niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 7 "Hey, Stranger"

Opublikowano (na onecie): 31 października, 2011


I will be alright.

Następnego dnia obudziłam się z okropnym bólem głowy. Nie spałam zbyt dobrze tej nocy. Moje myśli były poświęcone wymyślaniu diabelskiego planu i składaniu fragmentów układanki w całość. Niestety nic nie udało mi się wymyślić i nic nie miałam.
Szkoła dzisiaj potwornie mi się dłużyła. Przechodziłam wiele razy obok szafki Ryana, licząc że może znowu pojawi się na niej jakaś wiadomość lub cokolwiek, co by mogłoby dowieść, że Justin zjawił się tutaj. Isabelle też nie rozmawiała ze mną, a przynajmniej próbowała tego nie robić. Znałam ją zbyt dobrze i wiedziałam, że nie potrafi długo się gniewać. Na pracy klasowej z biologii nawet ściągała ode mnie i pytała o odpowiedzi, chociaż wiedziała, że to nie mogło do niczego prowadzić, bo biologia nie była moją mocną stroną. Mdliło mnie na tym przedmiocie.
Gdy byłam w trakcie odpowiadania na jedno z pytań dotyczących układu oddechowego, olśniło mnie. Czemu o tym wcześniej nie pomyślałam? Jak mogłam zapomnieć?
Przerwałam pisanie testu. Przypomniałam sobie o końcowym momencie mojego życia, który miał nastąpić w niedziele na koncercie charytatywnym, gdzie miałam grać (bo raczej nie śpiewać) z innymi sukami z naszej szkoły Price Tag i Born This Way. Cudem byłoby, gdybyśmy wypadły jakoś sensownie, biorąc pod uwagę nasze przygotowanie (nie miałyśmy przygotowania) i to, że zostawiły mnie z Bieberem podczas ostatniej próby. Ale czy on nie miał się tam pojawić? Tak. Miał. Właśnie.
Tylko jak miałam zamiar sprawić, by mnie zauważył w paro tysięcznym tłumie? Muszę to jeszcze przemyśleć.

- Idziecie ze mną? – krzyknęłam z mojego pokoju. Moje siostry nie miały szczególnie wyczulonego słuchu, ale jeżeli coś chciały usłyszeć to nie miały z tym najmniejszych problemów. – Hej?! Jest tu kto? – zawołałam jeszcze raz.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam moją czerwonowłosą starszą siostrę, nad którą unosił się kłębek dymu najprawdopodobniej papierosowego. Przeszły mnie ciarki. Już dawno przestałam próbować wybijać jej to z głowy, bo i tak nic nie byłam w stanie zrobić. Nawet postanowiłam nauczyć się to tolerować. Nie chciałam jednak dawać tego rozczarowania mamie i tacie, gdy zobaczą ich „małą dziewczynkę” z papierosem w ustach. Tym bardziej, że Danielle się bardzo wzorowała na Marie. To Marie zaczęła słuchać Biebera, niedługo potem Dani kupiła sobie jego płytę. Marie przefarbowała włosy na czerwono, mama nie pozwoliła Danielle na czerwień, ale rudy to co innego.
Otworzyłam okno. Uderzyła we mnie fala zimna. Niebo było zachmurzone, ale nie padało. Dziwna ta pogoda, jak na czerwiec.
- Marie! – wydarłam się do niej.
Nie słyszała mnie. Albo nie chciała usłyszeć. Zauważyłam, że to pierwsze było dobrym wyjaśnieniem, bo z jej kieszeni wystawał kabelek od słuchawek.
- HEEEJJ! – wrzasnęłam najgłośniej, jak mogłam. Nie było to najmądrzejszym posunięcie, jeżeli miałam zamiar śpiewać na tym koncercie. No cóż, i tak nie traktowałam tego zbyt poważnie.
Marie wyrwała swoje słuchawki z uszu i ze ściągniętymi brwiami odwróciła się gwałtownie. Jej spojrzenie miało charakter „nie mogę cię zabić z takiej odległości, ale spróbuję”.
- Czego chcesz ode mnie? – zawołała i zaciągnęła się swoim papierosem jakby mi na złość.
Przewróciłam oczami. – Nie o to chodzi.
- To niby o co?! – podniosła głos na mnie.
- Możesz się zamknąć raz w życiu? Mam zamiar ci powiedzieć.
- Czekam. – wtrąciła znowu, co sprawiło, że zagotowało się we mnie. Marie skrzyżowała ręce przed sobą.
- Idę na koncert charytatywny. Idziecie ze mną?
Prychnęła. – Dlaczego mam iść tam? Żeby pogapić się jak jakieś małolaty drą mordę?
Zaczynało mnie to powoli wkurzać.
- Bo będzie tam śpiewał twój ukochany Bieber. – poinformowałam ją.
Nie odpowiadała przez chwilę. Zaczęła się namyślać. Zgasiła papierosa nawet.
- Gdzie jest haczyk?
- Coo? – spytałam. Zbiła mnie z tropu tym pytaniem. – Haczyk? Dlaczego zakładasz, że jest jakiś haczyk?
- Bo nie lubię być wykorzystywana. A poza tym już dawno przestałam wierzyć w czystość twoich intencji. Zawsze, gdy chcesz zrobić coś dobrego dla mnie, czerpiesz z tego korzyść.
Zmrużyłam oczy z zażenowania.
- Jeżeli już tak bardzo chcesz poznać, czym jest „haczyk”, którego na marginesie nie ma, to proszę bardzo, powiem ci. Skoro już jedziesz ze mną, to przydasz się na coś i zawieziesz nas.
- Ależ uknułaś podstępny plan. – prychnęła. Jeszcze przekona się jak bardzo „podstępne” plany potrafię układać. – Zabieramy małą?
- No chyba nie zostawimy jej w domu, co byłoby dużo łatwiejszym rozwiązaniem, ale jeśli zostanie to ze złości może zdemolować tutaj coś.
- Racja. Nie mamy wyboru.
- Tylko mam jeden warunek. – powiedziałam. – Zostawiasz fajki w domu.
Po zmianie jej wyrazu twarzy wywnioskowałam, że nie podoba jej się to. Ale nie obchodziło mnie, co o tym myśli.
- Po prostu nie zamierzam zostać biernym palaczem. – poinformowałam ją. – A skoro zabieramy Danielle, to nie masz zbyt wielu opcji. Gdy nasza młodsza siostra się dowie, to od razu powie mamusi. Wierz mi, wiem coś o tym. – Dlatego nie dało się z naszą siostrą pogadać szczerze. Ona jest jak kabel, który przesyła informacje prosto do rodziców.
Zamknęłam okno, bo robiło się w pokoju coraz zimniej. Miałam jeszcze trochę czasu, by się przygotować. Sprawdziłam pięć razy, czy spakowałam kapodaster i stroik, a szczególnie to pierwsze. Umalowałam się lekko i splotłam moje włosy w luźnego warkocza. Moje włosy były okropne jeżeli chodziło o fryzury.
Mój telefon zadzwonił. Na ekranie wyświetliła się Isabelle. Westchnęłam ciężko. Nie wiem, czy miałam ochotę z nią teraz rozmawiać. Nie odzywała się do mnie przez cały dzień z powodu jakiejś sprzeczki, która nie miała według mnie żadnego znaczenia.
Niechętnie odebrałam telefon.
- O co chodzi? – niegrzecznie zaczęłam rozmowę.
- Wybierasz się na koncert, prawda?
- Ja tam występuję. – jakbyś nie wiedziała, dodałam w myślach. – I co w związku z tym?
Wiedziałam, do czego brnęła. Chciała tam ze mną wejść, nie tylko dlatego, że ja tam wchodzę za darmo. Z Isabelle rzadko chodziło o pieniądze. Miała jeszcze jakiś ukryty powód, ale nie miałam zielonego pojęcia, co to mogło być. Pomijając samego Biebera, bo dla niego wszędzie poszłaby.
- Myślałam, że idziemy tam razem. – powiedziała oskarżycielsko.
- Myślałam, że nie rozmawiamy ze sobą. – prychnęłam. To było do niej niepodobne, by mi przyznała rację. – Zmieniłaś zdanie?
- Nadal twierdzę, że widziałam prawdziwego Biebera, jeśli o to ci chodzi. – uparła się.
- Może widziałaś, nie obchodzi mnie to, możemy wreszcie zostawić to za sobą? – jęknęłam zniecierpliwiona. Tak, widziała Biebera, ale nie zamierzałam tłumaczyć się, co tam robił. Tym bardziej, że mogę znać odpowiedź na to pytanie. – A tak na marginesie to już jadę z Marie i Danielle. Taka rodzinna integracja.
- Spotkamy się na miejscu? – po jej nagłej zmianie tonu głosu mogłam wywnioskować, że się uśmiechnęła. Nagle słowa, które wypowiedziała stały się ciepłe i pełne entuzjazmu.
- Yhym. – Kiwnęłam głową (pomimo tego, że nie mogła tego zobaczyć). Miałam już się rozłączyć, ale wtrąciła jeszcze parę słów.
- Będą wszyscy. Nawet namówiłam Ryana, by przyszedł. Okay, to nie ja go namówiłam. Powiedział coś tam o wspieraniu przyjaciół i zgodził się. – powiedziała. A potem dodała ściszonym głosem – Chodzą pogłoski, że Tay ma się pojawić.
Ta informacja zamknęła mi usta.

Hey stranger, I’m addicted to the danger.

- Wow. Trochę dużo tu ludzi. – powiedziałam, wysiadając z samochodu Marie. Znajdowałyśmy się w parku. Przeniesiono koncert w to miejsce ze względu na jakieś problemy techniczne, w które nie wnikałam. Na placu przygotowano scenę prawie tak dużą, jak ta w tamtej sali. Zachodzące słońce dodawało temu miejscu uroku. Wpatrywałam się w scenę, jak zaczarowana.
Szturchnęła mnie Marie.
- Co, trema?
Pokręciłam głową, nie odwracając się od tłumu ludzi i sceny. – Może trochę.
Wyjęłam gitarę z bagażnika i zarzuciłam na plecy. Musiałam się teraz dostać za kulisy. Tam będzie na mnie czekać reszta. Niestety.
Zobaczyłam na parkingu Isabelle. Podeszła do mnie z szerokim uśmiechem, jakbyśmy się nigdy nie pokłóciły i wskazała jakieś miejsce w stronę parku.
- Widzisz tamto drzewo? Będziemy tam stali i dopingowali ci. – powiedziała. To domyślne „my” miało znaczyć ją, Marie, Danielle, Ryana, Tay’a, jego dziewczynę i kupę innych ludzi ze szkoły. – Gdy tylko zejdziesz ze sceny, chodź do nas. A potem będziemy dopingować komuś innemu.
Posłusznie przytaknęłam i zaczęłam kierować się w kierunku sceny. Odnalazłam moją nauczycielkę od muzyki i koleżanki w niedużym pomieszczeniu za sceną. Zrobiłyśmy krótką rozgrzewkę i zamierzałam już wyciągać gitarę, gdy zauważyłam, że zamek kieszeni mojego pokrowca jest otwarty.
Cholera, musiałam zapomnieć go zamknąć. Puknęłam się w głowę.
Wyjęłam z kieszeni stroik, dwie zapasowe kostki, ale nie było w niej mojego kapodastra. Czyżbym zapomniała tego też? Zorientowałam się, że mógł wypaść z pokrowca i zostać w samochodzie. Moja głupota mnie zaczynała powoli wkurzać.
- Nie możesz grać bez niego? -  spytała Amy.
Westchnęłam ciężko poirytowana.
- Owszem, mogę. Ale to będzie wymagało gimnastyki moich palców. – powiedziałam. – Musiałabym przez cały czas grać na barowych chwytach. Albo obniżyć całą tonację.
Potrafiłam grać barowe akordy, ale dużo lepiej mi wychodziły te zwykłe.
- Tylko spróbuj. – warknęła na mnie Amy. – Lepiej szukaj tego swojego kapoczegośtam.
- Pójdę sprawdzić, czy nie został w samochodzie. – próbowałam ją uspokoić.
- Na co czekasz? – prychnęła i odwróciła się do mnie tyłem.
Nie byłam na sto procent pewna, czy chciałam zostawić z nimi moją gitarę, ale założyłam, że nic z nią nie zrobią, bo mają na tyle poukładane w głowie. Potem zaczęłam się przeciskać w tłumie. Miałam trudne zadanie do wykonania. Musiałam znaleźć w nim moją siostrę, by dała mi kluczyki do samochodu. I nie miałam zbyt dużo czasu na to.
Poszłam w stronę tamtego drzewa, które wskazała mi Isabelle. Przedostanie się w tamtą stronę przysporzyło mi parę problemów. Zobaczyłam tam Ryana, Isabelle, Danielle i Tay’a. Na tego ostatniego próbowałam nie patrzeć. Nigdzie nie było jednak mojej siostry.
- Ej, a ty nie powinnaś być tam? – spytał Ryan i wskazał na scenę.
Zmęczona przepychaniem się, skinęłam tylko głową. – Gdzie jest Marie? – spytałam moją drugą siostrę.
- Poszła gdzieś tam. – Danielle wskazała ścieżkę prowadzącą w głąb parku. – Spotkała jakąś koleżankę.
- Po co tam… uh, nieważne. – chciałam zadać pytanie, ale zorientowałam się, że już znam powód, którego Danielle nie powinna poznać. Wkurzyłam się na serio. Zaczęłam kierować się w stronę, którą wskazała mi młodsza siostra.
- Myślałam, że zgodziłyśmy się w tym jednym. Żadnych fajek, co? – zawołałam po przejściu kilkuset metrów. Moja siostra stała z jakąś koleżanką – bodajże Sandy – i paliła papierosa. Nie chciałam podchodzić do nich, nie chciałam wdychać tego syfu, ale nie miałam zbyt dużego wyjścia.
- Wcale nie. Zgodziłyśmy się na temat tego, że nie chcesz zostać biernym palaczem i że Dani nie może wiedzieć. – powiedziała lekceważąco moja siostra i wypuściła z ust smugę dymu. – I oba warunki spełniłam. A przynajmniej spełniałam dopóki nie było cię ze mną.
Miałam ochotę zacząć krzyczeć. Wkurzyło mnie ta sytuacja z kapodastrem, a ona wcale nie pomagała.
- Nieważne. – westchnęłam. – Potrzebuję kluczyków do samochodu. Zostawiłam w nim coś. – przeszłam do rzeczy.
Marie wyjęła kluczyki z kieszeni i cisnęła nimi w moją stronę, co miało znaczyć, bym już się zmywała stąd. I tak zrobiłam. Nie miałam zbyt dużo czasu.
Nagle w tłumie ze sporej odległości wypatrzyłam kogoś znajomego. To był wysoki ciemnoskóry mężczyzna, którego już kiedyś widziałam. Rozglądał się czujnie dookoła siebie. Kierował się w stronę przyczep, odgrodzonych wysokimi barierkami.
Nagle pod barierkami zebrał się tłum i zrobiło się parę razy głośniej.
Kenny Hamilton.
Zatrzymałam się w miejscu. Młode dziewczyny (i nie tylko) mijały mnie i kierowały się w stronę Kenny’ego. Moje nogi miały ochotę zawrócić i pobiec w tamtą stronę. Jeżeli znikną w tamtej przyczepie, nie zobaczę go aż do jego występu. A jak już zacznie występ, to nie będę się mogła do niego dostać. Dobiło mnie to, że musiałam przepuścić tę okazję. Wmawiałam sobie, że muszę iść do samochodu po ten kapodaster, albo Amy zabije mnie. A poza tym nie chciał wyjść na dziewczynkę, która tylko tak sobie brzdąka na gitarze i nie wychodzą jej chwyty barowe. I co z tego, że taka mogła być prawda.
Fanki JB są bezlitosne. Dziesiątki nastoletnich dziewczyn biegło w jego stronę, zupełnie nie przejmując się mną. Za poruszanie się „pod prąd” dostawałam z łokci, zahaczały o mnie ramionami, ciągnęły mnie za moje ubrania. Wszystko dlatego, że stałam im na drodze do Justina.
Gdy nareszcie dotarłam na parking, odetchnęłam z ulgą. Wrócić będzie dużo łatwiej. Rzuciłam się do bagażnika w poszukiwaniu kapodastra. Poprzewracałam wszystkie rzeczy Marie w bagażniku, znalazłam rzeczy, których nigdy nie chciałabym znaleźć i pewnie nie powinnam. Ale nigdzie było widać tego, czego szukałam. Po ponownym przeszukaniu bagażnika w desperacji zajrzałam do środka, ale tam również go nie było. W końcu się poddałam.
Czyżbym naprawdę zapomniała go zabrać z domu?
Wracając za scenę starałam się odtworzyć wszystko, co robiłam przed przyjazdem tutaj. Mogłam przysiąc, że wsunęłam kapodaster do kieszeni, a potem nawet zasunęłam kieszeń.
- I co, znalazłaś? – spytała mnie Bailey.
Pokręciłam głową. – Dziwne. Myślałam, że był w kieszeni.
Zasunęłam ją, uświadomiłam sobie patrząc na pokrowiec z moją gitarą.
- Nic mnie nie obchodzi, co myślałaś. – wtrąciła Amy. – Lepiej coś wymyśl, Grey. – powiedziała z swoimi brązowymi oczami utkwionymi we mnie. Odwróciła się powoli, przez ułamek sekundy wydawała się powstrzymywać złośliwy uśmiech.
A więc to tak. Co za wredota.
Zrozumiałam. Pokrowiec był otwarty, bo Amy wcześniej zdążyła się do niego dobrać i wyjąć mój kapodaster. Potem sprawiła, że zaczęłam latać, jak idiotka w kółko, czując się przy tym głupio, wiedząc, że niczego nie znajdę. I skorzystała z sytuacji, by móc na mnie nawrzeszczeć. To tylko teoria oczywiście. Bardzo prawdopodobna teoria.
Nie wiem, jaki jest cel tego, co ona robi, ale to nie prowadzi do niczego dobrego, ani dla mnie, ani dla niej i całego zespołu.
- Kończą ci się pomysły? Zaraz wchodzimy, Grey. – powiadomiła mi Amy.
Posłałam jej najchłodniejsze spojrzenie, na jakie było mnie stać.
Moje koleżanki zniknęły gdzieś, pewnie przy wejściu na scenę. Nie pozostawało mi nic innego tylko wziąć moją gitarę i ustawić się z nimi. Westchnęłam ciężko i wyjęłam gitarę z pokrowca, szybko się odwróciłam i…
Wtedy ktoś mnie złapał na nadgarstek, obrócił mnie w swoją i przyciągnął mnie do siebie. Starałam się tylko, by moja gitara nie uległa uszkodzeniu przy tym.
Nieważne jak bardzo cieszyłam się, że go widzę, musiałam iść. Nie było czasu na pogaduszki.
- Hej, nieznajoma… Miło cię znowu spotkać.
- Co tu robisz? – spytałam go. Było to głupie pytanie, ale i tak je zadałam. Miał na sobie zwykły biały t-shirt z dekoltem w serek – jak poprzednim razem, jego spodnie jak zwykle zwisały nisko i miał na sobie bajerancko drogie buty. Ale dla niego to pewnie nic.
- Jak myślisz? Występuję za pół godziny. Trudno jest cię znaleźć. – powiedział, wgapiając się swoimi orzechowymi oczami w moje. Był niebezpiecznie blisko, ale nie zrobiłam kroku w tył. Poza tym wciąż trzymał mnie za nadgarstek.
Justin ustawił kapodaster na gryfie mojej gitary – nie mój kapodaster. – Zdaje się, że potrzebujesz tego.
Odebrało mi mowę, wiec tylko skinęłam głową, jak idiotka.
- Co się stało z twoim? – spytał.
- Tamta blondyna mi ukradła go. To znaczy… podejrzewam, że to ona – wyjęczałam cicho. – Muszę iść… - powiedziałam i spróbowałam się mu wyrwać, ale na próżno.
- Zobaczymy, co mogę zrobić w tej sprawie. W takim razie… zobaczymy się później… właśnie, nie powiedziałaś mi swojego imienia.
- Angelina.
- Zobaczymy się później, Angel.
Hm. Angel. Ciekawe zdrobnienie. Poczułam, że kolana mi miękną. Bałam się, że zaraz się przewrócę i narobię sobie wstydu przed wszystkimi – i dziewczynami, i moimi przyjaciółmi, i Bieberem. Uhh.
- Tylko nie idź nigdzie. – ta prośba bardziej przypominała histeryczne błaganie. Uśmiechnął się szelmowsko i odpowiedział.
- Nie pójdę, możesz być spokojna. Mam koncert do zagrania. 
Zanim pozwolił mi iść, złapał za gumkę na końcu mojego warkocza i zsunął mi ją z włosów. Poczułam, jak się rozsypują. O dziwo nie zirytowało mnie to ani trochę. Przeczesałam je szybko palcami.
- Tak lepiej. – powiedział i zrobił krok w tył.
Mrugnęłam dwa razy i pobiegłam do dziewczyn.

Trzeba było zobaczyć minę Amy, gdy zobaczyła, że jednak mam kapodaster.
Był trochę bardziej skomplikowany od mojego, ale to pewnie znaczyło, że po prostu był bardziej porządny. Rozpracowałam go w parę sekund i założyłam na drugi próg, by zagrać Born This Way. Nie poszło nam najgorzej. Przez cały występ miałam dobry humor i uśmiechałam się do publiczności, która klaskała do rytmu. Przypomniały mi się słowa Justina. Kluczem do tego wszystkiego była dobra zabawa.
Nie zerkałam zbyt wiele razy w stronę moich przyjaciół, gdybym na nich spojrzała, to bym się zaczęła śmiać do mikrofonu. Wiedziałam także, że tam stoi Tay ze swoją dziewczyną, ale w tej chwili to nie miało dla mnie znaczenia. Mogłam mu pokazać, że nie potrzebuję go, by móc się dobrze bawić.
Starałam się nie rozmyślać o tym, że właśnie spełniło się jedno z moich życzeń. Spotkałam Justina ponownie. To się działo naprawdę. Z niewyjaśnionych powodów Justin był wszystkim czego teraz chciałam. Jego brązowe oczy zahipnotyzowały mnie, jego sposób bycia wydawał mi się ciekawy. Chciałam go lepiej poznać. Chciałam spędzić z nim jak najwięcej czasu, zanim wyjedzie. Nie mogłam się doczekać aż zejdę ze sceny. Chciałam się przekonać, czy on tam czeka na mnie, jak obiecał.


[chasing-that-moment.blog.onet.pl]
Na tym rozdziale zakończyło się moje pisanie tego bloga, wiele razy chciałam do niego powrócić, znalazły się Belieberki, które chciałyby, żebym kontynuowała, ale liceum zabrało mi czas i chęci na pisanie. Nie wiem, czemu reaktywuję tego bloga. Może dlatego, że mam bilet na JB w Łodzi (sdsfdgdsgsdg tak, mam! *.*)? Te opowiadanie jest jednym z moich bardziej udanych, oczywiście pisząc je dwa lata temu jako niespełna 16-latka, robiłam sporo błędów, z resztą nadal je robię, więc proszę wybaczcie mi x).
O czym ja tu chciałam napisać? Aaaa, zamierzam dopisać jeszcze parę rozdziałów. Wybaczcie, jeśli piosenki, opisy i sytuacja będą przestarzałe, właśnie próbuję wymyślić, jak pogodzić opowiadanie z prawie 19-letnim Justinem, gdy zaczęłam pisać o 17-letnim... No ale no nic. Spróbujemy. Wierzę, że dociągnę to opowiadanie do końca.
Mam nadzieje, że ktoś mnie jeszcze pamięta :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz