niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 6 "Find Me"

Opublikowano: 19 września, 2011


It was only just a dream.

Ryan? – Justin wypowiadał imię swojego przyjaciela z iPhonem przytkniętym do ucha. Zaczynał się już martwić. W końcu ile można czekać aż twój kumpel odbierze telefon? Albo inaczej, ile można czekać zanim się stanie się to jasne, że cię ignoruje? Ale czy Ryan miał powód, żeby być złym na niego?
- Ryan, idioto, odbierz. – warknął zniecierpliwiony. Teoretycznie jego kumpel nie miał prawa być na niego zły. Co Justin takiego mu zrobił? Zignorował go? Tak, właśnie to zrobił. Ale gdyby spojrzeć na to z drugiej strony, to było w pełni uzasadnione i Ryan powinien zrozumieć, że Justin bywa zajęty. Jego praca to nie tylko śpiewanie dla ludzi i zgarnianie za to kupę kasy. To także ciągłe próby do występów, udzielanie wywiadów i podpisywanie papierów. Ciężkie decyzje, od których może zależeć jego dalsza kariera. Obowiązki, obowiązki. Od tego wszystkiego czasem bolała go głowa. Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której zabrakłoby nagle Scootera.
W końcu w telefonie zabrzmiał znajomy głos.
- Tutaj Ryan Butler, jeżeli nie jesteś takim jednym zarozumiałym idiotą, to proszę zostaw wiadomość. – powiedział i rozłączył się. Justin przewrócił oczami.
Zirytowany położył się na łóżku w niepozornie wyglądającym domku w Stratford i zaczął gapić się bezradnie w sufit. Ryan chyba się trochę wkurzył.
Spróbował inaczej.

„Potrzebuję cię, stary. Oddzwoń. To pilne.”

Napisał i nacisnął „wyślij”. Chociaż wiedział, że szanse tego, że odpisze czy oddzwoni były bardzo małe.
Minęło pięć minut. Justin nie zmienił pozycji o milimetr. Co pięć sekund sprawdzał skrzynkę odbiorczą. Za każdym razem nie miał żadnych nowych wiadomości. Dziesięć minut później. Nic. Piętnaście minut później. Nadal nic. Jakże to irytujące…
Jego intencje nie były do końca czyste, nawet tym razem, za co miał wyrzuty sumienia. Przypomniał sobie o Ryanie dopiero, gdy okazało się, że on może mu pomóc odkręcić jego głupie błędy.
Dlaczego nie poprosił Dziewczynę o jej numer? Dlaczego nie zapytał jej chociażby o jej imię? Dlaczego był takim idiotą, by pozwolić jej odejść bez żadnej konkretnej informacji na jej temat, oprócz tej, że stanowczo za rzadko się uśmiecha, rzecz jasna?
Prawda była taka, że nie mógł przestać o niej myśleć. Interesował go jej sposób bycia, ostrożność z jaką wypowiadała każde zdanie, jakby bała się, że kogoś zrani, jej duże ciemnoniebieskie oczy. Nadal chciał poznać jej sekrety. Czuł, że jest mu tak bliska, a jednocześnie jest tak daleko.
Dlatego musiał chociaż spróbować ją odnaleźć. A samemu byłoby mu znacznie trudniej.
Nagle iPhone zawibrował.

„Wybierz fioletowe. W różowych trampkach wyglądasz jak pedał. Albo spytaj Scootera. On na pewno zna się na tym lepiej niż twój najlepszy kumpel.”

Justin warknął sam do siebie poirytowany. To nie było ani trochę zabawne.

„Przestań się mazgaić.”

Wysłał. Po dwudziestu minutach przestał wyczekiwać odpowiedzi od przyjaciela. Ryan był niewątpliwie na niego zły. Dobra, może miał do tego powody. Jednego tylko nie rozumiał. Jak miał to naprawić, skoro Ryan odciął się od niego, uniemożliwiając mu to?
Był bezradny wobec obu problemów. Coś jednak musiał zrobić. Nie mógł leżeć cały dzień na tym łóżku, czekając aż Szatynka, której imienia nie znał, albo Ryan zadzwonią do jego drzwi.
Wpadł na pewien pomysł. Nałożył swoją ulubioną bluzę z kapturem i zaczął szukać, jakiś niedrogich okularów przeciwsłonecznych – takich, w których nikt nie rozpoznałby go. Potem uznał, że zakładanie okularów nie ma żadnego sensu, skoro leje. Zdał sobie sprawę, że gdyby założył okulary, więcej ludzi zwróciłoby na niego uwagę, bo kto nosiłby okulary przeciwsłoneczne, gdy na niebie nie ma żadnego śladu po słońcu?
Zabrał iPhona i miał już wyjść na zewnątrz, ale zatrzymała go jego matka, Pattie Mallette.
- Gdzie ty się wybierasz? – spytała z założonymi rękami. – A co z lekcjami?
Justin uśmiechnął się szeroko i odpowiedział mamie krótko:
- Do szkoły.

- Dzięki, Scooter. Uratowałeś mi życie. – rzucił, gdy wysiadał z nierzucającej się w oczy Toyoty, na jakiejś mniej ruchliwej uliczce, z której bardzo łatwo mógł dojść do swojego dawnego liceum niezauważony.
Pięć minut później stał już pod malutkim daszkiem na tyłach szkoły. Według zegarka w jego telefonie za pięć minut zaczynała się przerwa, którą musiał przeczekać. Nie mógł tak po prostu wejść do szkoły. No chyba, że miałby ochotę rozdać kilka set autografów, wysłuchać podobnej liczby wyzwisk, albo odpowiedzieć na wszystkie ich pytania. Nie chciał zdezorganizować całego dnia w szkole. To byłaby głośna sprawa. Ludzie lubią gadać. Informacja dostałaby się do Internetu - parę osób napisałoby o tym na Facebook’u, inni na Twitterze, jeszcze inni w komentarzy na jakiś forach. A z internetu dowiedzieliby się paparazzi. Koniec wolności i spokoju.
Gapił się na spadające krople przez prawie dwadzieścia minut. Gdy usłyszał dzwonek na lekcje, znudzony na śmierć odważył się wejść do szkoły, mając nadzieję, że będzie miał szczęście. Po wejściu rozejrzał się dookoła – nie tylko, by się upewnić, czy korytarz jest pusty (a nie był, dlatego starał się nie pokazywać twarzy, mógł przecież udawać, że jest jednym z tych trudnych nastolatków, którzy wychodzą na przerwach zapalić i potem spóźniają się) ale by przywołać wspomnienia dotyczące tego miejsca. Szkoła nie zmieniła się ani trochę. Korytarze nadal były bardzo jasne i przestrzenne (i pokręcone, co działało na jego korzyść). Po prawej stronie od wejścia była gablota z największymi osiągnięciami uczniów, wśród nich również te sportowe. Wśród nich były medale, które wygrali grając w kosza. Przyglądając się zdjęciu drużyny, zdał sobie sprawę, jak bardzo jego życie się zmieniło od tamtego czasu. Tęsknił do niego. Potem spojrzał na swoje odbicie w szybie. Na zdjęciu w gablocie znajdował się wesoły czternastolatek w sportowym stroju, a odbicie w szybie przypominało bardziej ubranego w drogie (i szpanerskie) ciuchy chłopaka, w którym nie pozostała ani odrobina życia.
Pokręcił głową. Postanowił o tym nie myśleć. Przypomniał sobie, dlaczego tu jest. No tak. Ryan i Ona. Albo raczej tylko Ona. Ryan nie chce z nim gadać.
Przeszedł się powoli po szkole zastanawiając się, co dalej. Jak znaleźć Ryana? Nie miał gwarancji, że Ona też chodzi do tej szkoły. Jedno było pewne – do jakiejś szkoły chodzi. Stratford było na tyle małe, by zdążył przeszukać wszystkie. Z Ryanem, czy bez (ale rzecz jasna z nim byłoby o wiele łatwiej).
W jego głowie ułożyło się kilka planów działania, niestety żaden nie dawał gwarancji skuteczności i każdy miał jakieś wady. Na przykład mógł zaczekać przy szafce Ryana aż przyjdzie (bo kiedyś musi), jak jakaś bestia, i wtedy wyciągnąć go siłą ze szkoły, ale musiałby to robić na przerwie, gdy korytarze zapełnią się ludźmi. Ta myśl wzbudziła w nim jakieś dzikie pragnienie zrobienia czegoś szalonego. W końcu doszedł do wniosku, że schowa się i zwabi go jakoś do siebie. Oczywiście wszystko będzie się działo podczas przerwy, więc będzie trochę zabawnie.
Poszedł, więc do jednego z damskich obskurnych szkolnych kibli. Dlaczego do damskiego? Miał zamiar tu się zabarykadować, a że kobiety są z reguły mniej silne niż mężczyźni, więc mniejsze szanse, że któraś się dostanie do środka. A poza tym miał sposoby na dziewczyny. Co one mogłyby zrobić, gdyby zobaczyły Justina Biebera?
Patrząc na zegarek, siedział na śmietniku z napisaną już dawno wiadomością do Ryana. Musiał się upewnić, że to on będzie pierwszym, który tu dotrze. W tej samej sekundzie, co dzwonek zadzwonił, nacisnął „wyślij”. A wiadomość brzmiała tak:

„Przyjdź do damskiego kibla przy dziesiątce, albo zrobię coś strasznego.”

Uśmiechnął się do siebie. Miał jakieś śmieszne przeczucie, że go posłucha.
Zanim jednak Ryan dotarł do niego do łazienki weszła jakaś dziewczyna, której nie kojarzył.
Cholera, zapomniał zabarykadować drzwi.
Gapiła się na niego przez kilka sekund. Mógł z jej oczu wyczytać, czy go kocha, czy nienawidzi. Blondynka uśmiechnęła się szeroko, zanim nastąpił jakiś niespodziewany (albo raczej spodziewany?) wybuch entuzjazmu czy ekscytacji, gestem nakazał jej być cicho i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem aniołka.
Przyda się mi, pomyślał.
Szybko wyjął z kieszeni „zestaw ratunkowy” składający się z markera i biletu na jego nadchodzącą trasę koncertową.
- To dla ciebie. – wręczył jej bilet. Dziewczyna ze zszokowaną miną wzięła go do ręki i wgapiała się w Justina jak w bóstwo. Wręczyła mu zeszyt, w którym się podpisał i narysował serduszko.
- Nie mogę uwierzyć, ze to naprawdę ty! – wypiszczała.
W tym samym czasie Ryan wszedł do łazienki.
- Dobrze cię widzieć, stary! – zawołał Justin.
- To wy się znacie? – odezwała się nieznajoma.
Ryan tylko gapił się na nich dziwnym wzrokiem przez prawie pół minuty, poczym krótko skomentował:
- Wiedziałem, że wymyślisz coś chorego.
Justin go zignorował i zaczął wyjaśniać dziewczynie jej zadanie w jego „chorym” jak twierdził Ryan, planie.
- Wyjdziesz na zewnątrz i powiesz wszystkim, że jestem w tej szkole, ale nie powiesz, gdzie dokładnie. – dziewczyna przytaknęła, patrząc na niego wzrokiem śliniącego się psa – Możesz też powiedzieć, że on mnie zna, no chyba, że zgodzi się mi pomóc. – Justin spojrzał znacząco na swojego kumpla. Nie ma to jak dobry szantaż.
Ryanowi opadła szczęka.
- Stary, co ty odpierdzielasz?
- On, zgadzasz się pomóc Justinkowi? – zapytała dziewczyna. Ryan uśmiechnął się głupawo, co próbował ukryć, na zdrobnienie, którego dziewczyna użyła.
Przytaknął rozbawiony.
- On się zgadza.
Justin uśmiechnął się podstępnie. Dziewczyna wyszła. Wtedy Justin, podsunął metalowy śmietnik pod drzwi, tak, żeby nikt nie mógł ich otworzyć.
- Po co mnie tu ściągnąłeś? Znowu masz jakieś pedalskie zapędy? – zapytał Ryan.
Justin ucieszył się. Jeżeli Ryan żartował, to znaczyło, że nie jest już zły. Nie musiał go szantażować. Wiedział, że przyjaciel pomoże mu z własnej woli.
- Jest taka dziewczyna… - zaczął wyjaśniać.
- I co? Urok Justina Biebera na nią nie działa? Już ją lubię. – wtrącił Ryan z głupawym uśmiechem.
- Zamknij się i daj mi skończyć. – wyszczerzył zęby Bieber. – Nie chodzi o to. Nie mam jak się z nią skontaktować. Myślę, że może chodzić do tej szkoły.
- Jak ma na imię.
- Nie wiem. – wypalił sfrustrowanym tonem.
Ryan zakrył oczy z zażenowaniem. – Co za kretyn.
- Mniejsza o to. Mamy tylko jedną przerwę na działanie. Zamieńmy się ubraniami. – powiedział Justin i ściągnął swoją fioletową bluzę.
- Po co? – zdziwił się Ryan i też zaczął ściągać buty.
- Za chwilę cała szkoła będzie wiedzieć, że jestem w szkole.
- Właśnie tego nie rozumiem. Myślałem, że nie zamierzałeś ściągać na siebie uwagi mediów. Rozmyśliłeś się, czy co?
- To dla zabawy. A media się nie dowiedzą, bo to będzie fałszywy alarm. Dlatego daję ci swoje ubranie. Gdy zaczną cię gonić, uciekaj i zdejmij kaptur. Wtedy się skapną, że ty to nie ja. W tym czasie ja będę mógł swobodnie się rozejrzeć, przebrany za ciebie.
- Czyli jestem przynętą?
- Sorry, stary. – powiedział Justin, nakładając jednocześnie szarą czapkę Beanie Ryana tak, żeby zakryła jego włosy. Ryan już wyglądał jak Bieber – miał na sobie bluzę z napisem YMCMB, w której już widziano Justina wiele razy, wąskie spodnie i buty – drogie i typowe dla Justina. Do tego dostał od niego okulary przeciwsłoneczne. Justin miał na sobie stary zbyt luźny na niego dres Ryana i zniszczone buty. Wyciągnął jeszcze z kieszeni okulary – połówki, które zagrabił od Pattie.
Spojrzeli oboje w lustro.
- Wyglądam jak idiota. – skomentował Ryan.
- Ja też. – odpłacił się mu  Justin. – Dobra, teraz idź. – powiedział i wypchnął swojego kumpla za drzwi babskiego kibla. Trzy minuty później sam wyszedł.
Starał się patrzeć w dół i zachowywać się naturalnie, w razie gdyby ktoś go rozpoznał, był gotowy zmienić głos i udawać brytyjski akcent. Przemieszczał się w prawie pustych korytarzach, słysząc gdzieś w oddali swoje nazwisko i krzyki. Nie miał pojęcia, co robić, gdzie dalej szukać. Przecież mógł to zamieszanie zrobić na darmo. Obejrzał wszystkie zdjęcia drużyn sportowych, ale na żadnym jej nie znalazł. Sprawdził tablicę pani Robberts, ale na niej widniały tylko jakieś nazwiska, które mu nic nie mówiły. Poczuł nagły przypływ ekscytacji. Jedno z tych nazwisk mogłoby należeć do niej. Zrobił zdjęcie tablicy.
Jak dotąd nikt nie zwracał uwagi na niego. Postanowił, więc bardziej zaryzykować – zbliżyć się do Ryana „Biebera”. Mogło być tak, że ona też chciała go spotkać, na co cicho liczył.
Zbliżył się do drzwi wyjściowej. Nagle zauważył Ryana „Biebera” uciekającego przed jego fankami i szybko wskoczył w głąb korytarza. Obserwował kumpla – to jak wykonywał jego plan. Ryan dobiegł do wyjścia i nagle odwrócił się w stronę fanek.
- Czego ode mnie chcecie? – zawołał głośno. Justin nie mógł się nie roześmiać. Ryan nie musiał grać. Był naprawdę przerażony. Justin od początku wiedział do czego są zdolne jego fanki.
Nagle usłyszał czyjś surowy głos zza pleców.
- Czy może mi pan powiedzieć, co tu się dzieje? – spytał mężczyzna.
Justin odwrócił się w jego stronę, jak oparzony. Spojrzał na niego wielkimi oczami. Cholera. To był profesor Peterson – nauczyciel chemii, od którego uciekł parę lat temu. Rozpozna go. Na pewno go rozpozna, gdy spojrzy mu w oczy.
- Nie wiem… - powiedział roztrzęsiony udając brytyjski akcent, chociaż to nie miało sensu.
Profesor Peterson popatrzył przez chwile na niego, jakby był pewny, że to właśnie on jest winny temu zamieszaniu, poczym niespodziewanie minął go i powędrował w stronę Ryana „Biebera”, który właśnie zdjął kaptur. Z szybko bijącym sercem przyglądał się tej sytuacji. Jego fanki nie rozeszły się jeszcze. Wszystkie wgapiały się z niedowierzaniem w Ryana już nie Biebera.
Obok Justina przeszła długowłosa, wysoka szatynka z zielono-szarym plecakiem. Jej włosy się układały dokładnie jak…
To Ona.
Justin miał ochotę krzyknąć za nią, ale wtedy zwróciłby uwagę wszystkich uczniów na siebie, więc to nie było najlepszy pomysłem. Pytanie tylko, co jest dla niego gorsze. Paparazzi w Stratford, czy fakt, że znowu pozwoli jej odejść, nie znając jej imienia.
Nie. Nie mógł się ujawnić. Jeszcze jakoś ją zdobędzie. Ale nie tym kosztem.
Obserwował ją uważnie. Zaczęła się przeciskać z trudem przez tłum fanek, który już się powoli rozchodził, aż dotarła do Ryana. Spojrzała na jego kumpla ze zdziwieniem, które mógł dostrzec w jej ciemnoniebieskich oczach nawet z tak dużej odległości. Zauważyła, że miał na sobie jego bluzę.
- Ryan, dlaczego udajesz Biebera? – spytała jego kumpla, jakby tamten miał coś nie tak z głową.
Znali się. Rozmawiali. Justin uświadomił sobie jak duży to plus, że Ona znała się z Ryanem.
Oszołomiony tym odkryciem szybko wycofał się w tył korytarza, zanim zamieszanie z Ryanem nie utraci na zainteresowaniu, i zaczął kierować się w stronę szafki kumpla. To co miał zamiar zrobić było ryzykowne. I to bardzo.

*

You can never say never while we don’t know it.

- Ale on naprawdę tu był! – próbowała mnie przekonać Isabelle. Byłyśmy w drodze na historię, na której nic nie powinno mnie rozpraszać. A na pewno już nie coś takiego.
Westchnęłam ciężko. Tak bardzo chciałabym, żeby słowa mojej przyjaciółki były prawdziwe.
- Mówiłam ci, to był Ryan. Sama to widziałam. – próbowałam jej wytłumaczyć. Byłam pewna, że Isabelle mogła dostrzec, że jestem trochę przygaszona. Modliłam się, by nie zinterpretowała tego dziwnie… albo co gorsza poprawnie.
Justin nie pojawił się wcale w szkole. Dlaczego miałby to robić? Jakimś dziwnym trafem Ryanowi udało się oszukać wszystkich. Nawet ja przez chwilę wierzyłam, gdy Isabelle mi powiedziała, że podobno zawitał do nas gwiazdor o imieniu Justin Bieber – tak bardzo mi bliski, a przynajmniej czułam, że taki był. Ten sam, co tydzień temu śpiewał swoją własną piosenkę ze mną.
- Przysięgam, widziałam go na własne oczy! Nie mówię o Ryanie! Miał na sobie tę fioletową bluzę!
Pokręciłam głową. – Nie. To musiał być Ryan. Z jakiś niewyjaśnionych powodów postanowił się przebrać za Biebera.
- Przecież to ja powiedziałam wszystkim, że Justin jest w szkole! Myślisz, że wymyśliłam sobie to? Nie zrobiłabym temu wszystkim Belieberkom tej szkoły!
Wzruszyłam ramionami i otworzyłam usta próbując dobrać odpowiednio słowa. Nie było to łatwe. Nie chciałam rozwiewać jej marzeń. A może nie chciałam rozwiewać swoich marzeń?
- Wybacz, ale na jakiej podstawie mam ci wierzyć, Bells? – powiedziałam delikatnym tonem. – Wiem, że dla ciebie to ważne, ale to byłoby dziwne, gdyby się nagle tu pojawił. Dlaczego miałby? – spytałam sama siebie.
Odpowiedzią mogłabym być ja. To była optymistyczna wersja. Pomińmy ten fakt, że jest sławny. Dlaczego mam oczekiwać od chłopaka, że będzie próbował mnie zdobyć? Nawet jeżeli jakimś cudem podobam się mu, dlaczego miałby mnie szukać? Tay mnie lubił. Mimo to przestał o mnie zabiegać. Bo łatwiej było odpuścić i poczekać na kolejną. Nie mam żalu za to. Do obu.
Wiem tylko, że gdybym to ja wpadła na trop Justina, nie odpuściłabym. No chyba, że by wyjechał. Wtedy stałoby się jasne, że mnie nie chciał wcale.
- Nie wiem. Nie zachowuj się, jakbyś umiała czytać w myślach, Anne. Justin mógł mieć jakiś powód, by tu przyjść. – powiedziała Isabelle równie przygaszona jak ja. – Ja wiem, że Justin był tu. Weszłam do toalety, a on tam był.
Zaśmiałam się krótko. – Co robił w damskiej toalecie?
- Hm. – Isabelle zaczęła grzebać w swojej torebce. – Co powiesz na to? – powiedziała przeglądając zeszyt. Otworzyła go na przedostatniej stronie, na której znajdował się podpis. Zaparło mi dech w piersiach. Wyrwałam zeszyt mojej przyjaciółce, aż się oburzyła i obejrzałam podpis Justina i małe serduszko, które narysował obok. Przewróciłam stronę dalej. Tam zobaczyłam bilet na koncert Justina w Toronto z wejściówką za kulisy.
- Skąd to masz? – spytałam oszołomiona. Poczułam nagły przypływ nadziei i uśmiechnęłam się do siebie. Miło było trzymać w ręce coś, co wcześniej należało do niego.
Oddałam zeszyt, starając się nie pokazywać, jak bardzo było to dla mnie ważne. Odwróciłam wzrok od mojej przyjaciółki i spuściłam głowę.
- Czy nie słuchałaś mnie? – spytała gniewnie. Zrobiło mi się głupio, bo taka była prawda. Cokolwiek powiedziałaby – ja bym temu zaprzeczyła. – Zmieniłaś ton. Teraz mi wierzysz? Podpisał mi zeszyt i wtedy… - urwała nagle.
Zatrzymałam się i spojrzałam na nią wyczekując jej dalszej wypowiedzi. Ale Isabelle milczała.
- Co dalej? – zapytałam, wytrącona z równowagi.
- Nie mogę powiedzieć. – ściągnęła brwi.
- Dlaczego? – oburzyłam się.
- Bo obiecałam.
Co mu obiecała. Muszę. Wiedzieć.
- Jesteś moją przyjaciółką. Powiedz mi. – próbowałam wycisnąć z niej prawdę. Tak naprawdę byłam trochę zazdrosna, że udało jej się go zobaczyć, a mi nie było to dane. Gdybym poszła z nią do tej łazienki…
- Nie. Nie powiem ci i tyle. Nie wierzyłaś mi. Ty zawsze wiesz lepiej. A gdy czegoś nie wiesz, chcesz to wyciągnąć ze mnie za wszelką cenę. – powiedziała rozgniewana i odeszła szybkim krokiem w stronę klasy, gdzie mieliśmy historię. Poczułam wyrzuty sumienia. Zaczęłam nerwowo poprawiać włosy i poszłam za nią, nie starając się jej gonić.
- O co poszło? – zaczepił mnie Ryan z głupawym uśmieszkiem na jego twarzy. Był ostatnią osobą, którą chciałam oglądać. Poniekąd byłam na niego zła, za to, że rozbudził we mnie fałszywe (a może nie?) nadzieje. Przewróciłam oczami i niewzruszona, zaczęłam iść dalej.
Dogonił mnie. – Dobra. Nie chcesz to nie mów.
Nie mogłam go ignorować. Potrzebowałam się komuś wygadać, ale niezbyt mogłam mówić o wszystkim.
- Nieważne. – Westchnęłam ciężko.
- Jeżeli jesteście na tyle skłócone, by nie siedzieć razem, ja mogę zaoferować miejsce obok siebie.
- Nie, dzięki. – uśmiechnęłam się słabo.
- Jak sobie życzysz. Wezmę tylko książki z szafki.
- Ok.
Poszliśmy do jego szafki, na której zastaliśmy dziwną niespodziankę. Na jego szafce znajdował się dziwny napis. Przez chwilę oboje gapiliśmy się na niego z otwartymi buziami.

„Idę po ciebie, One Less Lonely Girl.
                                                    J.”

- To chyba nie do ciebie. – wyksztusiłam do Ryana, który był równie zszokowany, co ja.
- To do kogo to? Albo od kogo?
Udałam, że nie wiem i wzruszyłam ramionami. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa. Dobrze wiedziałam, że to Justin. Było to napisane tym samym fioletowym markerem, co podpis w zeszycie Isabelle. I dobrze wiedziałam, że to do mnie. Ponieważ, nikt inny nie nazwał mnie nigdy One Less Lonely Girl. Tylko dlaczego wybrał szafkę Ryana?
Spojrzałam na Ryana. Wydawał się bardziej spięty niż zwykle. Wolałam się upewnić, czy na pewno nie wie o kogo chodzi. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że Justin jest w Stratford. Inaczej będzie miał przechlapane.
Mam jeszcze jedno pytanie. Co chciał mi przez to przekazać? Nadal nie mogę się z nim skontaktować.
Jedno jest pewne. Justin nie zapomniał o mnie i zależy mu na mnie.
Oszołomiona poszłam na historię, a gdy przechodziłam tędy po lekcji, by zmyć tę wiadomość, już jej nie było.
Kto jeszcze to widział, oprócz mnie i Ryana?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz