorąco, spojrzałam wielkimi oczami w dół, po czym skierowałam wzrok na twarz chłopaka. Jego brązowe tęczówki były ciepłe i przyjazne. Nie mogłam nic poradzić na to, że mimowolnie rozluźniłam się. Motyle zaczęły się bić w moim brzuchu, a moje  wychłodzone dłonie wypuściły kapo Justina na ziemię. Nie kłopotałam się nawet, by je podnieść. Czekałam aż chłopak się odezwie. Na jego twarzy widniał delikatny uśmiech, gdy mówił do mnie:
- Spokojnie, bezpieczna jesteś ze mną. Czy miałabyś ochotę spędzić ze mną trochę czasu?


Zamrugałam dwukrotnie, gdy dzwonek zadzwonił, wyrywając mnie z zamyślenia. Przetarłam zaspane oczy i wraz ze znajomymi ze szkolnej ławy weszłam do gabinetu matematycznego. Przede mną było zaliczenie testu, a ja byłam rozkojarzona, nie potrafiłam się skupić na czymkolwiek, byłam wiecznie zmęczona, ale nie mogłam zasnąć, nadal czułam kopa adrenaliny. Miałam poważne wątpliwości, co do tego, czy uda mi się zaliczyć ten test. Serio. Pomimo tego, że byłam dość mocna z matmy, jak miałam liczyć sinusy i cosinusy, gdy przed oczami zamiast wykresów, pojawiają mi się raczej ludzie? Bardzo konkretni ludzie. A raczej tylko jeden.
Szczerze powiedziawszy, wczoraj było jeszcze gorzej. Nie przespałam ani minuty tamtej nocy po koncercie, ktoś mnie utrzymywał na nogach przez całą noc.
Tak. Różne myśli nasuwały się mi tamtej nocy, ale wbrew podejrzeniom mojej siostry nie zrobiłam nic nielegalnego, niezdrowego, czy niemoralnego. Mogłam wyczytać to z jej twarzy, gdy zjawiłam się w domu przed ósmą, że właśnie o to mnie podejrzewała.

- Gdzie idziemy? -  spytałam, gdy ciągnął mnie za nadgarstek. Próbowałam się z nim droczyć i stawiać opór, ale nie byłam w stanie, gdyż chłopak był o wiele silniejszy ode mnie. Pogodzona z własną porażką, zaśmiałam się głośno.
- Z daleka od ludzi. – odwrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się ciepło w moją stronę. – Znam takie fajne miejsce.
- Z daleka od ludzi? – powtórzyłam z uśmiechem na twarzy. – To coraz bardziej wygląda na porwanie.
Justin odchylił głowę do tyłu i westchnął ciężko. Zatrzymał się i zwrócił w moją stronę. Szybkim ruchem położył mi delikatnie dłoń w talii i przyciągnął mnie do siebie. Nie spodziewałam się tego. Widząc moją rozbawioną minę, uśmiechnął się szerzej.
- Śmiesznie. Zgodzisz się pójść ze mną, czy nie, Angel? – spytał. Fakt, że użył tego zdrobnienia sprawił, że spuściłam głowę i zarumieniłam się.
Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, miałam wrażenie, że śniłam. W tym rzeczywistym śnie się nie bałam niczego, nie byłam nieśmiała i zagubiona. Więc jak mogłam się nie zgodzić?

I could just die in your arms.


Powiem Wam tyle, że krótki jak na mnie, ale jestem z niego zadowolona. Byłabym skłonna pisać dalej, ale okropnie się dzisiaj czuję, a zależało mi, żeby dzisiaj opublikować go. Jutro niestety wracam do szkoły.
Jeśli ktoś nie wie to opowiadanie jest dość stare. Pisałam je na Onecie dwa lata temu i teraz postanowiłam reaktywować je [chasing-that-moment.blog.onet.pl]. A że Onet umarł przeniosłam się właśnie na Blogspot :). Mam nadzieję, że ktoś jeszcze pamięta to opowiadanie, a jak nie to zachęcam do czytania :). Przestrzegam tylko przed błędami. Staram się ich nie robić.
Kto jedzie do Łodzi? 


Rozdział 7 "Hey, Stranger"

Opublikowano (na onecie): 31 października, 2011


I will be alright.

Następnego dnia obudziłam się z okropnym bólem głowy. Nie spałam zbyt dobrze tej nocy. Moje myśli były poświęcone wymyślaniu diabelskiego planu i składaniu fragmentów układanki w całość. Niestety nic nie udało mi się wymyślić i nic nie miałam.
Szkoła dzisiaj potwornie mi się dłużyła. Przechodziłam wiele razy obok szafki Ryana, licząc że może znowu pojawi się na niej jakaś wiadomość lub cokolwiek, co by mogłoby dowieść, że Justin zjawił się tutaj. Isabelle też nie rozmawiała ze mną, a przynajmniej próbowała tego nie robić. Znałam ją zbyt dobrze i wiedziałam, że nie potrafi długo się gniewać. Na pracy klasowej z biologii nawet ściągała ode mnie i pytała o odpowiedzi, chociaż wiedziała, że to nie mogło do niczego prowadzić, bo biologia nie była moją mocną stroną. Mdliło mnie na tym przedmiocie.
Gdy byłam w trakcie odpowiadania na jedno z pytań dotyczących układu oddechowego, olśniło mnie. Czemu o tym wcześniej nie pomyślałam? Jak mogłam zapomnieć?
Przerwałam pisanie testu. Przypomniałam sobie o końcowym momencie mojego życia, który miał nastąpić w niedziele na koncercie charytatywnym, gdzie miałam grać (bo raczej nie śpiewać) z innymi sukami z naszej szkoły Price Tag i Born This Way. Cudem byłoby, gdybyśmy wypadły jakoś sensownie, biorąc pod uwagę nasze przygotowanie (nie miałyśmy przygotowania) i to, że zostawiły mnie z Bieberem podczas ostatniej próby. Ale czy on nie miał się tam pojawić? Tak. Miał. Właśnie.
Tylko jak miałam zamiar sprawić, by mnie zauważył w paro tysięcznym tłumie? Muszę to jeszcze przemyśleć.

- Idziecie ze mną? – krzyknęłam z mojego pokoju. Moje siostry nie miały szczególnie wyczulonego słuchu, ale jeżeli coś chciały usłyszeć to nie miały z tym najmniejszych problemów. – Hej?! Jest tu kto? – zawołałam jeszcze raz.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam moją czerwonowłosą starszą siostrę, nad którą unosił się kłębek dymu najprawdopodobniej papierosowego. Przeszły mnie ciarki. Już dawno przestałam próbować wybijać jej to z głowy, bo i tak nic nie byłam w stanie zrobić. Nawet postanowiłam nauczyć się to tolerować. Nie chciałam jednak dawać tego rozczarowania mamie i tacie, gdy zobaczą ich „małą dziewczynkę” z papierosem w ustach. Tym bardziej, że Danielle się bardzo wzorowała na Marie. To Marie zaczęła słuchać Biebera, niedługo potem Dani kupiła sobie jego płytę. Marie przefarbowała włosy na czerwono, mama nie pozwoliła Danielle na czerwień, ale rudy to co innego.
Otworzyłam okno. Uderzyła we mnie fala zimna. Niebo było zachmurzone, ale nie padało. Dziwna ta pogoda, jak na czerwiec.
- Marie! – wydarłam się do niej.
Nie słyszała mnie. Albo nie chciała usłyszeć. Zauważyłam, że to pierwsze było dobrym wyjaśnieniem, bo z jej kieszeni wystawał kabelek od słuchawek.
- HEEEJJ! – wrzasnęłam najgłośniej, jak mogłam. Nie było to najmądrzejszym posunięcie, jeżeli miałam zamiar śpiewać na tym koncercie. No cóż, i tak nie traktowałam tego zbyt poważnie.
Marie wyrwała swoje słuchawki z uszu i ze ściągniętymi brwiami odwróciła się gwałtownie. Jej spojrzenie miało charakter „nie mogę cię zabić z takiej odległości, ale spróbuję”.
- Czego chcesz ode mnie? – zawołała i zaciągnęła się swoim papierosem jakby mi na złość.
Przewróciłam oczami. – Nie o to chodzi.
- To niby o co?! – podniosła głos na mnie.
- Możesz się zamknąć raz w życiu? Mam zamiar ci powiedzieć.
- Czekam. – wtrąciła znowu, co sprawiło, że zagotowało się we mnie. Marie skrzyżowała ręce przed sobą.
- Idę na koncert charytatywny. Idziecie ze mną?
Prychnęła. – Dlaczego mam iść tam? Żeby pogapić się jak jakieś małolaty drą mordę?
Zaczynało mnie to powoli wkurzać.
- Bo będzie tam śpiewał twój ukochany Bieber. – poinformowałam ją.
Nie odpowiadała przez chwilę. Zaczęła się namyślać. Zgasiła papierosa nawet.
- Gdzie jest haczyk?
- Coo? – spytałam. Zbiła mnie z tropu tym pytaniem. – Haczyk? Dlaczego zakładasz, że jest jakiś haczyk?
- Bo nie lubię być wykorzystywana. A poza tym już dawno przestałam wierzyć w czystość twoich intencji. Zawsze, gdy chcesz zrobić coś dobrego dla mnie, czerpiesz z tego korzyść.
Zmrużyłam oczy z zażenowania.
- Jeżeli już tak bardzo chcesz poznać, czym jest „haczyk”, którego na marginesie nie ma, to proszę bardzo, powiem ci. Skoro już jedziesz ze mną, to przydasz się na coś i zawieziesz nas.
- Ależ uknułaś podstępny plan. – prychnęła. Jeszcze przekona się jak bardzo „podstępne” plany potrafię układać. – Zabieramy małą?
- No chyba nie zostawimy jej w domu, co byłoby dużo łatwiejszym rozwiązaniem, ale jeśli zostanie to ze złości może zdemolować tutaj coś.
- Racja. Nie mamy wyboru.
- Tylko mam jeden warunek. – powiedziałam. – Zostawiasz fajki w domu.
Po zmianie jej wyrazu twarzy wywnioskowałam, że nie podoba jej się to. Ale nie obchodziło mnie, co o tym myśli.
- Po prostu nie zamierzam zostać biernym palaczem. – poinformowałam ją. – A skoro zabieramy Danielle, to nie masz zbyt wielu opcji. Gdy nasza młodsza siostra się dowie, to od razu powie mamusi. Wierz mi, wiem coś o tym. – Dlatego nie dało się z naszą siostrą pogadać szczerze. Ona jest jak kabel, który przesyła informacje prosto do rodziców.
Zamknęłam okno, bo robiło się w pokoju coraz zimniej. Miałam jeszcze trochę czasu, by się przygotować. Sprawdziłam pięć razy, czy spakowałam kapodaster i stroik, a szczególnie to pierwsze. Umalowałam się lekko i splotłam moje włosy w luźnego warkocza. Moje włosy były okropne jeżeli chodziło o fryzury.
Mój telefon zadzwonił. Na ekranie wyświetliła się Isabelle. Westchnęłam ciężko. Nie wiem, czy miałam ochotę z nią teraz rozmawiać. Nie odzywała się do mnie przez cały dzień z powodu jakiejś sprzeczki, która nie miała według mnie żadnego znaczenia.
Niechętnie odebrałam telefon.
- O co chodzi? – niegrzecznie zaczęłam rozmowę.
- Wybierasz się na koncert, prawda?
- Ja tam występuję. – jakbyś nie wiedziała, dodałam w myślach. – I co w związku z tym?
Wiedziałam, do czego brnęła. Chciała tam ze mną wejść, nie tylko dlatego, że ja tam wchodzę za darmo. Z Isabelle rzadko chodziło o pieniądze. Miała jeszcze jakiś ukryty powód, ale nie miałam zielonego pojęcia, co to mogło być. Pomijając samego Biebera, bo dla niego wszędzie poszłaby.
- Myślałam, że idziemy tam razem. – powiedziała oskarżycielsko.
- Myślałam, że nie rozmawiamy ze sobą. – prychnęłam. To było do niej niepodobne, by mi przyznała rację. – Zmieniłaś zdanie?
- Nadal twierdzę, że widziałam prawdziwego Biebera, jeśli o to ci chodzi. – uparła się.
- Może widziałaś, nie obchodzi mnie to, możemy wreszcie zostawić to za sobą? – jęknęłam zniecierpliwiona. Tak, widziała Biebera, ale nie zamierzałam tłumaczyć się, co tam robił. Tym bardziej, że mogę znać odpowiedź na to pytanie. – A tak na marginesie to już jadę z Marie i Danielle. Taka rodzinna integracja.
- Spotkamy się na miejscu? – po jej nagłej zmianie tonu głosu mogłam wywnioskować, że się uśmiechnęła. Nagle słowa, które wypowiedziała stały się ciepłe i pełne entuzjazmu.
- Yhym. – Kiwnęłam głową (pomimo tego, że nie mogła tego zobaczyć). Miałam już się rozłączyć, ale wtrąciła jeszcze parę słów.
- Będą wszyscy. Nawet namówiłam Ryana, by przyszedł. Okay, to nie ja go namówiłam. Powiedział coś tam o wspieraniu przyjaciół i zgodził się. – powiedziała. A potem dodała ściszonym głosem – Chodzą pogłoski, że Tay ma się pojawić.
Ta informacja zamknęła mi usta.

Hey stranger, I’m addicted to the danger.

- Wow. Trochę dużo tu ludzi. – powiedziałam, wysiadając z samochodu Marie. Znajdowałyśmy się w parku. Przeniesiono koncert w to miejsce ze względu na jakieś problemy techniczne, w które nie wnikałam. Na placu przygotowano scenę prawie tak dużą, jak ta w tamtej sali. Zachodzące słońce dodawało temu miejscu uroku. Wpatrywałam się w scenę, jak zaczarowana.
Szturchnęła mnie Marie.
- Co, trema?
Pokręciłam głową, nie odwracając się od tłumu ludzi i sceny. – Może trochę.
Wyjęłam gitarę z bagażnika i zarzuciłam na plecy. Musiałam się teraz dostać za kulisy. Tam będzie na mnie czekać reszta. Niestety.
Zobaczyłam na parkingu Isabelle. Podeszła do mnie z szerokim uśmiechem, jakbyśmy się nigdy nie pokłóciły i wskazała jakieś miejsce w stronę parku.
- Widzisz tamto drzewo? Będziemy tam stali i dopingowali ci. – powiedziała. To domyślne „my” miało znaczyć ją, Marie, Danielle, Ryana, Tay’a, jego dziewczynę i kupę innych ludzi ze szkoły. – Gdy tylko zejdziesz ze sceny, chodź do nas. A potem będziemy dopingować komuś innemu.
Posłusznie przytaknęłam i zaczęłam kierować się w kierunku sceny. Odnalazłam moją nauczycielkę od muzyki i koleżanki w niedużym pomieszczeniu za sceną. Zrobiłyśmy krótką rozgrzewkę i zamierzałam już wyciągać gitarę, gdy zauważyłam, że zamek kieszeni mojego pokrowca jest otwarty.
Cholera, musiałam zapomnieć go zamknąć. Puknęłam się w głowę.
Wyjęłam z kieszeni stroik, dwie zapasowe kostki, ale nie było w niej mojego kapodastra. Czyżbym zapomniała tego też? Zorientowałam się, że mógł wypaść z pokrowca i zostać w samochodzie. Moja głupota mnie zaczynała powoli wkurzać.
- Nie możesz grać bez niego? -  spytała Amy.
Westchnęłam ciężko poirytowana.
- Owszem, mogę. Ale to będzie wymagało gimnastyki moich palców. – powiedziałam. – Musiałabym przez cały czas grać na barowych chwytach. Albo obniżyć całą tonację.
Potrafiłam grać barowe akordy, ale dużo lepiej mi wychodziły te zwykłe.
- Tylko spróbuj. – warknęła na mnie Amy. – Lepiej szukaj tego swojego kapoczegośtam.
- Pójdę sprawdzić, czy nie został w samochodzie. – próbowałam ją uspokoić.
- Na co czekasz? – prychnęła i odwróciła się do mnie tyłem.
Nie byłam na sto procent pewna, czy chciałam zostawić z nimi moją gitarę, ale założyłam, że nic z nią nie zrobią, bo mają na tyle poukładane w głowie. Potem zaczęłam się przeciskać w tłumie. Miałam trudne zadanie do wykonania. Musiałam znaleźć w nim moją siostrę, by dała mi kluczyki do samochodu. I nie miałam zbyt dużo czasu na to.
Poszłam w stronę tamtego drzewa, które wskazała mi Isabelle. Przedostanie się w tamtą stronę przysporzyło mi parę problemów. Zobaczyłam tam Ryana, Isabelle, Danielle i Tay’a. Na tego ostatniego próbowałam nie patrzeć. Nigdzie nie było jednak mojej siostry.
- Ej, a ty nie powinnaś być tam? – spytał Ryan i wskazał na scenę.
Zmęczona przepychaniem się, skinęłam tylko głową. – Gdzie jest Marie? – spytałam moją drugą siostrę.
- Poszła gdzieś tam. – Danielle wskazała ścieżkę prowadzącą w głąb parku. – Spotkała jakąś koleżankę.
- Po co tam… uh, nieważne. – chciałam zadać pytanie, ale zorientowałam się, że już znam powód, którego Danielle nie powinna poznać. Wkurzyłam się na serio. Zaczęłam kierować się w stronę, którą wskazała mi młodsza siostra.
- Myślałam, że zgodziłyśmy się w tym jednym. Żadnych fajek, co? – zawołałam po przejściu kilkuset metrów. Moja siostra stała z jakąś koleżanką – bodajże Sandy – i paliła papierosa. Nie chciałam podchodzić do nich, nie chciałam wdychać tego syfu, ale nie miałam zbyt dużego wyjścia.
- Wcale nie. Zgodziłyśmy się na temat tego, że nie chcesz zostać biernym palaczem i że Dani nie może wiedzieć. – powiedziała lekceważąco moja siostra i wypuściła z ust smugę dymu. – I oba warunki spełniłam. A przynajmniej spełniałam dopóki nie było cię ze mną.
Miałam ochotę zacząć krzyczeć. Wkurzyło mnie ta sytuacja z kapodastrem, a ona wcale nie pomagała.
- Nieważne. – westchnęłam. – Potrzebuję kluczyków do samochodu. Zostawiłam w nim coś. – przeszłam do rzeczy.
Marie wyjęła kluczyki z kieszeni i cisnęła nimi w moją stronę, co miało znaczyć, bym już się zmywała stąd. I tak zrobiłam. Nie miałam zbyt dużo czasu.
Nagle w tłumie ze sporej odległości wypatrzyłam kogoś znajomego. To był wysoki ciemnoskóry mężczyzna, którego już kiedyś widziałam. Rozglądał się czujnie dookoła siebie. Kierował się w stronę przyczep, odgrodzonych wysokimi barierkami.
Nagle pod barierkami zebrał się tłum i zrobiło się parę razy głośniej.
Kenny Hamilton.
Zatrzymałam się w miejscu. Młode dziewczyny (i nie tylko) mijały mnie i kierowały się w stronę Kenny’ego. Moje nogi miały ochotę zawrócić i pobiec w tamtą stronę. Jeżeli znikną w tamtej przyczepie, nie zobaczę go aż do jego występu. A jak już zacznie występ, to nie będę się mogła do niego dostać. Dobiło mnie to, że musiałam przepuścić tę okazję. Wmawiałam sobie, że muszę iść do samochodu po ten kapodaster, albo Amy zabije mnie. A poza tym nie chciał wyjść na dziewczynkę, która tylko tak sobie brzdąka na gitarze i nie wychodzą jej chwyty barowe. I co z tego, że taka mogła być prawda.
Fanki JB są bezlitosne. Dziesiątki nastoletnich dziewczyn biegło w jego stronę, zupełnie nie przejmując się mną. Za poruszanie się „pod prąd” dostawałam z łokci, zahaczały o mnie ramionami, ciągnęły mnie za moje ubrania. Wszystko dlatego, że stałam im na drodze do Justina.
Gdy nareszcie dotarłam na parking, odetchnęłam z ulgą. Wrócić będzie dużo łatwiej. Rzuciłam się do bagażnika w poszukiwaniu kapodastra. Poprzewracałam wszystkie rzeczy Marie w bagażniku, znalazłam rzeczy, których nigdy nie chciałabym znaleźć i pewnie nie powinnam. Ale nigdzie było widać tego, czego szukałam. Po ponownym przeszukaniu bagażnika w desperacji zajrzałam do środka, ale tam również go nie było. W końcu się poddałam.
Czyżbym naprawdę zapomniała go zabrać z domu?
Wracając za scenę starałam się odtworzyć wszystko, co robiłam przed przyjazdem tutaj. Mogłam przysiąc, że wsunęłam kapodaster do kieszeni, a potem nawet zasunęłam kieszeń.
- I co, znalazłaś? – spytała mnie Bailey.
Pokręciłam głową. – Dziwne. Myślałam, że był w kieszeni.
Zasunęłam ją, uświadomiłam sobie patrząc na pokrowiec z moją gitarą.
- Nic mnie nie obchodzi, co myślałaś. – wtrąciła Amy. – Lepiej coś wymyśl, Grey. – powiedziała z swoimi brązowymi oczami utkwionymi we mnie. Odwróciła się powoli, przez ułamek sekundy wydawała się powstrzymywać złośliwy uśmiech.
A więc to tak. Co za wredota.
Zrozumiałam. Pokrowiec był otwarty, bo Amy wcześniej zdążyła się do niego dobrać i wyjąć mój kapodaster. Potem sprawiła, że zaczęłam latać, jak idiotka w kółko, czując się przy tym głupio, wiedząc, że niczego nie znajdę. I skorzystała z sytuacji, by móc na mnie nawrzeszczeć. To tylko teoria oczywiście. Bardzo prawdopodobna teoria.
Nie wiem, jaki jest cel tego, co ona robi, ale to nie prowadzi do niczego dobrego, ani dla mnie, ani dla niej i całego zespołu.
- Kończą ci się pomysły? Zaraz wchodzimy, Grey. – powiadomiła mi Amy.
Posłałam jej najchłodniejsze spojrzenie, na jakie było mnie stać.
Moje koleżanki zniknęły gdzieś, pewnie przy wejściu na scenę. Nie pozostawało mi nic innego tylko wziąć moją gitarę i ustawić się z nimi. Westchnęłam ciężko i wyjęłam gitarę z pokrowca, szybko się odwróciłam i…
Wtedy ktoś mnie złapał na nadgarstek, obrócił mnie w swoją i przyciągnął mnie do siebie. Starałam się tylko, by moja gitara nie uległa uszkodzeniu przy tym.
Nieważne jak bardzo cieszyłam się, że go widzę, musiałam iść. Nie było czasu na pogaduszki.
- Hej, nieznajoma… Miło cię znowu spotkać.
- Co tu robisz? – spytałam go. Było to głupie pytanie, ale i tak je zadałam. Miał na sobie zwykły biały t-shirt z dekoltem w serek – jak poprzednim razem, jego spodnie jak zwykle zwisały nisko i miał na sobie bajerancko drogie buty. Ale dla niego to pewnie nic.
- Jak myślisz? Występuję za pół godziny. Trudno jest cię znaleźć. – powiedział, wgapiając się swoimi orzechowymi oczami w moje. Był niebezpiecznie blisko, ale nie zrobiłam kroku w tył. Poza tym wciąż trzymał mnie za nadgarstek.
Justin ustawił kapodaster na gryfie mojej gitary – nie mój kapodaster. – Zdaje się, że potrzebujesz tego.
Odebrało mi mowę, wiec tylko skinęłam głową, jak idiotka.
- Co się stało z twoim? – spytał.
- Tamta blondyna mi ukradła go. To znaczy… podejrzewam, że to ona – wyjęczałam cicho. – Muszę iść… - powiedziałam i spróbowałam się mu wyrwać, ale na próżno.
- Zobaczymy, co mogę zrobić w tej sprawie. W takim razie… zobaczymy się później… właśnie, nie powiedziałaś mi swojego imienia.
- Angelina.
- Zobaczymy się później, Angel.
Hm. Angel. Ciekawe zdrobnienie. Poczułam, że kolana mi miękną. Bałam się, że zaraz się przewrócę i narobię sobie wstydu przed wszystkimi – i dziewczynami, i moimi przyjaciółmi, i Bieberem. Uhh.
- Tylko nie idź nigdzie. – ta prośba bardziej przypominała histeryczne błaganie. Uśmiechnął się szelmowsko i odpowiedział.
- Nie pójdę, możesz być spokojna. Mam koncert do zagrania. 
Zanim pozwolił mi iść, złapał za gumkę na końcu mojego warkocza i zsunął mi ją z włosów. Poczułam, jak się rozsypują. O dziwo nie zirytowało mnie to ani trochę. Przeczesałam je szybko palcami.
- Tak lepiej. – powiedział i zrobił krok w tył.
Mrugnęłam dwa razy i pobiegłam do dziewczyn.

Trzeba było zobaczyć minę Amy, gdy zobaczyła, że jednak mam kapodaster.
Był trochę bardziej skomplikowany od mojego, ale to pewnie znaczyło, że po prostu był bardziej porządny. Rozpracowałam go w parę sekund i założyłam na drugi próg, by zagrać Born This Way. Nie poszło nam najgorzej. Przez cały występ miałam dobry humor i uśmiechałam się do publiczności, która klaskała do rytmu. Przypomniały mi się słowa Justina. Kluczem do tego wszystkiego była dobra zabawa.
Nie zerkałam zbyt wiele razy w stronę moich przyjaciół, gdybym na nich spojrzała, to bym się zaczęła śmiać do mikrofonu. Wiedziałam także, że tam stoi Tay ze swoją dziewczyną, ale w tej chwili to nie miało dla mnie znaczenia. Mogłam mu pokazać, że nie potrzebuję go, by móc się dobrze bawić.
Starałam się nie rozmyślać o tym, że właśnie spełniło się jedno z moich życzeń. Spotkałam Justina ponownie. To się działo naprawdę. Z niewyjaśnionych powodów Justin był wszystkim czego teraz chciałam. Jego brązowe oczy zahipnotyzowały mnie, jego sposób bycia wydawał mi się ciekawy. Chciałam go lepiej poznać. Chciałam spędzić z nim jak najwięcej czasu, zanim wyjedzie. Nie mogłam się doczekać aż zejdę ze sceny. Chciałam się przekonać, czy on tam czeka na mnie, jak obiecał.


[chasing-that-moment.blog.onet.pl]
Na tym rozdziale zakończyło się moje pisanie tego bloga, wiele razy chciałam do niego powrócić, znalazły się Belieberki, które chciałyby, żebym kontynuowała, ale liceum zabrało mi czas i chęci na pisanie. Nie wiem, czemu reaktywuję tego bloga. Może dlatego, że mam bilet na JB w Łodzi (sdsfdgdsgsdg tak, mam! *.*)? Te opowiadanie jest jednym z moich bardziej udanych, oczywiście pisząc je dwa lata temu jako niespełna 16-latka, robiłam sporo błędów, z resztą nadal je robię, więc proszę wybaczcie mi x).
O czym ja tu chciałam napisać? Aaaa, zamierzam dopisać jeszcze parę rozdziałów. Wybaczcie, jeśli piosenki, opisy i sytuacja będą przestarzałe, właśnie próbuję wymyślić, jak pogodzić opowiadanie z prawie 19-letnim Justinem, gdy zaczęłam pisać o 17-letnim... No ale no nic. Spróbujemy. Wierzę, że dociągnę to opowiadanie do końca.
Mam nadzieje, że ktoś mnie jeszcze pamięta :D

Rozdział 6 "Find Me"

Opublikowano: 19 września, 2011


It was only just a dream.

Ryan? – Justin wypowiadał imię swojego przyjaciela z iPhonem przytkniętym do ucha. Zaczynał się już martwić. W końcu ile można czekać aż twój kumpel odbierze telefon? Albo inaczej, ile można czekać zanim się stanie się to jasne, że cię ignoruje? Ale czy Ryan miał powód, żeby być złym na niego?
- Ryan, idioto, odbierz. – warknął zniecierpliwiony. Teoretycznie jego kumpel nie miał prawa być na niego zły. Co Justin takiego mu zrobił? Zignorował go? Tak, właśnie to zrobił. Ale gdyby spojrzeć na to z drugiej strony, to było w pełni uzasadnione i Ryan powinien zrozumieć, że Justin bywa zajęty. Jego praca to nie tylko śpiewanie dla ludzi i zgarnianie za to kupę kasy. To także ciągłe próby do występów, udzielanie wywiadów i podpisywanie papierów. Ciężkie decyzje, od których może zależeć jego dalsza kariera. Obowiązki, obowiązki. Od tego wszystkiego czasem bolała go głowa. Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której zabrakłoby nagle Scootera.
W końcu w telefonie zabrzmiał znajomy głos.
- Tutaj Ryan Butler, jeżeli nie jesteś takim jednym zarozumiałym idiotą, to proszę zostaw wiadomość. – powiedział i rozłączył się. Justin przewrócił oczami.
Zirytowany położył się na łóżku w niepozornie wyglądającym domku w Stratford i zaczął gapić się bezradnie w sufit. Ryan chyba się trochę wkurzył.
Spróbował inaczej.

„Potrzebuję cię, stary. Oddzwoń. To pilne.”

Napisał i nacisnął „wyślij”. Chociaż wiedział, że szanse tego, że odpisze czy oddzwoni były bardzo małe.
Minęło pięć minut. Justin nie zmienił pozycji o milimetr. Co pięć sekund sprawdzał skrzynkę odbiorczą. Za każdym razem nie miał żadnych nowych wiadomości. Dziesięć minut później. Nic. Piętnaście minut później. Nadal nic. Jakże to irytujące…
Jego intencje nie były do końca czyste, nawet tym razem, za co miał wyrzuty sumienia. Przypomniał sobie o Ryanie dopiero, gdy okazało się, że on może mu pomóc odkręcić jego głupie błędy.
Dlaczego nie poprosił Dziewczynę o jej numer? Dlaczego nie zapytał jej chociażby o jej imię? Dlaczego był takim idiotą, by pozwolić jej odejść bez żadnej konkretnej informacji na jej temat, oprócz tej, że stanowczo za rzadko się uśmiecha, rzecz jasna?
Prawda była taka, że nie mógł przestać o niej myśleć. Interesował go jej sposób bycia, ostrożność z jaką wypowiadała każde zdanie, jakby bała się, że kogoś zrani, jej duże ciemnoniebieskie oczy. Nadal chciał poznać jej sekrety. Czuł, że jest mu tak bliska, a jednocześnie jest tak daleko.
Dlatego musiał chociaż spróbować ją odnaleźć. A samemu byłoby mu znacznie trudniej.
Nagle iPhone zawibrował.

„Wybierz fioletowe. W różowych trampkach wyglądasz jak pedał. Albo spytaj Scootera. On na pewno zna się na tym lepiej niż twój najlepszy kumpel.”

Justin warknął sam do siebie poirytowany. To nie było ani trochę zabawne.

„Przestań się mazgaić.”

Wysłał. Po dwudziestu minutach przestał wyczekiwać odpowiedzi od przyjaciela. Ryan był niewątpliwie na niego zły. Dobra, może miał do tego powody. Jednego tylko nie rozumiał. Jak miał to naprawić, skoro Ryan odciął się od niego, uniemożliwiając mu to?
Był bezradny wobec obu problemów. Coś jednak musiał zrobić. Nie mógł leżeć cały dzień na tym łóżku, czekając aż Szatynka, której imienia nie znał, albo Ryan zadzwonią do jego drzwi.
Wpadł na pewien pomysł. Nałożył swoją ulubioną bluzę z kapturem i zaczął szukać, jakiś niedrogich okularów przeciwsłonecznych – takich, w których nikt nie rozpoznałby go. Potem uznał, że zakładanie okularów nie ma żadnego sensu, skoro leje. Zdał sobie sprawę, że gdyby założył okulary, więcej ludzi zwróciłoby na niego uwagę, bo kto nosiłby okulary przeciwsłoneczne, gdy na niebie nie ma żadnego śladu po słońcu?
Zabrał iPhona i miał już wyjść na zewnątrz, ale zatrzymała go jego matka, Pattie Mallette.
- Gdzie ty się wybierasz? – spytała z założonymi rękami. – A co z lekcjami?
Justin uśmiechnął się szeroko i odpowiedział mamie krótko:
- Do szkoły.

- Dzięki, Scooter. Uratowałeś mi życie. – rzucił, gdy wysiadał z nierzucającej się w oczy Toyoty, na jakiejś mniej ruchliwej uliczce, z której bardzo łatwo mógł dojść do swojego dawnego liceum niezauważony.
Pięć minut później stał już pod malutkim daszkiem na tyłach szkoły. Według zegarka w jego telefonie za pięć minut zaczynała się przerwa, którą musiał przeczekać. Nie mógł tak po prostu wejść do szkoły. No chyba, że miałby ochotę rozdać kilka set autografów, wysłuchać podobnej liczby wyzwisk, albo odpowiedzieć na wszystkie ich pytania. Nie chciał zdezorganizować całego dnia w szkole. To byłaby głośna sprawa. Ludzie lubią gadać. Informacja dostałaby się do Internetu - parę osób napisałoby o tym na Facebook’u, inni na Twitterze, jeszcze inni w komentarzy na jakiś forach. A z internetu dowiedzieliby się paparazzi. Koniec wolności i spokoju.
Gapił się na spadające krople przez prawie dwadzieścia minut. Gdy usłyszał dzwonek na lekcje, znudzony na śmierć odważył się wejść do szkoły, mając nadzieję, że będzie miał szczęście. Po wejściu rozejrzał się dookoła – nie tylko, by się upewnić, czy korytarz jest pusty (a nie był, dlatego starał się nie pokazywać twarzy, mógł przecież udawać, że jest jednym z tych trudnych nastolatków, którzy wychodzą na przerwach zapalić i potem spóźniają się) ale by przywołać wspomnienia dotyczące tego miejsca. Szkoła nie zmieniła się ani trochę. Korytarze nadal były bardzo jasne i przestrzenne (i pokręcone, co działało na jego korzyść). Po prawej stronie od wejścia była gablota z największymi osiągnięciami uczniów, wśród nich również te sportowe. Wśród nich były medale, które wygrali grając w kosza. Przyglądając się zdjęciu drużyny, zdał sobie sprawę, jak bardzo jego życie się zmieniło od tamtego czasu. Tęsknił do niego. Potem spojrzał na swoje odbicie w szybie. Na zdjęciu w gablocie znajdował się wesoły czternastolatek w sportowym stroju, a odbicie w szybie przypominało bardziej ubranego w drogie (i szpanerskie) ciuchy chłopaka, w którym nie pozostała ani odrobina życia.
Pokręcił głową. Postanowił o tym nie myśleć. Przypomniał sobie, dlaczego tu jest. No tak. Ryan i Ona. Albo raczej tylko Ona. Ryan nie chce z nim gadać.
Przeszedł się powoli po szkole zastanawiając się, co dalej. Jak znaleźć Ryana? Nie miał gwarancji, że Ona też chodzi do tej szkoły. Jedno było pewne – do jakiejś szkoły chodzi. Stratford było na tyle małe, by zdążył przeszukać wszystkie. Z Ryanem, czy bez (ale rzecz jasna z nim byłoby o wiele łatwiej).
W jego głowie ułożyło się kilka planów działania, niestety żaden nie dawał gwarancji skuteczności i każdy miał jakieś wady. Na przykład mógł zaczekać przy szafce Ryana aż przyjdzie (bo kiedyś musi), jak jakaś bestia, i wtedy wyciągnąć go siłą ze szkoły, ale musiałby to robić na przerwie, gdy korytarze zapełnią się ludźmi. Ta myśl wzbudziła w nim jakieś dzikie pragnienie zrobienia czegoś szalonego. W końcu doszedł do wniosku, że schowa się i zwabi go jakoś do siebie. Oczywiście wszystko będzie się działo podczas przerwy, więc będzie trochę zabawnie.
Poszedł, więc do jednego z damskich obskurnych szkolnych kibli. Dlaczego do damskiego? Miał zamiar tu się zabarykadować, a że kobiety są z reguły mniej silne niż mężczyźni, więc mniejsze szanse, że któraś się dostanie do środka. A poza tym miał sposoby na dziewczyny. Co one mogłyby zrobić, gdyby zobaczyły Justina Biebera?
Patrząc na zegarek, siedział na śmietniku z napisaną już dawno wiadomością do Ryana. Musiał się upewnić, że to on będzie pierwszym, który tu dotrze. W tej samej sekundzie, co dzwonek zadzwonił, nacisnął „wyślij”. A wiadomość brzmiała tak:

„Przyjdź do damskiego kibla przy dziesiątce, albo zrobię coś strasznego.”

Uśmiechnął się do siebie. Miał jakieś śmieszne przeczucie, że go posłucha.
Zanim jednak Ryan dotarł do niego do łazienki weszła jakaś dziewczyna, której nie kojarzył.
Cholera, zapomniał zabarykadować drzwi.
Gapiła się na niego przez kilka sekund. Mógł z jej oczu wyczytać, czy go kocha, czy nienawidzi. Blondynka uśmiechnęła się szeroko, zanim nastąpił jakiś niespodziewany (albo raczej spodziewany?) wybuch entuzjazmu czy ekscytacji, gestem nakazał jej być cicho i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem aniołka.
Przyda się mi, pomyślał.
Szybko wyjął z kieszeni „zestaw ratunkowy” składający się z markera i biletu na jego nadchodzącą trasę koncertową.
- To dla ciebie. – wręczył jej bilet. Dziewczyna ze zszokowaną miną wzięła go do ręki i wgapiała się w Justina jak w bóstwo. Wręczyła mu zeszyt, w którym się podpisał i narysował serduszko.
- Nie mogę uwierzyć, ze to naprawdę ty! – wypiszczała.
W tym samym czasie Ryan wszedł do łazienki.
- Dobrze cię widzieć, stary! – zawołał Justin.
- To wy się znacie? – odezwała się nieznajoma.
Ryan tylko gapił się na nich dziwnym wzrokiem przez prawie pół minuty, poczym krótko skomentował:
- Wiedziałem, że wymyślisz coś chorego.
Justin go zignorował i zaczął wyjaśniać dziewczynie jej zadanie w jego „chorym” jak twierdził Ryan, planie.
- Wyjdziesz na zewnątrz i powiesz wszystkim, że jestem w tej szkole, ale nie powiesz, gdzie dokładnie. – dziewczyna przytaknęła, patrząc na niego wzrokiem śliniącego się psa – Możesz też powiedzieć, że on mnie zna, no chyba, że zgodzi się mi pomóc. – Justin spojrzał znacząco na swojego kumpla. Nie ma to jak dobry szantaż.
Ryanowi opadła szczęka.
- Stary, co ty odpierdzielasz?
- On, zgadzasz się pomóc Justinkowi? – zapytała dziewczyna. Ryan uśmiechnął się głupawo, co próbował ukryć, na zdrobnienie, którego dziewczyna użyła.
Przytaknął rozbawiony.
- On się zgadza.
Justin uśmiechnął się podstępnie. Dziewczyna wyszła. Wtedy Justin, podsunął metalowy śmietnik pod drzwi, tak, żeby nikt nie mógł ich otworzyć.
- Po co mnie tu ściągnąłeś? Znowu masz jakieś pedalskie zapędy? – zapytał Ryan.
Justin ucieszył się. Jeżeli Ryan żartował, to znaczyło, że nie jest już zły. Nie musiał go szantażować. Wiedział, że przyjaciel pomoże mu z własnej woli.
- Jest taka dziewczyna… - zaczął wyjaśniać.
- I co? Urok Justina Biebera na nią nie działa? Już ją lubię. – wtrącił Ryan z głupawym uśmiechem.
- Zamknij się i daj mi skończyć. – wyszczerzył zęby Bieber. – Nie chodzi o to. Nie mam jak się z nią skontaktować. Myślę, że może chodzić do tej szkoły.
- Jak ma na imię.
- Nie wiem. – wypalił sfrustrowanym tonem.
Ryan zakrył oczy z zażenowaniem. – Co za kretyn.
- Mniejsza o to. Mamy tylko jedną przerwę na działanie. Zamieńmy się ubraniami. – powiedział Justin i ściągnął swoją fioletową bluzę.
- Po co? – zdziwił się Ryan i też zaczął ściągać buty.
- Za chwilę cała szkoła będzie wiedzieć, że jestem w szkole.
- Właśnie tego nie rozumiem. Myślałem, że nie zamierzałeś ściągać na siebie uwagi mediów. Rozmyśliłeś się, czy co?
- To dla zabawy. A media się nie dowiedzą, bo to będzie fałszywy alarm. Dlatego daję ci swoje ubranie. Gdy zaczną cię gonić, uciekaj i zdejmij kaptur. Wtedy się skapną, że ty to nie ja. W tym czasie ja będę mógł swobodnie się rozejrzeć, przebrany za ciebie.
- Czyli jestem przynętą?
- Sorry, stary. – powiedział Justin, nakładając jednocześnie szarą czapkę Beanie Ryana tak, żeby zakryła jego włosy. Ryan już wyglądał jak Bieber – miał na sobie bluzę z napisem YMCMB, w której już widziano Justina wiele razy, wąskie spodnie i buty – drogie i typowe dla Justina. Do tego dostał od niego okulary przeciwsłoneczne. Justin miał na sobie stary zbyt luźny na niego dres Ryana i zniszczone buty. Wyciągnął jeszcze z kieszeni okulary – połówki, które zagrabił od Pattie.
Spojrzeli oboje w lustro.
- Wyglądam jak idiota. – skomentował Ryan.
- Ja też. – odpłacił się mu  Justin. – Dobra, teraz idź. – powiedział i wypchnął swojego kumpla za drzwi babskiego kibla. Trzy minuty później sam wyszedł.
Starał się patrzeć w dół i zachowywać się naturalnie, w razie gdyby ktoś go rozpoznał, był gotowy zmienić głos i udawać brytyjski akcent. Przemieszczał się w prawie pustych korytarzach, słysząc gdzieś w oddali swoje nazwisko i krzyki. Nie miał pojęcia, co robić, gdzie dalej szukać. Przecież mógł to zamieszanie zrobić na darmo. Obejrzał wszystkie zdjęcia drużyn sportowych, ale na żadnym jej nie znalazł. Sprawdził tablicę pani Robberts, ale na niej widniały tylko jakieś nazwiska, które mu nic nie mówiły. Poczuł nagły przypływ ekscytacji. Jedno z tych nazwisk mogłoby należeć do niej. Zrobił zdjęcie tablicy.
Jak dotąd nikt nie zwracał uwagi na niego. Postanowił, więc bardziej zaryzykować – zbliżyć się do Ryana „Biebera”. Mogło być tak, że ona też chciała go spotkać, na co cicho liczył.
Zbliżył się do drzwi wyjściowej. Nagle zauważył Ryana „Biebera” uciekającego przed jego fankami i szybko wskoczył w głąb korytarza. Obserwował kumpla – to jak wykonywał jego plan. Ryan dobiegł do wyjścia i nagle odwrócił się w stronę fanek.
- Czego ode mnie chcecie? – zawołał głośno. Justin nie mógł się nie roześmiać. Ryan nie musiał grać. Był naprawdę przerażony. Justin od początku wiedział do czego są zdolne jego fanki.
Nagle usłyszał czyjś surowy głos zza pleców.
- Czy może mi pan powiedzieć, co tu się dzieje? – spytał mężczyzna.
Justin odwrócił się w jego stronę, jak oparzony. Spojrzał na niego wielkimi oczami. Cholera. To był profesor Peterson – nauczyciel chemii, od którego uciekł parę lat temu. Rozpozna go. Na pewno go rozpozna, gdy spojrzy mu w oczy.
- Nie wiem… - powiedział roztrzęsiony udając brytyjski akcent, chociaż to nie miało sensu.
Profesor Peterson popatrzył przez chwile na niego, jakby był pewny, że to właśnie on jest winny temu zamieszaniu, poczym niespodziewanie minął go i powędrował w stronę Ryana „Biebera”, który właśnie zdjął kaptur. Z szybko bijącym sercem przyglądał się tej sytuacji. Jego fanki nie rozeszły się jeszcze. Wszystkie wgapiały się z niedowierzaniem w Ryana już nie Biebera.
Obok Justina przeszła długowłosa, wysoka szatynka z zielono-szarym plecakiem. Jej włosy się układały dokładnie jak…
To Ona.
Justin miał ochotę krzyknąć za nią, ale wtedy zwróciłby uwagę wszystkich uczniów na siebie, więc to nie było najlepszy pomysłem. Pytanie tylko, co jest dla niego gorsze. Paparazzi w Stratford, czy fakt, że znowu pozwoli jej odejść, nie znając jej imienia.
Nie. Nie mógł się ujawnić. Jeszcze jakoś ją zdobędzie. Ale nie tym kosztem.
Obserwował ją uważnie. Zaczęła się przeciskać z trudem przez tłum fanek, który już się powoli rozchodził, aż dotarła do Ryana. Spojrzała na jego kumpla ze zdziwieniem, które mógł dostrzec w jej ciemnoniebieskich oczach nawet z tak dużej odległości. Zauważyła, że miał na sobie jego bluzę.
- Ryan, dlaczego udajesz Biebera? – spytała jego kumpla, jakby tamten miał coś nie tak z głową.
Znali się. Rozmawiali. Justin uświadomił sobie jak duży to plus, że Ona znała się z Ryanem.
Oszołomiony tym odkryciem szybko wycofał się w tył korytarza, zanim zamieszanie z Ryanem nie utraci na zainteresowaniu, i zaczął kierować się w stronę szafki kumpla. To co miał zamiar zrobić było ryzykowne. I to bardzo.

*

You can never say never while we don’t know it.

- Ale on naprawdę tu był! – próbowała mnie przekonać Isabelle. Byłyśmy w drodze na historię, na której nic nie powinno mnie rozpraszać. A na pewno już nie coś takiego.
Westchnęłam ciężko. Tak bardzo chciałabym, żeby słowa mojej przyjaciółki były prawdziwe.
- Mówiłam ci, to był Ryan. Sama to widziałam. – próbowałam jej wytłumaczyć. Byłam pewna, że Isabelle mogła dostrzec, że jestem trochę przygaszona. Modliłam się, by nie zinterpretowała tego dziwnie… albo co gorsza poprawnie.
Justin nie pojawił się wcale w szkole. Dlaczego miałby to robić? Jakimś dziwnym trafem Ryanowi udało się oszukać wszystkich. Nawet ja przez chwilę wierzyłam, gdy Isabelle mi powiedziała, że podobno zawitał do nas gwiazdor o imieniu Justin Bieber – tak bardzo mi bliski, a przynajmniej czułam, że taki był. Ten sam, co tydzień temu śpiewał swoją własną piosenkę ze mną.
- Przysięgam, widziałam go na własne oczy! Nie mówię o Ryanie! Miał na sobie tę fioletową bluzę!
Pokręciłam głową. – Nie. To musiał być Ryan. Z jakiś niewyjaśnionych powodów postanowił się przebrać za Biebera.
- Przecież to ja powiedziałam wszystkim, że Justin jest w szkole! Myślisz, że wymyśliłam sobie to? Nie zrobiłabym temu wszystkim Belieberkom tej szkoły!
Wzruszyłam ramionami i otworzyłam usta próbując dobrać odpowiednio słowa. Nie było to łatwe. Nie chciałam rozwiewać jej marzeń. A może nie chciałam rozwiewać swoich marzeń?
- Wybacz, ale na jakiej podstawie mam ci wierzyć, Bells? – powiedziałam delikatnym tonem. – Wiem, że dla ciebie to ważne, ale to byłoby dziwne, gdyby się nagle tu pojawił. Dlaczego miałby? – spytałam sama siebie.
Odpowiedzią mogłabym być ja. To była optymistyczna wersja. Pomińmy ten fakt, że jest sławny. Dlaczego mam oczekiwać od chłopaka, że będzie próbował mnie zdobyć? Nawet jeżeli jakimś cudem podobam się mu, dlaczego miałby mnie szukać? Tay mnie lubił. Mimo to przestał o mnie zabiegać. Bo łatwiej było odpuścić i poczekać na kolejną. Nie mam żalu za to. Do obu.
Wiem tylko, że gdybym to ja wpadła na trop Justina, nie odpuściłabym. No chyba, że by wyjechał. Wtedy stałoby się jasne, że mnie nie chciał wcale.
- Nie wiem. Nie zachowuj się, jakbyś umiała czytać w myślach, Anne. Justin mógł mieć jakiś powód, by tu przyjść. – powiedziała Isabelle równie przygaszona jak ja. – Ja wiem, że Justin był tu. Weszłam do toalety, a on tam był.
Zaśmiałam się krótko. – Co robił w damskiej toalecie?
- Hm. – Isabelle zaczęła grzebać w swojej torebce. – Co powiesz na to? – powiedziała przeglądając zeszyt. Otworzyła go na przedostatniej stronie, na której znajdował się podpis. Zaparło mi dech w piersiach. Wyrwałam zeszyt mojej przyjaciółce, aż się oburzyła i obejrzałam podpis Justina i małe serduszko, które narysował obok. Przewróciłam stronę dalej. Tam zobaczyłam bilet na koncert Justina w Toronto z wejściówką za kulisy.
- Skąd to masz? – spytałam oszołomiona. Poczułam nagły przypływ nadziei i uśmiechnęłam się do siebie. Miło było trzymać w ręce coś, co wcześniej należało do niego.
Oddałam zeszyt, starając się nie pokazywać, jak bardzo było to dla mnie ważne. Odwróciłam wzrok od mojej przyjaciółki i spuściłam głowę.
- Czy nie słuchałaś mnie? – spytała gniewnie. Zrobiło mi się głupio, bo taka była prawda. Cokolwiek powiedziałaby – ja bym temu zaprzeczyła. – Zmieniłaś ton. Teraz mi wierzysz? Podpisał mi zeszyt i wtedy… - urwała nagle.
Zatrzymałam się i spojrzałam na nią wyczekując jej dalszej wypowiedzi. Ale Isabelle milczała.
- Co dalej? – zapytałam, wytrącona z równowagi.
- Nie mogę powiedzieć. – ściągnęła brwi.
- Dlaczego? – oburzyłam się.
- Bo obiecałam.
Co mu obiecała. Muszę. Wiedzieć.
- Jesteś moją przyjaciółką. Powiedz mi. – próbowałam wycisnąć z niej prawdę. Tak naprawdę byłam trochę zazdrosna, że udało jej się go zobaczyć, a mi nie było to dane. Gdybym poszła z nią do tej łazienki…
- Nie. Nie powiem ci i tyle. Nie wierzyłaś mi. Ty zawsze wiesz lepiej. A gdy czegoś nie wiesz, chcesz to wyciągnąć ze mnie za wszelką cenę. – powiedziała rozgniewana i odeszła szybkim krokiem w stronę klasy, gdzie mieliśmy historię. Poczułam wyrzuty sumienia. Zaczęłam nerwowo poprawiać włosy i poszłam za nią, nie starając się jej gonić.
- O co poszło? – zaczepił mnie Ryan z głupawym uśmieszkiem na jego twarzy. Był ostatnią osobą, którą chciałam oglądać. Poniekąd byłam na niego zła, za to, że rozbudził we mnie fałszywe (a może nie?) nadzieje. Przewróciłam oczami i niewzruszona, zaczęłam iść dalej.
Dogonił mnie. – Dobra. Nie chcesz to nie mów.
Nie mogłam go ignorować. Potrzebowałam się komuś wygadać, ale niezbyt mogłam mówić o wszystkim.
- Nieważne. – Westchnęłam ciężko.
- Jeżeli jesteście na tyle skłócone, by nie siedzieć razem, ja mogę zaoferować miejsce obok siebie.
- Nie, dzięki. – uśmiechnęłam się słabo.
- Jak sobie życzysz. Wezmę tylko książki z szafki.
- Ok.
Poszliśmy do jego szafki, na której zastaliśmy dziwną niespodziankę. Na jego szafce znajdował się dziwny napis. Przez chwilę oboje gapiliśmy się na niego z otwartymi buziami.

„Idę po ciebie, One Less Lonely Girl.
                                                    J.”

- To chyba nie do ciebie. – wyksztusiłam do Ryana, który był równie zszokowany, co ja.
- To do kogo to? Albo od kogo?
Udałam, że nie wiem i wzruszyłam ramionami. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa. Dobrze wiedziałam, że to Justin. Było to napisane tym samym fioletowym markerem, co podpis w zeszycie Isabelle. I dobrze wiedziałam, że to do mnie. Ponieważ, nikt inny nie nazwał mnie nigdy One Less Lonely Girl. Tylko dlaczego wybrał szafkę Ryana?
Spojrzałam na Ryana. Wydawał się bardziej spięty niż zwykle. Wolałam się upewnić, czy na pewno nie wie o kogo chodzi. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że Justin jest w Stratford. Inaczej będzie miał przechlapane.
Mam jeszcze jedno pytanie. Co chciał mi przez to przekazać? Nadal nie mogę się z nim skontaktować.
Jedno jest pewne. Justin nie zapomniał o mnie i zależy mu na mnie.
Oszołomiona poszłam na historię, a gdy przechodziłam tędy po lekcji, by zmyć tę wiadomość, już jej nie było.
Kto jeszcze to widział, oprócz mnie i Ryana?