niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 8 "Die in your arms"

Nowy :D
And if I’m not the best then you’re stuck

Moja głowa pękała od zbłąkanych, nieuporządkowanych myśli. Nie mogłam się skupić na składaniu spójnych zdań, byłam zbyt zdezorientowana. Każda rzecz, każdy ruch, najcichszy szmer odwracał moja uwagę. Pragnęłam, by wszystko ucichło, by istniała możliwość, żeby to jakoś wyłączyć. Ale nie było. Zamknęłam oczy i widziałam jedno.

Czułam się, jakbym latała – jakbym unosiła się w powietrzu parę centymetrów nad ziemią. Kierowałam się w stronę przyjaciół, którzy stali oddaleni od sceny, na krańcu polany, czułam, że moje kolana się uginały pode mną, jakbym zaraz miała się przewrócić. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze stoję.
Występowanie na scenie uzależniało – nie sam fakt, że wszyscy na ciebie się gapią, czy to, że śpiewasz i wszyscy słuchają, a przynajmniej większość to robi. To wykonywanie muzyki i przekazywanie jej publiczności, przeżywanie tych wspaniałych chwil z nią, dzielenie się emocjami, albo wspólny cel – w tym przypadku zbieranie pieniędzy dla potrzebujących – to w tym wszystkim było wspaniałe. To uczucie, gdy schodzisz ze sceny, wiedząc że oddałaś tym ludziom cząstkę samej siebie.
Nie było słów, by opisać, co teraz czułam.
Z szerokim, rozmarzonym uśmiechem zajęłam miejsce obok moich przyjaciół i dwóch sióstr. Nie odezwałam się do nich słowem, posłałam Isabelle krótkie spojrzenie i uśmiechnęłam się szerzej, widząc, że jest równie podekscytowana, jak ja. Odwróciłam wzrok z powrotem w stronę sceny, ignorując resztę – i nie mając przez to żadnych wyrzutów sumienia, tłumacząc sobie, że i tak nie wiedziałabym, co im powiedzieć. Wtedy blondynka rzuciła mi się na szyję. Była ode mnie nieco wyższa, więc bez kłopotów objęła mnie od tyłu i położyła mi głowę na ramieniu. Uśmiechnęłam się, odwzajemniając przyjacielski gest.
Kątem oka zauważyłam, że Tay na mnie spogląda. Jego skrzywiony uśmiech wyrażał radość, dumę, rozdarcie, zakłopotanie i parę innych, których nie potrafiłam nazwać. Obok niego, w odległości około jednego metra stała niska dziewczyna, której urody mogłam zazdrościć, domyślałam się, że to była jego dziewczyna. Nie przejęłam się tym ani trochę. Byłam zbyt pochłonięta przez wewnętrzną radość, by znowu odczuwać tamten ból. Przeczesałam palcami włosy, które przed paroma minutami były splecione w warkocz i westchnęłam w uniesieniu.
- Byłaś świetna! - zawołała Isabelle mi do ucha. - Te wszystkie wredne dziewuchy mogą się wypchać, bo nie dorastają ci do pięt! - dodała z nadmiernym podekscytowaniem, które emanowało zarówno ze mnie jak i z niej.
Roześmiałam się głośno.
-  Zaraz na scenę wyjdzie Bieber! - odezwała się. Jego obecność nakręcała ją bardziej, jakby tego było mało.
- Wiem. - odezwałam się, czując nagły przypływ zadowolenia. Nie powiedziałam jej nic o mojej krótkiej i dziwnej znajomości z Justinem, ani o dziwnych uczuciach, które niespodziewanie pojawiały się we mnie w związku z nim, i nie zamierzałam jej o tym powiedzieć. I nie czułam się wcale źle z tego powodu. Była moją najlepszą przyjaciółką, ale nie czułam, że oszukuję ją w ten sposób. Przecież każdy ma prawo mieć tajemnice, poza tym to, co się dzieje pomiędzy mną a Bieberem wydaję się dziwne i niepewne. Sama się zastanawiałam, czym dla mnie jest ta znajomość.
W każdym razie wypowiedzenie tego krótkiego zdania sprawiło mi dziwną satysfakcję.
- Podejdźmy w takim razie bliżej. - zasugerowała rozpromieniona Isabelle, wypuszczając mnie ze swoich objęć, by rozpocząć przepychanie się pomiędzy innymi mniej lub bardziej rozhisteryzowanymi fankami.
Udało nam się dobrnąć wystarczająco blisko, byśmy mogły widzieć wyraźnie twarze wszystkich członków zespołu Biebera i jego samego. Niebo robiło się już ciemne, delikatne niebieskie światła padały na sztucznie wytworzony dym na scenie. Nie mogłam się pozbyć tego uczucia deja vu. Ta scena może nie miała takich możliwości jak scena, na której widziałyśmy go poprzednio, a setlista była znacznie krótsza, ale to nie wpływało w najmniejszym stopniu na poziom podekscytowania publiczności.
- Moje życie jest spełnione. – odezwała się Isabelle w rozmarzeniu.

Obrazom tego typu nie było końca. Mój umysł samowolnie wracał do tych przyjemnych wydarzeń, nawet jeśli ja tego nie chciałam – bo poniekąd w szkole przydałoby się skupić dla odmiany na czymś innym niż Justin Bieber, trzeba jeszcze jakoś zdać ten egzamin końcowy z matmy, pomyślałam, kierując się na ostatnią naszą dzisiejszą lekcję. Jeszcze tylko te czterdzieści pięć minut i będę wolna.
Koncert odbył się zaledwie dwa dni temu, a ja wciąż czułam ten przypływ adrenaliny. Przez bite czterdzieści osiem godziny moją twarz nie opuścił uśmiech, byłam pełna energii, w gotowości  na wszystko. Towarzyszyło temu także coś w rodzaju nadpobudliwości, wiecznego zniecierpliwienia i znudzenia szarą codziennością. Jedno wiedziałam, jeszcze nic nie zawróciło mi nigdy w głowie, jak zrobił to tamten jeden szczególny wieczór.
Żeby tego było mało. Nie tylko koncert zawrócił mi w głowie.
Przypomniały mi się jego orzechowe oczy… Pozwoliłam swojej pamięci zalać się kolejnymi obrazami…

I just need Somebody to Love
To była chwila, gdy porwała nas muzyka. Grali jedną z ostatnich piosenek. Stałyśmy bardzo blisko, przez te wszystkie utwory udało nam się dopchać praktycznie do krawędzi sceny, przed nami stały tylko te najbardziej zagorzałe fanki. Skakałam, jak jakaś idiotka, już czując delikatny ból w kręgosłupie, który miał być zaledwie zapowiedzią tego, co będzie mnie nękało następnego dnia. Śpiewałam głośno, zdając sobie sprawę, że znam cały tekst na pamięć.
Nagle Justin zbliżył się do krawędzi sceny i ukucnął, zwracając się w moją stronę. Piosenka miała się już ku końcowi, kończył właśnie ostatni refren długą imponującą wokalizą, której nie powstydziliby się najlepsi. Podczas gdy z jego ust wydobywały się dźwięki miał zamknięte oczy. Otworzył je dopiero, gdy skończył śpiewać. Spojrzał prosto na mnie i widząc, że ja też się patrzę prosto na niego, uśmiechnął się szeroko. Przez chwilę czułam, że latam. Nasze spojrzenia nawiązały kontakt, którego nie miałam odwagi przerwać, było coś magicznego w tym, że muzyka grała dalej, a świat się jakby zatrzymał. Na moment zastygliśmy w swoich pozycjach, ignorując to co się dzieje dookoła. Były tylko moje ciemnoniebieskie oczy i jego brązowe.
- Is she out there? – zaśpiewał, powracając do występu, ale nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. Zarumieniłam się, gdy zorientowałam się, że jak ten głos i ten wzrok na mnie działał.

*
Koncert zakończył się dobre dwadzieścia pięć minut temu. Tłum stopniowo się przerzedzał, fanki powoli znikały, a scena zespołu JB powoli powracała do swojego poprzedniego stanu – mizernej, drewnianej platformy w małej mieścinie. Ciężko było uwierzyć, że to wszystko się zdarzyło właśnie tutaj. Nigdy nie spodziewałabym się, że nagle to małe miasteczko stanie się tak pełne życia. Dla mnie Stratford zawsze było nudną dziurą, która mogła się pochwalić tylko tym, że urodził się tu Justin.
Nie chciałam, żeby ten szum ucichł. Nie dało się ukryć, że ostatnie tygodnie były niewiarygodnie pełne wrażeń.
Delikatny podmuch wiatru rozwiał moje nijakie, poplątane włosy. Niebo już było ciemne, latarnie rozświetlały szarość tego miejsca. Powiedziałam moim siostrą i przyjaciołom, żeby jechali do domu, chciałam zostać sama. Postanowiłam przejść się po parku i pomyśleć trochę. Ciemność i samotność działała na mnie jednak depresyjnie.
Krążąc po parku, mijałam nastoletnie fanki, na ich twarzach widniały uśmiechy, rozpierała je energia, były rozgadane i śmiały się nieustannie. Uśmiechnęłam się, patrząc na trzy z nich. Zdałam sobie sprawę, że to, co teraz czuły, nie różniło się zbytnio od moich wcześniejszych odczuć. To śmieszne, ale po raz pierwszy od dawna poczułam, że mam szansę przynależeć do tej społeczności.
Skierowałam swoje kroki w stronę sceny, robiło się późno, ale nie byłam senna. Mimo to, stwierdziłam, że przydałoby się wkrótce wracać, bo moja siostra w końcu zacznie się martwić. Była o wiele bardziej liberalna wobec mnie niż rodzice, którzy wyjechali w piątek do naszej rodziny (i tak mieli problemy z zostawieniem swoich małych córeczek z Marie), ale chyba jeszcze istniała w niej krzta troski o swoją młodszą siostrę, a przynajmniej chciałam w to wierzyć.
Dotarłam do sceny, która nie opustoszała jeszcze do końca. Zniknęła już czarna kurtyna, zniknęły instrumenty, pozostało tylko oświetlenie i busy, do których ładowane były elementy sceny JB. Nie byłam pewna, czy było mi wolno, ale postanowiłam się przejść dookoła, rozglądałam się dookoła, jakbym czegoś poszukiwała – śladów, że Justin był tutaj. Ale z każdą minut plac zamieniał się z powrotem w zwykły, nudny park Stratford.
Kogo ja próbowałam oszukać? Wpółświadomie próbowałam znaleźć Go. Nie potrafiłam wmówić sobie, że jest inaczej.
I niespodziewanie udało mi się.
- Hey, kogo ja tu widzę? – usłyszałam jego niski, ściszony głos. Automatycznie zwróciłam się w stronę, z której dochodził dźwięk.
Justin ubrany był inaczej niż na koncercie. Tym razem miał na sobie zwykłe ciemne jeansy, biały podkoszulek, na to miał narzuconą kraciastą koszulę w szaroniebieskich odcieniach, której rękawy były podwinięte ponad łokcie. Jego włosy były rozczochrane, nie były już wystylizowane, ani postawione na żel. To sprawiało, że jego wygląd zbliżył się nieco do wyglądu zwykłego chłopaka niż ogólnoświatowej gwiazdy.
- Mam twoje kapo. – powiedziałam, zasłaniając się tą wymówką. Próbowałam stłumić śmiech, gdy zobaczyłam go z szerokim uśmiechem na twarzy. To nie byłby szyderczy śmiech, a ja nie byłam chichotliwa, więc zdziwiło mnie własne zachowanie.
- A ja mam twoje. – odparł. – Zamieńmy się.
Odwróciłam wzrok od wyszczerzonego zębów Justina i roześmiałam się, starając się nie zakłócać ciszy.
- To trochę nie fair, nie sądzisz?
Justin wzruszył ramionami. – Czy ja wiem? Ale jeśli chcesz je odzyskać, to musisz pójść ze mną. – spojrzał na mnie intensywnie. Przysięgam, to wyglądało przerażająco.
- Brzmi jak groźba. – skomentowałam.
Justin pokręcił głową i zrobił parę kroków na przód. Do tej pory dzieliło nas parę metrów odległości, teraz nasze stopy praktycznie się stykały. Nagle zrobiło mi się dziwnie gorąco, spojrzałam wielkimi oczami w dół, po czym skierowałam wzrok na twarz chłopaka. Jego brązowe tęczówki były ciepłe i przyjazne. Nie mogłam nic poradzić na to, że mimowolnie rozluźniłam się. Motyle zaczęły się bić w moim brzuchu, a moje  wychłodzone dłonie wypuściły kapo Justina na ziemię. Nie kłopotałam się nawet, by je podnieść. Czekałam aż chłopak się odezwie. Na jego twarzy widniał delikatny uśmiech, gdy mówił do mnie:
- Spokojnie, bezpieczna jesteś ze mną. Czy miałabyś ochotę spędzić ze mną trochę czasu?


Zamrugałam dwukrotnie, gdy dzwonek zadzwonił, wyrywając mnie z zamyślenia. Przetarłam zaspane oczy i wraz ze znajomymi ze szkolnej ławy weszłam do gabinetu matematycznego. Przede mną było zaliczenie testu, a ja byłam rozkojarzona, nie potrafiłam się skupić na czymkolwiek, byłam wiecznie zmęczona, ale nie mogłam zasnąć, nadal czułam kopa adrenaliny. Miałam poważne wątpliwości, co do tego, czy uda mi się zaliczyć ten test. Serio. Pomimo tego, że byłam dość mocna z matmy, jak miałam liczyć sinusy i cosinusy, gdy przed oczami zamiast wykresów, pojawiają mi się raczej ludzie? Bardzo konkretni ludzie. A raczej tylko jeden.
Szczerze powiedziawszy, wczoraj było jeszcze gorzej. Nie przespałam ani minuty tamtej nocy po koncercie, ktoś mnie utrzymywał na nogach przez całą noc.
Tak. Różne myśli nasuwały się mi tamtej nocy, ale wbrew podejrzeniom mojej siostry nie zrobiłam nic nielegalnego, niezdrowego, czy niemoralnego. Mogłam wyczytać to z jej twarzy, gdy zjawiłam się w domu przed ósmą, że właśnie o to mnie podejrzewała.

- Gdzie idziemy? -  spytałam, gdy ciągnął mnie za nadgarstek. Próbowałam się z nim droczyć i stawiać opór, ale nie byłam w stanie, gdyż chłopak był o wiele silniejszy ode mnie. Pogodzona z własną porażką, zaśmiałam się głośno.
- Z daleka od ludzi. – odwrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się ciepło w moją stronę. – Znam takie fajne miejsce.
- Z daleka od ludzi? – powtórzyłam z uśmiechem na twarzy. – To coraz bardziej wygląda na porwanie.
Justin odchylił głowę do tyłu i westchnął ciężko. Zatrzymał się i zwrócił w moją stronę. Szybkim ruchem położył mi delikatnie dłoń w talii i przyciągnął mnie do siebie. Nie spodziewałam się tego. Widząc moją rozbawioną minę, uśmiechnął się szerzej.
- Śmiesznie. Zgodzisz się pójść ze mną, czy nie, Angel? – spytał. Fakt, że użył tego zdrobnienia sprawił, że spuściłam głowę i zarumieniłam się.
Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, miałam wrażenie, że śniłam. W tym rzeczywistym śnie się nie bałam niczego, nie byłam nieśmiała i zagubiona. Więc jak mogłam się nie zgodzić?

I could just die in your arms.


Powiem Wam tyle, że krótki jak na mnie, ale jestem z niego zadowolona. Byłabym skłonna pisać dalej, ale okropnie się dzisiaj czuję, a zależało mi, żeby dzisiaj opublikować go. Jutro niestety wracam do szkoły.
Jeśli ktoś nie wie to opowiadanie jest dość stare. Pisałam je na Onecie dwa lata temu i teraz postanowiłam reaktywować je [chasing-that-moment.blog.onet.pl]. A że Onet umarł przeniosłam się właśnie na Blogspot :). Mam nadzieję, że ktoś jeszcze pamięta to opowiadanie, a jak nie to zachęcam do czytania :). Przestrzegam tylko przed błędami. Staram się ich nie robić.
Kto jedzie do Łodzi? 


2 komentarze:

  1. Tu i teraz stwierdzam że jest to najlepsze opowiadanie jakie kiedykolwiek czytałam! świteny świetny i jeszcze raz świetny. Niestety nie jadę do Łodzi ale baw się świetnie!
    @semomma

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej, niesamowity <3 bede wpadac :3
    zapraszam tez do siebie na bloga http://when-u-smile-i-smile.blogspot.com/
    jest dopiero 1 rozdział i za niedlugo dodam już następny :)
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń